niedziela, 27 września 2015

[One Shot] "Lepszy ślepy idiota" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Lepszy ślepy idiota
Paring: Tora/Saga (Alice Nine); Kaoru/Die (Dir en grey) - pobocznie
Gatunek: -
Rating: G (bez ograniczeń wiekowych)
Ostrzeżenia: Nie wiem, czy powinno znajdować się to akurat tutaj, ale w opowiadaniu następuje zmiana narracji.
Od autora: Przed Wami nareszcie jedna z pozycji, które wygrały w ankiecie. Napisałam ją praktycznie jednym tchem. Do napisania tej miniaturki zainspirowała mnie Melodia serca napisana przez Syo, choć jej opowiadanie jest zupełnie inne od mojego. Moje utrzymane raczej w lekkim tonie, bardzo miniaturkowe, trochę puchate i jakby wyrwane z kontekstu. Trochę ślepo zakochanego Tory, wspaniałości Sagi i... chyba czegoś jeszcze. Zapraszam~


Znów to samo.
Wszystko zaczyna się od rzucenia okiem na smukłą sylwetkę. Późniejsza ocena szczegółów przychodzi już samoistnie, jakby wiedziona jakimś niewidzialnym trybikiem, który prowadzi do uruchamiania każdego kolejnego zmysłu i skierowania go na niego. Zaczyna się zawsze od wzroku, choć wyobrażenie dotyku nagiej skóry, którą odkrywa nieznośnie podwijająca się koszulka stanowi element równie niezbędny, jak niekontrolowany. Później zatrzymuje się na włosach sztywnych od lakieru i szorstkich przez zniszczenie spowodowane stosowanymi od lat środkami chemicznymi. To z kolei prowadzi do prostego wniosku – skoro włosy są szorstkie, sztywne (choć Shinji naprawdę wolałby, żeby zesztywniało mu z goła coś innego) i nieprzyjemne w dotyku, to znaczy, że trzeba je umyć. A cóż by to był za prysznic, gdyby Takashi miał go odbyć w samotności? Później nieznośne myśli przywodzą na myśl szczupły tors, gładkość płaskiego brzucha i wilgotne, namiętne wargi, które tylko proszą, żeby się w nie wpić.
W ten sposób Shinji kończy uwiązany do baru, bo przecież pokusił się o wyjątkowo obcisłe spodnie, które w tym momencie jasno i wyraźnie ukazywały coś, co wolał ukryć. Szczególnie przed Takashim.
I tak jest ciągle, za każdym razem. Choć czasem, wiedziony jakąś niesamowitą intuicją, zakłada spodnie trochę luźniejsze – te, które Takashiemu podobają się mniej, ale jednak bardziej w tej sytuacji funkcjonalne. Mimo to znajduje sobie inny argument, by pozostać przy barze – gdzieś w cieniu, pozornie niewidzialny i pozornie niewidzący – choćby było nim czekające na niego piwo, złocisty napój bogów, którego przecież nie sposób porzucić. A jeśli spoczywała przed nim jedynie pusta szklanka, miał pretekst, by zamówić kolejne.
W ten sposób Shinji spędzał kolejny melancholijny piątek, przepełniony bezustannymi westchnieniami i ukradkowymi spojrzeniami. I właśnie wtedy, choć miał na sobie te okropnie obcisłe spodnie, które Takashi tak strasznie lubił, i choć kufel prawie cały wypełniony był jasnym piwem, alkohol niebezpiecznie zaszumiał w jego głowie i podsunął wyjątkowo niebezpieczny pomysł...
– Zagadaj do niego w końcu – przemówił głos tuż przy moim uchu i już zacząłem się zastanawiać, czy nie mam omamów, gdy na stołku obok usiadł Daisuke.
Andou był moim przyjacielem. Nie jakimś szczególnie bliskim ani oddanym. Nie mieliśmy dla siebie za dużo czasu, ale mimo to wydawało się, że jest między nami coś w rodzaju koleżeńskiej chemii.
– Od kiedy stajesz się głosem wkraczającej w świadomość części mojej podświadomości? – odrzekłem, a Die spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, jakby chciał mi powiedzieć, że mam coś dziwnego na twarzy i to wcale nie jest spoczywająca na policzku przypadkowa rzęsa. – Co? – zapytałem, marszcząc czoło w geście kompletnego niezrozumienia i może nawet poirytowania.
