13.
Gdy szedłem do domu, w głowie wciąż pobrzmiewały ostatnie słowa Takashiego. „Tygrysie, widzimy się jutro” - powtarzał głos Sakamoto niczym mantrę w moich myślach. Jutro? Przecież kolejnego dnia była sobota. Nie umawialiśmy się na żadną godzinę. To oznaczało, że mamy się spotkać o normalnej godzinie zajęć pod szkołą? Bez sensu, placówka jest zamknięta. Pewnie przeoczył dzień tygodnia... Może się do mnie odezwie? W sumie jedno wiedziałem - mimo wymówki idealnej, nie miałem zamiaru w żaden sposób się z nim kontaktować. Na pewno nie w tamtej chwili... Chyba nie.
W każdym razie nie pisałem.
Wróciłem do domu i unikając rodziców, poszedłem się wykąpać i zasnąłem. Obudziwszy się rano, ujrzałem wiadomość od Sakamoto.
Widzimy się w sobotę u mnie o dziewiątej. Nie spóźnij się.
Kontemplowałem chwilę tę wiadomość, po czym zerknąłem na zegarek. Zaspanemu umysłowi chwilę zajęło dojście do faktu, iż była godzina ósma trzydzieści. Wyskoczyłem jak oparzony z łóżka i wpadłem do łazienki. Koniec końców nie zjadłszy śniadania, wyszedłem z domu około ósmej pięćdziesiąt, a na spotkanie z Sakamoto spóźniłem się zaledwie piętnaście minut. Czekał na mnie pod drzwiami i palił. Jak zawsze punktualny. Jak zawsze idealny... Zauważył mnie, przydeptawszy żarzący się na szarych płytach niedopałek.
- Wybacz, że się spó...
- Chodź za mną - przerwał mi, odwracając się tak, bym nie mógł dojrzeć wyrazu jego twarzy i po prostu ruszył do hotelu. Po krótkiej chwili konsternacji, poszedłem oczywiście za nim do wejścia i podążyłem za nim, nie zrównując kroku ani nie wyprzedzając go. Czułem, żeby tego nie robić. Emanował swoistym respektem... a może po prostu w głębi duszy błąkało się przeczucie, że naruszyłbym jego sferę osobistą i zezłościł? W każdym razie poczekałem grzecznie, odprowadziłem go do pokoju i... drzwi zatrzasnęły się tuż przed moim nosem.
- He... hej! Mieliśmy robić projekt! - krzyknąłem oniemiały. Usłyszałem szczęk klucza w zamku. Chyba nigdy w życiu nie czułem się tak skołowany. Wtedy odezwał się mój telefon. Odczytałem wiadomość.
Spóźniłeś się.
- Najmocniej przepraszam, zaspałem... naprawdę... - czułem się naprawdę głupio. W dodatku do tego nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że do moich policzków napływa nieznośne gorąco. Z braku pomysłu, jak się zachować, po prostu się jąkałem - Mieliśmy skończyć ten projekt i...
Drzwi zostały otworzone zamaszystym ruchem i gdybym w porę nie odskoczył, zostałbym nimi boleśnie potraktowany. Już miałem się oburzyć, gdy zobaczyłem rozbawioną minę Sakamoto i usłyszałem jego melodyjny śpiew. Czerwień, napływająca do moich policzków postanowiła skorzystać z trybu "auto", ponieważ czułem, jak nieznośne gorąco zaczęło mnie wręcz palić. To wcale nie było przyjemne.
On tak po prostu się śmiał, a ja tak po prostu stałem skołowany przed drzwiami. Po chwili mojej konsternacji uspokoił się i przepuścił mnie w drzwiach.
- No tak, musimy zrobić twój projekt...
- Nasz projekt - poprawiłem go. Dopiero idąc za nim, zauważyłem w jego osobie swoistą grację... Szedł miękko, sprężyście i jego spodnie uwydatniały zgrabne tyły...
