wtorek, 11 lutego 2014

[One Shot] "Na wspak" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: "Na wspak"
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora: brak

Szpital zawsze kojarzył mi się ze sterylną bielą i idealną ciszą, zakłócaną pojedynczymi popiskiwaniami respiratora. Z salami prosto z planów filmowych, do których można było zajrzeć przez szybę. Z dostojnymi lekarzami, którzy zaglądają do sal pacjentów, kontrolując stan ich zdrowia. W rzeczywistości szpital odznaczał się nieładnym zielonkawym kolorem, który bardziej przypominał glony, był strasznie głośny, wypełniony dźwiękami, wydobywanymi z ludzkich gardeł, rozmowami i krokami pielęgniarek z nadwagą. W rzeczywistości sale przypominały dwuosobowe klitki. Zupełnie jakby po zamknięciu białych drzwi czerwoną plastikową klamką, przenoszono się do innego wymiaru. W sali znajdowało się tylko to, co niezbędne - łóżko, półka na kółkach i stojak na kroplówkę. Klitka Tory była jednoosobowa, specjalna...
Na korytarzu co chwilę coś się działo. Jakaś dziewczyna szła przy pomocy jednej z pielęgniarek, inna piguła biegła do sali. Panował tam gwar, co jakiś czas rozlegały się odgłosy rozdzieranego opakowania, raz po raz jęki, czasem krzyki i szlochy. Kiedy szedłem, odziany w skórzaną kurtkę i dżinsy, bez makijażu, za to z białą maską na twarzy, wszyscy odwracali głowy, patrząc na mnie. Wszyscy, który nie mieli na sobie masowych białych fartuchów albo piżam. Głowę odwróciła dziewczynka o mokrych oczach, która siedziała samotnie przed jedną z sal. Odwrócił ją też mężczyzna, rozmawiający z kobietą w białym fartuchu. Odwracały ją pielęgniarki, stojące przy toaletach dla plebsu. Nawet dziadek, który stał na korytarzu przed dyżurką. Ludzie wyglądali przez szyby sal, byłem zdecydowanie w centrum uwagi. W końcu co ktoś taki jak ja - okropny, nie chodzący nawet na cudze przyjęcia urodzinowe - robi w takim miejscu, jak to? Obserwowałem wszystkich tych ludzi właściwie tylko po to, by myśli nie rozbiły mojej szklanej maski obojętności. Nie mogłem teraz płakać, musiałem być silny.
Położyłem dłoń na ostatniej czerwonej klamce. Klitka Tory znajdowała się na końcu korytarza. Zamknąłem za sobą przejście do innego wymiaru z należytą ostrożnością, by nie było słychać nawet szmeru przesuwanych drzwi. W momencie zamknięcia ich, w sali rozległa się idealna cisza. Wymiar rozświetlany był poprzez światło, wpadające przez duże okno. To była jedyna sala, do której nie można było zajrzeć przez szybę z korytarza. Jedyna klitka, izolatka dla VIPów.
Powoli podszedłem do łóżka. Starałem się, by nie było słychać moich kroków ani szelestu ubrań. Przy łóżku stało krzesło. Czekało na mnie, ale przede wszystkim czekał na mnie on. Na łóżku znajdował się kłębek pościeli, z którego wystawała burza kruczoczarnych włosów. Dopiero, gdy przykucnąłem przy jego twarzy, ujrzałem, że przykryty jest do samego nosa i patrzy na mnie. Jego oczy się uśmiechają. Kładę dłoń na jego włosach.
- Witaj, Shinji - mówię. Wiem, że lubi mój głos, inaczej milczałbym. Odpowiada mi uśmiechem, odznaczającym się zwałkowaną skórą w kącikach oczu i wydęciem policzków. Delikatnie chwytam pościel w dwa palce i odsuwam kołdrę z jego twarzy. Nie czuję oporu. Nie trzyma jej. Widzę jego uśmiech.
- Witaj, Takashi. Czekał...
- Wiem - odparłem, przyglądając mu się z napięciem. Nie chciałem zadawać tego pytania, liczyłem że sam na nie odpowie. Uśmiech stopniowo zszedł z jego twarzy.
- Przestań - powiedział łagodnie. - Wszyscy pytają o to samo. Chociaż przy tobie chciałbym poczuć się... inaczej.
- Ale nie jest inaczej - w moim głosie pobrzmiewał nacisk. Nie tak miało to zabrzmieć...
Patrzył na mnie z nutą pobłażania. Przecież wiedziałem. Wcale nie przychodziłem tam, żeby wybuchać...
- Chciałem cię o coś poprosić... - zaczął cicho. Miałem wrażenie, że choroba stłamsiła pewien temperament w nim... a może po prostu źle się czuł? Choć nie wyglądał na takiego. Cholera, miałem być dla niego wsparciem, nie na odwrót.
- O co? - patrzyłem na niego, a on wyciągnął chudą dłoń w moją stronę. Dotknął mojego uda i uśmiechnął się. Przykryłem jego dłoń swoją, po chwili ująłem ją i pocałowałem. Wiedział, jak mnie uspokoić. - O co mnie prosisz, księżniczko? - zapytałem, zaciskając mocniej jego dłoń w swojej. Wydawał mi się teraz tak kruchy, jak nigdy.
- Zbliż się.
Zgodnie z życzeniem przysunąłem krzesło do samego łóżka, siadając w rozkroku.
- Jeszcze - powiedział, uśmiechając się.
- Trzeba było od razu powiedzieć, że mam cię pocałować - powiedziałem i nie czekając na odpowiedź, złączyłem nasze wargi w ulotnym pocałunku. Uśmiechnął się, patrząc w moje oczy. W takich chwilach zastanawiałem się, dlaczego właściwie tu leży. Dlaczego nie możemy wrócić do domu, by kochać się tak dziko i namiętnie, jak jeszcze miesiąc temu, tylko musimy siedzieć tutaj. Wtedy przypominałem sobie o jego chudej rączce, zauważałem zapadnięte policzki i przypominałem sobie, że on wcale nie jest zdrowy... że nigdy nie będzie.
Przycisnąłem mocniej swoją dłoń na jego i przysunąłem ją do serca. Pochyliłem głowę w dół, zasłaniając twarz włosami. Odwróciłem ją w bok. Cholera, miałem nie płakać. Wtedy poczułem jego dłoń, delikatnie ocierającą łzy spod moich oczu.
- Nigdy przedtem... przed moją chorobą nigdy nie widziałem, żebyś płakał. I cieszę się... że wreszcie postanowiłeś być sobą.
Rozpłakałem się jak dziecko, tego było za wiele. Jedyny komfort... miałem pewność, że nikt nie wstąpi do naszego wymiaru nawet po otwarciu drzwi z czerwoną klamką.