– Masz rzęsę na policzku – odparł wymijająco, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. No tak, co jak co, ale my chyba naprawdę byliśmy stworzeni dla siebie. Uśmiechnąłem się sympatycznie.
– Moje życzenia i tak się nie spełniają – westchnąłem, a on powiódł za mną wzrokiem jeszcze zanim zorientowałem się, w którym kierunku właściwie podążyły moje myśli i oczy.
– Życzenia? – spojrzał na mnie sceptycznie, uśmiechając się półgębkiem.
– Zamknij się – uderzyłem go w ramię.
Roześmialiśmy się. Co jak co, ale pomimo naprawdę niedługiej znajomości Daisuke zawsze wiedział, kiedy kłamię. Może to dlatego, że moje domniemane drobne przeinaczenia prawdy zawsze dotyczyły denerwująco perfekcyjnej osoby Takashiego i były kompletnym zaprzeczeniem tego, jakobym jeszcze coś do niego czuł. No bo jak Wielki Pan Sakamoto, Bóg Seksu i te sprawy mógł się w ogóle zakochać. Przespaliśmy się raz, drugi, może trochę więcej, ale wciąż podkreślał, że to tylko niezobowiązujący seks. Choć do dziś, gdy wspominam jego wzrok utkwiący w moich pośladkach, gdy zakładałem spodnie z imitującego skórę materiał...
– Znowu je założyłeś – parsknął Die.
– O co ci chodzi? – żachnąłem się.
– Mówiłeś, że są niewygodne i ich nie cierpisz. – Daisuke z szerokim uśmiechem powitał swój kufel z ciemnym piwem i umoczył w nim wargi.
– Bo tak jest – burknąłem, próbując zachować tę chwilę beztroski i dziecinnych przekomarzanek, by jak najmniej wracać myślami do scen, których nie pownienem rozpamiętywać. Wziąłem kilka głębszych łyków, a Die kontynuował:
– A raczej było do czasu, gdy Sakamoto–pan uwodziciel nie powiedział ci...
– Twój tyłek wygląda w nich nieziemsko, Shinji – dokończył za niego Takashi, który nagle i zupełnie niespodziewanie pojawił się pomiędzy nami. To był moment, w którym zakrztusiłem się pitym piwem, odstawiając kufel z głośnym trzaskiem na blat. Kaszlałem, próbując powstrzymać alkohol niestrudzenie chcący przedostać się do mojej tchawicy. Takashi klepnął mnie w plecy, a ja spojrzałem na niego z oczami pełnymi łez. Aż głupio wspominać, jak żałosny obrazek musiałem sobą przedstawiać. – Obgadywanie innych za plecami nie jest zbyt grzeczne, drodzy panowie, ale to jeszcze nie powód do płaczu – stwierdził lekko i porwał mój kufel, po czym wychylił resztę zawartości duszkiem. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że w ciągu tego swojego monologu puścił mi oczko, choć w rzeczywistości spoglądał raz na mnie, raz na Die'a, w którym aż się gotowało ze złości.
– Mógłbyś w końcu się na coś zdecydować – warknął na Sakamoto, a ten tylko przywołał na twarz zawadiacki uśmieszek, rozejrzał się dookoła i przyciągnął pobliskiego mężczyznę do pocałunku. Na nieszczęście nas wszystkich tym śmiałkiem okazał się nikt inny, jak lider Dir en grey'a – już trochę wstawiony, ale wciąż wystarczająco przytomny, by nie za mocno, ale jednak odepchnąć od siebie natręta. Daisuke wyglądał wtedy, jakby miał wyjść z siebie i stanąć obok. Nie wiedząc za bardzo, co mógłbym wtedy zrobić, po prostu zerwałem się z siedzenia i zanim Andou zdołał jakkolwiek zareagować, chwyciłem Takashiego za rękę i wybiegłem z nim z pomieszczenia. Stanęliśmy dopiero po wbiegnięciu to jakiegoś wyludnionego zaułka, niezbyt przyjemnego, ale wyglądającego na trudny do znalezienia. Na dworze było zimno, wszechobecny mróz od razu odznaczył się gęsią skórką na nagich ramionach. Przyspieszony biegiem puls wyraźnie dawał o sobie znać.
– Jesteś idiotą, Shinji. Zostawiłeś nasze kurtki – stwierdził, przewracając oczami, choć mógłbym przysiąc, że przez ten grymas niezadowolenia niestrudzenie przebijał się cień satysfakcji. – I co teraz zrobisz, jeżeli się rozchoruję?