Przygryzłem dolną wargę, wkładając całą siłę i tak słabej woli, by się nie gapić. Hotelowy pokój był dość obszerny i bardzo jasny. Po prawej stronie znajdowało się sporych rozmiarów dwuosobowe łóżko (a może raczej łoże?). Przez chwilę przeszło mi przez głowę, że pewnie sypia w nim ze swoją dziewczyną, ale szybko odgoniłem niezbyt przyjemną wizję. W pomieszczeniu stała także komoda i stolik z krzesłami. Po prawej stronie widniały drzwi łazienkowe, które uprzejmie mi pokazał, a za nimi znajdowało się przejście do kameralnej kuchni.
- Napijesz się czegoś? - zapytał z manierą dobrego gospodarza.
- Czegoś? - dopytałem sugestywnie, a na mojej twarzy pojawił się znaczący uśmiech. Takashi przewrócił oczami, opierając się o ścianę między łazienkowymi drzwiami a kuchnią.
- Dostaniesz herbatę, ale nawet nie waż się marudzić - powiedziawszy to, poszedł do kuchni wstawić wodę na herbatę. Później wrócił do mnie, kiedy już kontemplowałem pośladkami miękkość tutejszego hotelowego łóżka. Było naprawdę wygodne. Wróciła do mnie znów nieprzyjemna wizja, ale on szybko ją zniweczył swoją obecnością.
- Trzeba coś zacząć robić - chrząknął znacząco.
- Tak, to... jak w końcu brzmiał nasz temat?
Pracowaliśmy bardzo sumiennie do samego wieczora. Dowiedziałem się bardzo przydatnych rzeczy. Wśród nich znajdował się temat naszej prezentacji, termin jej oddania, a nawet sposób, w jaki rozmnażają się dżdżownice (o czym wolę nie wspominać... wizja dwóch robaków, zamkniętych w kokonie z „nie-wiadomo-czego” (czyli zapewne jakichś obrzydliwych wydzielin) i... robiących „różne dziwne rzeczy” była ponad moje ówczesne nerwy). Gdy sterczałem nad jedną z książek, które Takashi przezornie wypożyczył i przepisywałem potrzebne informacje, poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Postawił obok mojej ręki parujący kubek i na drugim barku położył kolejną dłoń, po czym zaczął mnie zręcznie masować. Czułem, jak pochyla się nad moim uchem i szepcze.
- Koniec, Tygrysie. Zrobiło się późno.
Zostawiłem długopis i usiadłem wygodniej na krześle, przymykając oczy. Powoli odpływałem, wiedziony jego zmysłowym głosem i zręcznie działającymi palcami. Oddychałem miarowo i spokojnie. Otworzyłem oczy, poczuwszy że dotyk ustał. Spojrzałem z wyrzutem na stojącego nade mną Takashiego.
- Wystygnie ci. Nie będę odgrzewał.
Przytaknąłem, wyprostowałem się i zacząłem pić, za kubkiem ukrywając niewinny młodzieńczy rumieniec.
- Która godzina? - zapytałem.
- Dwudziesta trzecia - odparł tak po prostu.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Po chwili skojarzyłem tę godzinę z zatroskaną matką i poczułem potrzebę poinformowania jej, ale gdy już wygrzebałem telefon, ujrzałem że był on całkowicie rozładowany. Przekląłem pod nosem.
- Chcesz gdzieś iść? - powiedział, unosząc do góry jedną brew, jakby uświadamiając mi, że tej nocy nigdzie nie pójdę, bo taka jest jego wola.
- Nie... chyba - powiedziałem, niepewnie zerkając na pusty wyświetlacz.
Westchnął ciężko, jakby tłumaczył ciągi niezwykle opornemu humaniście.
- Na pewno nie. Wiesz, jakie miałbym wyrzuty sumienia, gdybyś poszedł sam i coś by ci się stało? - powiedział, a mój żołądek wykonał zgrabny piruet i przeszedł w fazę „ścisku”. Martwił się o mnie, a tak mi się przynajmniej wydawało, bo nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o moim bezpieczeństwie z takim przejęciem. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło... jednak był mały szkopuł.