Godzinę później zadzwonił mój telefon. Musiałem wyjść, dzwoniła mama. Pytała o to, jak mi się powodzi i czy wszystko dobrze. Odpowiadałem zdawkowo, korzystając z okazji i paląc na dworze. Mówiła przez dobre dwadzieścia minut, w trakcie których zdążyłem wypalić spokojnie z siedem fajek. Krzywiąc się nieznacznie, wyrzuciłem pustą paczkę do kosza na śmieci. Mówiła o jakimś wujku, który zmarł wczoraj na raka... wujek Kenji? Kinji? Cholera wie, nawet go nie widziałem. Jednak matka była tym faktem bardzo wstrząśnięta, a mnie zaczął ssać nikotynowy głód, więc ruszyłem do pobliskiego sklepu. Wprawdzie moje ukochane Pianissimo były tam prawie dwa razy droższe niż zwykle, ale tym razem naprawdę nie miało to znaczenia. Kiedy wracałem do szpitala, wypaliłem kolejnego papierosa i wsadziłem do ust dwie gumy. Dotarłszy do drzwi, przerwałem matce i pożegnałem się z nią. To było niegrzeczne, ale w tej sytuacji nie obchodziło mnie to. Straciłem już i tak zbyt wiele czasu. Wróciłem do sali tym samym korytarzem, odprowadzany tymi samymi spojrzeniami... Gdy przekroczyłem próg naszego nowego wymiaru, zamarłem. Nie przywitał mnie jego głos. Nie poruszył się. Przez krótką chwilę poczułem ogarniającą mnie panikę, więc podszedłem szybko do jego łóżka i... ujrzałem go słodko pogrążonego we śnie. Chciałem zapalić, ale nie mogłem go znów zostawić. Pieprzyć fajki - pomyślałem i ująłem jego chudziutką jak u dziecka dłoń. Patrzyłem, jak śpi, oddychając spokojnie.
Jesteś szczęśliwy?
Sam zasnąłem na okropnie twardym i niewygodnym krześle, a obudziłem się, kiedy Shinji stał za mną i przytulał mnie do siebie, wsadzając nos w moje włosy. Czułem jego uśmiech.
- Obudziłeś się - stwierdził.
- Nie powinieneś się przemęczać - wtrąciłem od razu.
- Nie martw się, czuję się dobrze.
- Ale zaraz znowu zasłabniesz...
- Uwierz we mnie. Po prostu uwierz.
Poczułem pocałunek na swojej szyi. Czułem, jakby wszystko przeciekało mi przez palce, ale tamta chwila mogła trwać wiecznie. Telefon zawibrował w mojej kieszeni, ale włożyłem do niej rękę i przytrzymałem jeden z klawiszy, aby go wyłączyć.
- Wierzę w ciebie - odwróciłem się na krześle przodem do niego. Uśmiechał się. Był ubrany w ten sam biały kaftan, ale wyglądał zupełnie inaczej od ludzi na korytarzu. Był w innym wymiarze, w innym stanie. Mógłbym powiedzieć, że jego aura miała zupełnie inny odcień. Odcień miłości.
Nie uprawialiśmy dzikiego seksu na szpitalnym łóżku tylko cieszyliśmy się sobą. Jego oczy były piękniejsze niż kiedykolwiek.
Wyszedłem kolejnego dnia rano, gdy zasnął zmęczony długą rozmową. Kiedy wyszedłem i delikatnie zamykałem drzwi czerwoną klamką - tak, by go nie zbudzić, spojrzała na mnie zdziwiona pielęgniarka. Odprowadzała mnie wzrokiem do samego końca korytarza.
Wróciłem do domu, odświeżyłem się i wypaliłem całą paczkę Pianissimo. Wypiłem poranną kawę i zdrzemnąłęm się przez dwie godziny, by wrócić do szpitala. Znów zostałem zamknięty w pułapce wścibskich spojrzeń, ale... nie przejąłem się nimi. Po prostu szedłem przed siebie. Do niego.
Znowu wszedłem bardzo cichutko. Pomyślałem, że może do tego wymiaru można się dostać jedynie w takiej delikatnej ciszy.
- Witaj, Takashi - na jego twarzy znów pojawił się uśmiech.
- Właściwie... - usiadłem na krześle i poczuwszy na udzie jego dłoń, chwyciłem ją, splatając nasze palce. Miałem wrażenie, że to przynosi mu pewien spokój. A może przynosiło jedynie mi? - Właściwie dlaczego nikt poza mną tu nie wchodzi?
- Wchodzi - odparł Tora. Ruchem głowy wskazał na stojak, na którym widniała kroplówka, prowadząca do zgięcia jego łokcia, z którego zsunął kołdrę. Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej? - Po prostu kiedy ty jesteś, wiedzą że niczego nie potrzebuję.
Delikatnie pogłaskałem miejsce obok wenflonu i uśmiechnąłem się.
- To takie... - zacząłem, lecz nie mogłem znaleźć słowa.
- Ładne - dokończył za mnie i podarował mi kolejny uśmiech. - Tym razem przyjdą. Niedługo powinien być obchód.
- Co, jeśli nas zobaczą? - zapytałem.
- Co, jeśli nas nie zobaczą?
Uśmiechnąłem się.
- Chcesz stąd zwiać? - zapytałem, choć wiedziałem, że nie mówił poważnie. Nie odpowiedział, tylko przyglądał mi się znacząco. - Nie, Torashi, nie ma takiej opcji. Twoja kroplówka i...
- Nie, Takashi. Pomyśl o swoim sercu. Moim sercu. Naszym sercu.
Miałem ochotę się rozpłakać i wydrzeć rozwydrzony nastolatek, że przecież jego organizm umiera. Jednak nie byłem już nastolatkiem.
- Nie możemy, Shinji. Jeszcze nie. Później zabiorę cię stąd, dobrze? - zapytałem, przysuwając jego dłoń do ust.
- Dobrze.
Pocałowałem jego chudziutkie palce.
- Dziękuję.
Drzwi otworzyły się. Jeszcze nie słyszałem, by przecinały powietrze z takim impetem. Shinji był spokojny. Patrzył na mnie i uśmiechał się.
- A to jest pacjent, który przybył do nas w ciężkim stanie ze złośliwą odmianą nowotworu.
Lekarz podszedł do Tory i zerknął najpierw karcącym wzrokiem na mnie, a później na niego. Za doktorem stała grupka ciekawskich studentów, którzy pewnie przyszli na praktyki. To było takie ironiczne.
- Nie martw się - powiedział Tora, głaszcząc mnie po dłoni. - Nie martw, wszystko będzie dobrze.
- Trzeba będzie kogoś wezwać - odparł lekarz i szybko wyszedł z praktykantami, zatrzaskując za sobą drzwi. Zmarszczyłem czoło, wpatrując się w drzwi z wyrzutem.
Shinji zaśmiał się. Lubiłem jego śmiech. Tym bardziej w takich chwilach jak ta.
Rozmawialiśmy do północy, aż nie usnął. Wtedy wyszedłem na dwór. Pierwszym, co poczułem była fala chłodnego powietrza, które zadziałało orzeźwiająco. Zapaliłem w drodze powrotnej.
Kiedy wróciłem, Tora wciąż tam leżał spał spokojnie, a gdy wróciłem, obudził się. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Do sali weszła pielęgniarka. Zaczęła mówić coś o śmierci Tory. Zapytałem ją, czy da się świadomie lunatykować w stanie śmierci klinicznej, bo jeśli tak, to ja wszystko rozumiem. Usłyszałem jego melodyjny śmiech, a ona zdawała się zachłysnąć powietrzem. Naprawdę dziwna kobieta.
- Takashi... wyjedźmy.

2 komentarze:

  1. Witam. Zostałaś nominowana do Liebster Award. Po pytania zapraszam tutaj: http://rottenbuyer.blogspot.com/2014/02/nowosci-liebster.html Miłej zabawy!(>ω・)
    PS. Shocik skomentuję innym razem, 'kay? Zero weny do czytania...

    OdpowiedzUsuń
  2. Informuję, że zostałaś nominowana do Liebster Award. Tutaj znajdziesz pytania: http://reitukibyyume.blogspot.com/2014/02/liebster-award-kilka-informacji.html
    Jeżeli nie bawisz się się w tego typu rzeczy - niezmiernie przepraszam za spam. (・_・)

    OdpowiedzUsuń