– Będę... – zacząłem, wciąż dysząc ze zmęczenia spowodowanego biegiem.
– Tylko nie mów, że będziesz gotował mi zupki, mógłbym tego nie przeżyć – przerwał mi. Nastała chwila ciszy, podczas której wpatrywałem się w jego idealnie czekoladowe oczy, a on spoglądał w moje, po prostu ciemne. – Ja tam nie wrócę – zarzekł się.
– Ja też nie – odparłem. – Daisuke mnie zabije, wskrzesi, a później każe zaprowadzić do ciebie, by dokonać kolejnego aktu mordu. – Mółbym przysiąc, że po tych słowach na twarzy Sagi pojawił się uśmiech ukryty gdzieś w mroku nocy. Staliśmy przez chwilę, rozcierając ramiona, po czym ściągnąłem z ramion flanelową koszulę i podałem mu ją. – Masz.
– To? – Takashi uniósł brwi w geście zdziwienia. – Kiepska rekompensata – skrzywił się, ale przyjął niejaki prezent i zarzucił go sobie na ramiona.
Uśmiechnąłem się pod nosem w taki głupi, kompletnie naiwny sposób wierząc, że teraz napawa się moim zapachem, tak jak robiłbym to na jego miejscu ja.
– To wszystko przez ciebie – stwierdziłem, krzywiąc się na wspomnienie warg Takashiego przytkniętych do wąskich ust gitarzysty Dir en grey'a.
– Przeze mnie? – zapytał urażony.
– Tak – powiedziałem, dopiero wtedy zauważając, jak wąska jest przestrzeń pomiędzy ścianami zaułka. On stał przy jednej, a ja przy drugiej, przeciwległej. Dzieliły nas zaledwie dwa kroki. Wystarczyła ta świadomość, by serce, ledwo uspokojone po szalonym pędzie w trosce o nasze zdrowie, znów zaczęło nieznośnie kołatać, mieszając myśli, słowa i doprowadzając moje zlodowaciałe dłonie do paradoksalnego lepienia się od potu. A może to było tylko złudzenie?
– To nie ja jestem ślepym idiotą – zmrużył powieki, spoglądając na mnie.
Może gdybym był przygłupią, zakochaną nastolatką, pomyślałbym, że zaraz wyskoczy z wyznaniem miłości, bo przecież ślepy idiota nie zauważył, że tak naprawdę Sakamoto wciąż się za nim ugania i przychodzi do tego samego klubu co piątek tylko ze względu na niego i specjalnie zawsze bawi się w takim miejscu, aby Torashi go widział i...
– Lepszy ślepy idiota niż... – zacząłem zanim jeszcze na dobre przemyślałem, co właściwie chcę powiedzieć.
– Niż? – zapytał Takashi, unosząc brew.
... niż perfekcyjny dupek, orkopnie pociągający, wstrętnie przystojny, o bardzo ładnym ciele, które aż prosi, żeby go dotknąć. Cholera.
– Niż ty – dokończyłem, odwracając wzrok w kierunku wylotu na ulicę. Nie była ona jedną z tych stanowiących centrum nocnego życia. Szmer przejeżdżających samochodów, kroki i gwar pochodziły raczej z oddali. Na tafli mokrej od deszczu drogi odbijały się uliczne światła.

– Głupi jesteś, Torashi – stwierdził Takashi po chwili, przyciągając mój wzrok. Opatulił się ciaśniej koszulą, by wbić we mnie ciemnobrązowe spojrzenie. Trwaliśmy tak przez chwilę wpatrzeni w siebie, z plecami mokrymi od wilgotnych ścian za nami. Podmuch chłodnego wiatru wstrząsnął moim ciałem, a on chwycił mnie za dłoń i pognaliśmy do mieszkania. Niczym para nabuzowanych hormonami beztroskich nastolatków, znów kochaliśmy się na moim łóżku, a Takashi stwierdził, że jednak najlepiej mi bez jakichkolwiek spodni.

czwartek, 16 lipca 2015

„Którędy teraz, Takashi?” czyli notka organizacyjna

- Ale ty jesteś głupi, Torashi - powiedział i poczochrał mnie po włosach.
- Hej - obruszyłem się - nie obrażaj mnie.
- To nie gadaj głupot - odparł Takashi.
Westchnąłem. Ja naprawdę czułem się źle, a on wciąż bagatelizował moje problemy. Może wziął to za żart, a może po prostu miał ważniejsze sprawy na głowie. Westchnąłem raz jeszcze.
- To ciebie kocham, głuptasie - jego gorący szept owiał moją szyję i ucho. Ciałem wstrząsnął dreszcz. - Nie bądź głupi, tygrysie. Lepiej skup się na mnie zamiast snuć wyimaginowane problemy - odparł, ujmując moją dłoń i kładąc ją na swoim sercu. Widziałem jego uśmiech i żaden kompleks nie potrafił zatrzymać gorąca, które zalało moje serce. Uśmiechnąłem się, bo co innego miałem zrobić?


*
Witajcie, moi drodzy. Dzisiaj trochę spraw organizacyjnych. Ostatnimi czasy wszelkie pisarskie siły staram się wykorzystać, by stworzyć i dopieścić twór na potrzeby czwartego cyklu „Opowiadań Kotori”. Opublikowanie mojej pracy byłoby nie takim małym pisarskim sukcesem, więc ważę słowa i próbuję stworzyć opowiadanie idealne. Niestety, jak to czasem bywa, ostatnio opadłam z sił i straciłam motywację do wszelkich działań. Pomyślałam wtedy, co powiedziałby na to Saga. Tak powstał ten mały fragmencik, którym zaczyna się notka. 
Dążąc do sedna, postaram się mieć na uwadze wyniki ankiety, a co za tym idzie, napisać bądź dokończyć jakiegoś One Shota o Torze i Sadze oraz stworzyć tajemnicze coś innego, choć jeszcze nie mam na to pomysłu, bo próbując odkopać stare opowiadanie, doszłam do wniosku, że musiałabym napisać je jeszcze raz. Jeżeli macie jeszcze jakieś propozycje albo pomysły, jestem na nie otwarta. Z chęcią przyjmę wszelkie sugestie. Reasumując, pragnę oświadczyć, iż notki będą pojawiać się rzadziej, ponieważ zajęta jestem innym opowiadaniem (jeżeli wydawnictwu się nie spodoba, zapewne znajdzie się ono na blogu), a w przypadku ficków, które prędzej czy później zostaną opublikowane, postaram się dostosować do wyników ostatniej ankiety.
Dziękuję za uwagę, życzę miłego dnia~

środa, 8 lipca 2015

[2/x] "Zapach lata" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Witajcie kochani. Pomimo braku odzewu w ankiecie, postanowiłam dodać drugi rozdział "Zapachu lata", który zresztą mam już gotowy. Jak to zostało określone przez Tygrysa, "akurat aktualnie". Zapraszam~

*
Obudziły mnie promienie letniego słońca, brutalnie wpadające przez niezasłonięte okno. Wyjęczałem jakieś nietuzinkowe przekleństwo i resztkami sił przesunąłem na drugi koniec łóżka, kryjąc w ostatkach cienia. Czułem, jak moja głowa rozpoczyna poranną rozgrzewkę, więc próbowałem pogrążyć się w neutralnym śnie choć jeszcze przez moment, jednak nie pozwoliło mi na to konkretniejsze już łupanie pod czaszką. Westchnąłem zmarnowany. W pokoju było duszno. Otworzywszy oczy z ulgą zarejestrowałem, że nigdzie nie było kwasowej zawartości mojego żołądka, po czym poczułem, jak moja głowa podryguje na poduszce w rytm tykającego niemiłosiernie starego zegara. Nakryłem głowę kołdrą, ale czując duchotę, wróciły do mnie mdłości, więc sprawnie odrzuciłem ją wzdłuż nóg. Jęknąłem niezadowolony i powoli usiadłem na łóżku. Na moim nadgarstku wciąż spoczywał zegarek, który ukazywał godzinę pierwszą dwadzieścia dwa. Zdjąłem go i ujrzałem odciśnięty ślad po pasku oraz tarczy. Westchnąłem znów. Wstałem i powłóczyłem nogami najpierw do łazienki, a następnie do kuchni, w której urzędowała ciotka.
- Wstałeś, Shinji. Jak się czujesz? Gotuję ci już zupę. Może chcesz kawy?
- Tak - odparłem tylko, siadając na wyższym od standardowego krzesełku przy stoliku w kuchni. Oparłem czoło o ścianę obok i przymknąłem oczy. Otworzyłem je dopiero, gdy do moich nozdrzy zawitał przyjemny aromat kofeiny. Uśmiechnąłem się i upiłem łyka napoju. Westchnąłem cicho.
- Więc... poznałeś wczoraj kogoś? - zapytała moja krewna, spoglądając na mnie sugestywnie.
Tak, seks-bombę, która mnie upiła i kazała się przelecieć, a za dziewięć miesięcy pozwie o alimenty.
- Niekoniecznie - odparłem.
- A co z tym chłopakiem, który cię odprowadził? Mówił coś o jakiejś... Sadze... że masz do niej zadzwonić.
Włosy mi stanęły dęba. Zakrztusiłem się popijanym właśnie napojem i z trzaskiem odstawiłem kubek na blat.
- Nie martw się, nie powiem nic twojej mamie - załgała. Dobrze wiedziałem, że było to kłamstwo, jeśli matka jeszcze o wszystkim nie wie, to dowie się przy najbliższej okazji. Choć w tamtej chwili nawet o tym nie myślałem. Lepiej było zgrywać głupa czy zapytać o to, kto mnie tak właściwie odprowadził?
- No bo wiesz, był z tobą taki rudy chłopiec i na początku się wystraszyłam, bo był taki... ekstrawagancki, ale później okazało się, że jest całkiem sympatyczny - ciotka dostawała słowotoku i w takich chwilach dziękowałem za tę stronę jej osobowości.
- No tak, to mój stary kolega z podstawówki. Nazywa się Nao - skłamałem.
- Ach, to wiele wyjaśnia! Świetnie, że znalazłeś starego kolegę, ale Takumi bardzo się o ciebie martwił. Nie powinieneś tak znikać.
- Wiem, ciociu.
Przez cały dzień trzeźwiałem i cudem udało mi się namówić ciotkę, by zezwoliła mi na wieczorny spacer. Powietrze było przyjemne, słońce powoli znikało za nierównym horyzontem budynków. Szedłem, zastanawiając się, gdzie w tej okolicy mogę kupić szluga. Gdyby Nao rzeczywiście był moim przyjacielem z podstawówki, mógłbym chociaż go zapytać. Z drugiej strony, zawsze można spróbować... Stanąłem przed jedną ze sklepowych szyb i spojrzałem na swoje odbicie. W sumie wyglądałem całkiem dojrzale. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia w lustrze. Kto nie ryzykuje...
Z tymi optymistycznymi myślami wszedłem do sklepu spożywczego. Podszedlem do lady, starając się zachowywać jak najswobodniej. Stała tam kobieta o niezbyt przyjemnym wyrazie twarzy.
- Dzień dobry - zacząłem uprzejmie. - Poproszę paczkę marlboro.
- A czy ty czasem nie jesteś za młody? - spojrzała na mnie badawczo. Jednak uznałem, że jeszcze nie jestem na przegranej pozycji i odparłem:
- Ależ skąd! Niedawno skończyłem dwadzieścia lat, więc mogę wyglądać trochę młodo...
- A tu mi czołg jedzie! Spadaj stąd młodzieniaszku, zanim wezwę policję!
Upokorzony szybkim krokiem wydostałem się ze sklepu, nazywając kobietę w myślach starą jedzą. Przecież i tak nikt by się nie dowiedział!
Westchnąłem i poszedłem po prostu przed siebie w nadziei, że spotkam jakiegoś litościwego posiadacza tytoniu. Kiedy tak sobie spacerowałem, ujrzałem znajomo wyglądający przewrócony śmietnik. Przede mną rozpościerało się wejście do pamiętnego lokalu karaoke. Aż na chwilę nabrałem głębiej powietrza do płuc w przypływie zaskoczenia.. W myślach pojawiła się wizja wczorajszej wesołości (nawet wywietrzała z nich pamięć o porannym kacu) i czwórki przyjaciół. Pomyślałem, że spotkanie ich "tu i teraz" byłoby zbyt przerysowane, więc już chciałem iść dalej, gdy usłyszałem za sobą znajomy głos.
- Hej, tygrysie! - krzyknął Saga.
Odwróciłem się w jego stronę.
- Już wytrzeźwiałeś? - zapytał, gdy do niego podszedłem.
- Tak, jest lepiej - odparłem, spoglądając na niego. Tym razem był bardziej zakryty. Ubrany w obcisłe spodnie ze skóropodobnego materiału, przykrótką koszulkę, która przy każdym ruchu odkrywała skrawek płaskiego brzucha oraz rozpiętą ciasną skórzaną kurtkę. Wciąż piekielnie pociągający.
- Dobrze wiedzieć. Nao można zaufać pod tym względem - uśmiechnął się. W neonowych światłach błysnął srebrny kolczyk. Wtedy przypomniałem sobie jego chłód. Nim się spostrzegłem, dotykałem palcami dolnej wargi, a Saga patrzył na mnie w ten zagadkowy sposób.
- Wchodzisz? - zapytał, wskazując na bar karaoke. Spojrzałem na zegarek. Była dziewiąta i powoli robiło się późno.
- Jeśli poczęstujecie mnie fajką...
Saga uśmiechnął się i podsunął mi paczkę oraz zapalniczkę.
- Masz ostatniego - zauważyłem.
- Więc się podzielimy - odparł czarująco. Miał w sobie coś, co uniemożliwiało mi oddech. Skinąłem głową i wziąłem papierosa do ust. Kiedy go zapalił, zaciągnąłem się i podałem mu. Papieros był gorzki, jak każdy wyrób tytoniowy, jednak wyjęty z jego miękkich ust, nabierał słodyczy.
Miałem ochotę westchnąć jak nastolatka przed plakatem swojego ulubionego celebryty. Z tym, że przed sobą nie miałem plakatu, a Sagę w całej okazałości. O czym ja myślę? Przecież wcale nie mam zamiaru do niego wzdychać.
- To teraz w dowód wdzięczności za okazaną łaskę musisz dla mnie zaśpiewać - odparł z tym zawadiackim uśmieszkiem. Oczywiście zgodziłem się z miną najszczęśliwszego idioty na świecie.
Wszedł pierwszy do sali, zdejmując kurtkę i siadając znów obok Nao. Speszyłem się trochę. Przecież odprowadził mnie pijanego do domu ledwo znając, a ja nawet tego nie pamiętałem. Uśmiechnąłem się trochę skrępowany, a on odwzajemnił gest, co upodobniło go do Kubusia Puchatka.
Usiadłem obok Sagi, a przede mną wyrósł zapełniony kufel. Mimo wszystko bardziej od alkoholu ciekawił mnie on, choć rozmawiał wtedy o czymś z Nao na tyle zawzięcie, by nie zwracać na mnie najmniejszej uwagi. W zamian za to rozpocząłem konwersację z wiewiórkami, które, jak się okazało, miały świetny gust muzyczny.
- Shinji - usłyszałem melodyjny głos Sagi, więc odwróciłem się w kierunku, z którego pochodził. Wskazywał palcem sprzęt do karaoke, a ja dopiero wtedy zauważyłem, że ma takie dlonie, jakie zawsze chciałem mieć.
- Obiecałeś mi coś - uśmiechnął się. Jego uśmiech miał w sobie coś hipnotyzującego. To coś mówiło mi "dalej Shinji, popisz się, to twój czas". Zupełnie jakby... moje oczy teraz spoczną jedynie na tobie.
- Tak - uśmiechnąłem się zdecydowanie za szeroko i z zapałem dopadłem do sprzętu karaoke. Nie słyszałem się wcale, bo zagłuszyły mnie głośne bity. Za to z całą pewnością słyszał mnie Saga, którego wzrok czułem na swoich plecach przez cały czas.
Kiedy odszedłem od sprzętu, powitało mnie piwo numer n.
Papierosy latem też pachniały inaczej. Miały w sobie coś jak przyjemnie duszący brak zobowiązań. Wieczorne powietrze z kolei pozostawało przyjemnie orzeźwiające, co pozwalało przywrócić jako taką trzeźwość umysłu, którą z kolei od razu zaburzała obecność Sagi.
Był jak marzenie, taki nierealny i nieosiągalny, a jednak stał tuż przede mną...
- Shinji? - odwrócił się w moją stronę, a ja poczułem, że moja dłoń znajduje się tuż za jego plecami i w skutku obrotu jego ciała, sprawnie ląduje na brzuchu.
- Przepraszam! - odskoczyłem od niego jak oparzony. Patrzył na mnie początkowo zaskoczony, a po chwili uśmiechnął się zawadiacko. Coś szumiało w mojej głowie oraz w uszach, powodowało mrowienie dłoni i nieprzyjemną ciasnotę w spodniach. Zaduch lata posiadał w sobie niezatarty ślad jego obecności.