- Ale... przecież nie mam gdzie spać, a na jutro musimy być wyspani, żeby skończyć projekt... - odparłem.
- Będziesz spał w łóżku oczywiście, a gdzie indziej? Możesz wskoczyć pod prysznic albo do wanny. Na kaloryferze powinien wisieć czysty ręcznik i mogę ci pożyczyć jakąś koszulkę do spania.
Do całej reakcji, która zaszła w moim organizmie doszło jeszcze kołatające wściekle serce. Wydawało mi się, że śnię. Ten sen był bardzo głupi i nierealny... jeden z tych abstrakcyjnych, których końca się nie pragnie, choć ich abstrakcyjność przekracza wszelkie normy, przez co odczuwa się mały niepokój. Jednak euforia gdzieś w środku mnie przyćmiła wszelkie niepokoje, wątpliwości... nawet myśli o łapiącej się za głowę rodzicielce, szukającej mnie policji i wizję telefonu z wygaszonym wyświetlaczem. Skończyłem na bardzo relaksującej kąpieli pod prysznicem. Lubiłem stan, gdy moje ciało obmywała ciepła woda. Po chwili rozkoszy, nastąpiła kolejna. Znów pomyślałem, że to sen. Stałem przed lustrem. Byłem gruby jak zwykle, ale miałem wrażenie, że jego czysta, całkowicie przesiąknięta nim koszulka dodaje uroku nawet mi. Dałem sobie chwilę, by rozkoszować się tym zupełnie nowym doznaniem, a gdy emocje zmalały, wyszedłem z łazienki. Ubrany byłem w same bokserki i koszulkę. Spiąłem się, kiedy zlustrował mnie wzrokiem. W mojej głowie pojawiła się natrętna myśl, że zapewne... nie, na pewno zwrócił uwagę na to, jaki jestem gruby. Sięgnął swoje ubrania i sam ruszył do łazienki. Nogi powiodły mnie do kuchni w celu ochłonięcia. Otworzyłem okno i zapaliłem. Już po pierwszych kilku „tytoniowych oddechach” poczułem się o niebo lepiej. Zgasiłem fajkę w popielniczce, leżącej na parapecie i odwróciłem się z głębokim westchnieniem w stronę kuchennego aneksu. Wtedy na blacie zobaczyłem dwa kubki. Gdy się przybliżyłem, ujrzałem że jeden był pełny, a drugi w połowie pusty. Uśmiechnąłem się, a ciepło znów zaczęło się rozlewać od serca po moim wnętrzu. Zupełnie, jakby ktoś zrobił w nim dziurkę i zaczął wylewać tę okropną, cukierkową zawartość... bez bólu, za to z euforią (kto wie, może wraz z tym „czymś” wyzwalana była morfina?). Pomyślał o mnie.
Coraz bardziej przerażające wydawało mi się to, co się działo w moim wnętrzu. Mimo wszystko nie byłem w stanie nad tym zapanować... po prostu.
Sączyłem więc grzecznie herbatę, rozglądając się po jego kuchni i czekając aż wyjdzie z łazienki. Próbowałem w tym czasie odetchnąć i się uspokoić, ale w momencie zobaczenia pełnego kubka (cóż za absurd!) moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Nie wspominając o myślach, które samowolnie odbiegały w stronę jego zapachu po wyjściu z łazienki czy kwestii, jak będzie ubrany, a najchętniej mój wzrok osuwał się na łóżko, podczas gdy rozpasane wizje udawały się w kierunkach co najmniej nieprzyzwoitych, o które wcześniej nigdy bym się nie posądzał... Chwila, przecież ja go nie cierpiałem.
Właśnie wtedy, kiedy moje myśli tak sobie niesfornie krążyły po całym jego aktualnym lokum, przeszedł obok mnie, otworzył okno i obrzuciwszy popielniczkę spojrzeniem, zapalił. Widziałem to wszystko kątem oka, wcale nie wpatrywałem się w niego z cielęcym zachwytem, kiedy wyrwał mnie z myśli, pytając:
- Chcesz zapalić?
W odpowiedzi jedynie pokręciłem przecząco głową.
- To idź się połóż - ruchem głowy wskazał łóżko i zaciągnął się, po czym wydmuchał z ust idealny paseczek dymu, który rozszerzał się, by w końcu zniknąć na tle granatowego nieba. Patrzyłem na niego oniemiały. To była kolejna z tych krótkich chwil, kiedy pomyślałem, że jest naprawdę piękny. Spalił do końca, a potem bez słowa poszliśmy się położyć.
Spał bez koszulki. Do dziś pamiętam skrępowanie, gdy leżałem obok niego pod drugą kołdrą - tak blisko, bo jedynie na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie z pełną świadomością, że nigdy nie odważyłbym się tej ręki wyciągnąć. Miał już przymknięte oczy i oddychał miarowo, jakby pogrążony we śnie. Jakże ogromne było moje zdziwienie, gdy je tak po prostu otworzył i westchnął. Nie kryła się za tym nawet odrobina sentymentu czy rozczulenia, tylko zdenerwowanie.
- Nie mogę spać, gdy tak się we mnie wpatrujesz - stwierdził z udawaną złością.
Przewróciłem oczami.
- Nawet taką chwilę musisz zniszczyć, nie? - odparłem, niekontrolowanie się nadymając. Spojrzał na mnie z większym zainteresowaniem.
- Jaką? - zapytał wyraźnie zaciekawiony i rozbudzony. Szuja, wiedział dobrze, że nie będę wiedział, co odpowiedzieć!
- Robisz to specjalnie - stwierdziłem.
- Zachowujesz się jak dziecko - powiedział ze zrezygnowaniem. Znowu niemiłosiernie mnie denerwował. Był taki okropnie niezdecydowany - najpierw mnie tam zaciągnął, a potem... może tylko stroił sobie ze mnie żarty?
- A ty to... - zacząłem pretensjonalnym tonem, lecz przerwał mi, przysuwając się bliżej i zamykając moje usta swoimi wargami. Zapowietrzyłem się z zaskoczenia. Jego wargi były zaskakująco miękkie, w mojej głowie istniał zaskakujący chaos, a serce (już nie?)zaskakująco próbowało w tempie co najmniej dwa razy szybszym od oberka wybić się z mojej piersi. Gdy odsunął się ode mnie, rozległo się głośne cmoknięcie. To była chyba najbardziej irracjonalna chwila w moim życiu. Pocałował mnie. On. Pan idealny. Posiadający dziewczynę. Ideał... Pocałował mnie?
Widziałem uśmieszek na jego twarzy. Pomyślałem, że wszystkiego można się po nim spodziewać.
- Idź już spać - powiedział łagodnie. W półmroku wyraźnie odznaczał się blask jego czekoladowobrązowych oczu. Miałem okropną ochotę wykrzyczeć „chwilo, trwaj!", ale milczałem jak zaklęty. - Jutro musimy skończyć pojekt, a do tego powinniśmy być wyspani. Dobranoc, tygrysie - powiedział. Nagle mój żołądek zapragnął skurczyć się do rozmiaru orzeszka laskowego, ponieważ poczułem nieprzyjemny ścisk w tamtym właśnie miejscu. Wtedy już wiedziałem, że to będzie długa noc. Ku memu ogromnemu zdziwieniu zasnąłem naprawdę błyskawicznie... Oczywiście przez cały czas czując jego zapach oraz wrażenie, jakie pozostawiły jego wargi na moich... Jakby były ścierpnięte - uczucie podobne do tego, jakby chodziły po nich jakieś małe stworzonka. Tak absurdalnie nie czułem się naprawdę nigdy. Wtedy też po raz pierwszy w mojej głowie pojawiło się pytanie: Czy ja go kocham?
Nie śniło mi się nic albo najzwyczajniej tego snu nie pamiętałem - ten stan nie był niczym nowym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz