czwartek, 16 lipca 2015

„Którędy teraz, Takashi?” czyli notka organizacyjna

- Ale ty jesteś głupi, Torashi - powiedział i poczochrał mnie po włosach.
- Hej - obruszyłem się - nie obrażaj mnie.
- To nie gadaj głupot - odparł Takashi.
Westchnąłem. Ja naprawdę czułem się źle, a on wciąż bagatelizował moje problemy. Może wziął to za żart, a może po prostu miał ważniejsze sprawy na głowie. Westchnąłem raz jeszcze.
- To ciebie kocham, głuptasie - jego gorący szept owiał moją szyję i ucho. Ciałem wstrząsnął dreszcz. - Nie bądź głupi, tygrysie. Lepiej skup się na mnie zamiast snuć wyimaginowane problemy - odparł, ujmując moją dłoń i kładąc ją na swoim sercu. Widziałem jego uśmiech i żaden kompleks nie potrafił zatrzymać gorąca, które zalało moje serce. Uśmiechnąłem się, bo co innego miałem zrobić?


*
Witajcie, moi drodzy. Dzisiaj trochę spraw organizacyjnych. Ostatnimi czasy wszelkie pisarskie siły staram się wykorzystać, by stworzyć i dopieścić twór na potrzeby czwartego cyklu „Opowiadań Kotori”. Opublikowanie mojej pracy byłoby nie takim małym pisarskim sukcesem, więc ważę słowa i próbuję stworzyć opowiadanie idealne. Niestety, jak to czasem bywa, ostatnio opadłam z sił i straciłam motywację do wszelkich działań. Pomyślałam wtedy, co powiedziałby na to Saga. Tak powstał ten mały fragmencik, którym zaczyna się notka. 
Dążąc do sedna, postaram się mieć na uwadze wyniki ankiety, a co za tym idzie, napisać bądź dokończyć jakiegoś One Shota o Torze i Sadze oraz stworzyć tajemnicze coś innego, choć jeszcze nie mam na to pomysłu, bo próbując odkopać stare opowiadanie, doszłam do wniosku, że musiałabym napisać je jeszcze raz. Jeżeli macie jeszcze jakieś propozycje albo pomysły, jestem na nie otwarta. Z chęcią przyjmę wszelkie sugestie. Reasumując, pragnę oświadczyć, iż notki będą pojawiać się rzadziej, ponieważ zajęta jestem innym opowiadaniem (jeżeli wydawnictwu się nie spodoba, zapewne znajdzie się ono na blogu), a w przypadku ficków, które prędzej czy później zostaną opublikowane, postaram się dostosować do wyników ostatniej ankiety.
Dziękuję za uwagę, życzę miłego dnia~

środa, 8 lipca 2015

[2/x] "Zapach lata" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Witajcie kochani. Pomimo braku odzewu w ankiecie, postanowiłam dodać drugi rozdział "Zapachu lata", który zresztą mam już gotowy. Jak to zostało określone przez Tygrysa, "akurat aktualnie". Zapraszam~

*
Obudziły mnie promienie letniego słońca, brutalnie wpadające przez niezasłonięte okno. Wyjęczałem jakieś nietuzinkowe przekleństwo i resztkami sił przesunąłem na drugi koniec łóżka, kryjąc w ostatkach cienia. Czułem, jak moja głowa rozpoczyna poranną rozgrzewkę, więc próbowałem pogrążyć się w neutralnym śnie choć jeszcze przez moment, jednak nie pozwoliło mi na to konkretniejsze już łupanie pod czaszką. Westchnąłem zmarnowany. W pokoju było duszno. Otworzywszy oczy z ulgą zarejestrowałem, że nigdzie nie było kwasowej zawartości mojego żołądka, po czym poczułem, jak moja głowa podryguje na poduszce w rytm tykającego niemiłosiernie starego zegara. Nakryłem głowę kołdrą, ale czując duchotę, wróciły do mnie mdłości, więc sprawnie odrzuciłem ją wzdłuż nóg. Jęknąłem niezadowolony i powoli usiadłem na łóżku. Na moim nadgarstku wciąż spoczywał zegarek, który ukazywał godzinę pierwszą dwadzieścia dwa. Zdjąłem go i ujrzałem odciśnięty ślad po pasku oraz tarczy. Westchnąłem znów. Wstałem i powłóczyłem nogami najpierw do łazienki, a następnie do kuchni, w której urzędowała ciotka.
- Wstałeś, Shinji. Jak się czujesz? Gotuję ci już zupę. Może chcesz kawy?
- Tak - odparłem tylko, siadając na wyższym od standardowego krzesełku przy stoliku w kuchni. Oparłem czoło o ścianę obok i przymknąłem oczy. Otworzyłem je dopiero, gdy do moich nozdrzy zawitał przyjemny aromat kofeiny. Uśmiechnąłem się i upiłem łyka napoju. Westchnąłem cicho.
- Więc... poznałeś wczoraj kogoś? - zapytała moja krewna, spoglądając na mnie sugestywnie.
Tak, seks-bombę, która mnie upiła i kazała się przelecieć, a za dziewięć miesięcy pozwie o alimenty.
- Niekoniecznie - odparłem.
- A co z tym chłopakiem, który cię odprowadził? Mówił coś o jakiejś... Sadze... że masz do niej zadzwonić.
Włosy mi stanęły dęba. Zakrztusiłem się popijanym właśnie napojem i z trzaskiem odstawiłem kubek na blat.
- Nie martw się, nie powiem nic twojej mamie - załgała. Dobrze wiedziałem, że było to kłamstwo, jeśli matka jeszcze o wszystkim nie wie, to dowie się przy najbliższej okazji. Choć w tamtej chwili nawet o tym nie myślałem. Lepiej było zgrywać głupa czy zapytać o to, kto mnie tak właściwie odprowadził?
- No bo wiesz, był z tobą taki rudy chłopiec i na początku się wystraszyłam, bo był taki... ekstrawagancki, ale później okazało się, że jest całkiem sympatyczny - ciotka dostawała słowotoku i w takich chwilach dziękowałem za tę stronę jej osobowości.
- No tak, to mój stary kolega z podstawówki. Nazywa się Nao - skłamałem.
- Ach, to wiele wyjaśnia! Świetnie, że znalazłeś starego kolegę, ale Takumi bardzo się o ciebie martwił. Nie powinieneś tak znikać.
- Wiem, ciociu.
Przez cały dzień trzeźwiałem i cudem udało mi się namówić ciotkę, by zezwoliła mi na wieczorny spacer. Powietrze było przyjemne, słońce powoli znikało za nierównym horyzontem budynków. Szedłem, zastanawiając się, gdzie w tej okolicy mogę kupić szluga. Gdyby Nao rzeczywiście był moim przyjacielem z podstawówki, mógłbym chociaż go zapytać. Z drugiej strony, zawsze można spróbować... Stanąłem przed jedną ze sklepowych szyb i spojrzałem na swoje odbicie. W sumie wyglądałem całkiem dojrzale. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia w lustrze. Kto nie ryzykuje...
Z tymi optymistycznymi myślami wszedłem do sklepu spożywczego. Podszedlem do lady, starając się zachowywać jak najswobodniej. Stała tam kobieta o niezbyt przyjemnym wyrazie twarzy.
- Dzień dobry - zacząłem uprzejmie. - Poproszę paczkę marlboro.
- A czy ty czasem nie jesteś za młody? - spojrzała na mnie badawczo. Jednak uznałem, że jeszcze nie jestem na przegranej pozycji i odparłem:
- Ależ skąd! Niedawno skończyłem dwadzieścia lat, więc mogę wyglądać trochę młodo...
- A tu mi czołg jedzie! Spadaj stąd młodzieniaszku, zanim wezwę policję!
Upokorzony szybkim krokiem wydostałem się ze sklepu, nazywając kobietę w myślach starą jedzą. Przecież i tak nikt by się nie dowiedział!
Westchnąłem i poszedłem po prostu przed siebie w nadziei, że spotkam jakiegoś litościwego posiadacza tytoniu. Kiedy tak sobie spacerowałem, ujrzałem znajomo wyglądający przewrócony śmietnik. Przede mną rozpościerało się wejście do pamiętnego lokalu karaoke. Aż na chwilę nabrałem głębiej powietrza do płuc w przypływie zaskoczenia.. W myślach pojawiła się wizja wczorajszej wesołości (nawet wywietrzała z nich pamięć o porannym kacu) i czwórki przyjaciół. Pomyślałem, że spotkanie ich "tu i teraz" byłoby zbyt przerysowane, więc już chciałem iść dalej, gdy usłyszałem za sobą znajomy głos.
- Hej, tygrysie! - krzyknął Saga.
Odwróciłem się w jego stronę.
- Już wytrzeźwiałeś? - zapytał, gdy do niego podszedłem.
- Tak, jest lepiej - odparłem, spoglądając na niego. Tym razem był bardziej zakryty. Ubrany w obcisłe spodnie ze skóropodobnego materiału, przykrótką koszulkę, która przy każdym ruchu odkrywała skrawek płaskiego brzucha oraz rozpiętą ciasną skórzaną kurtkę. Wciąż piekielnie pociągający.
- Dobrze wiedzieć. Nao można zaufać pod tym względem - uśmiechnął się. W neonowych światłach błysnął srebrny kolczyk. Wtedy przypomniałem sobie jego chłód. Nim się spostrzegłem, dotykałem palcami dolnej wargi, a Saga patrzył na mnie w ten zagadkowy sposób.
- Wchodzisz? - zapytał, wskazując na bar karaoke. Spojrzałem na zegarek. Była dziewiąta i powoli robiło się późno.
- Jeśli poczęstujecie mnie fajką...
Saga uśmiechnął się i podsunął mi paczkę oraz zapalniczkę.
- Masz ostatniego - zauważyłem.
- Więc się podzielimy - odparł czarująco. Miał w sobie coś, co uniemożliwiało mi oddech. Skinąłem głową i wziąłem papierosa do ust. Kiedy go zapalił, zaciągnąłem się i podałem mu. Papieros był gorzki, jak każdy wyrób tytoniowy, jednak wyjęty z jego miękkich ust, nabierał słodyczy.
Miałem ochotę westchnąć jak nastolatka przed plakatem swojego ulubionego celebryty. Z tym, że przed sobą nie miałem plakatu, a Sagę w całej okazałości. O czym ja myślę? Przecież wcale nie mam zamiaru do niego wzdychać.
- To teraz w dowód wdzięczności za okazaną łaskę musisz dla mnie zaśpiewać - odparł z tym zawadiackim uśmieszkiem. Oczywiście zgodziłem się z miną najszczęśliwszego idioty na świecie.
Wszedł pierwszy do sali, zdejmując kurtkę i siadając znów obok Nao. Speszyłem się trochę. Przecież odprowadził mnie pijanego do domu ledwo znając, a ja nawet tego nie pamiętałem. Uśmiechnąłem się trochę skrępowany, a on odwzajemnił gest, co upodobniło go do Kubusia Puchatka.
Usiadłem obok Sagi, a przede mną wyrósł zapełniony kufel. Mimo wszystko bardziej od alkoholu ciekawił mnie on, choć rozmawiał wtedy o czymś z Nao na tyle zawzięcie, by nie zwracać na mnie najmniejszej uwagi. W zamian za to rozpocząłem konwersację z wiewiórkami, które, jak się okazało, miały świetny gust muzyczny.
- Shinji - usłyszałem melodyjny głos Sagi, więc odwróciłem się w kierunku, z którego pochodził. Wskazywał palcem sprzęt do karaoke, a ja dopiero wtedy zauważyłem, że ma takie dlonie, jakie zawsze chciałem mieć.
- Obiecałeś mi coś - uśmiechnął się. Jego uśmiech miał w sobie coś hipnotyzującego. To coś mówiło mi "dalej Shinji, popisz się, to twój czas". Zupełnie jakby... moje oczy teraz spoczną jedynie na tobie.
- Tak - uśmiechnąłem się zdecydowanie za szeroko i z zapałem dopadłem do sprzętu karaoke. Nie słyszałem się wcale, bo zagłuszyły mnie głośne bity. Za to z całą pewnością słyszał mnie Saga, którego wzrok czułem na swoich plecach przez cały czas.
Kiedy odszedłem od sprzętu, powitało mnie piwo numer n.
Papierosy latem też pachniały inaczej. Miały w sobie coś jak przyjemnie duszący brak zobowiązań. Wieczorne powietrze z kolei pozostawało przyjemnie orzeźwiające, co pozwalało przywrócić jako taką trzeźwość umysłu, którą z kolei od razu zaburzała obecność Sagi.
Był jak marzenie, taki nierealny i nieosiągalny, a jednak stał tuż przede mną...
- Shinji? - odwrócił się w moją stronę, a ja poczułem, że moja dłoń znajduje się tuż za jego plecami i w skutku obrotu jego ciała, sprawnie ląduje na brzuchu.
- Przepraszam! - odskoczyłem od niego jak oparzony. Patrzył na mnie początkowo zaskoczony, a po chwili uśmiechnął się zawadiacko. Coś szumiało w mojej głowie oraz w uszach, powodowało mrowienie dłoni i nieprzyjemną ciasnotę w spodniach. Zaduch lata posiadał w sobie niezatarty ślad jego obecności.

wtorek, 7 lipca 2015

[12/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać utworów, o których mowa w ostatniej części, odwołuję tutaj: B-durDes-dur - właśnie w takim tempie i wykonaniu sobie to wyobrażam.
Przepraszam za masę muzycznego żargonu i to zupełnie niezwiązanego z rozrywką, ale po prostu popłynęłam. W tym rozdziale także znajdują się przekleństwa.
Tym akcentem czas zakończyć przygodę z uciekającym niczym zbuntowany nastolatek Torą. Mam nadzieję, że ostatni rozdział przypadnie Wam do gustu.
Dodatkowo pragnę napisać, że ostatnio poświęcam czas głównie opowiadaniom konkursowym, więc trochę mniej piszę tutaj, ale parę notek mam gotowych i mogę je opublikować. Co więcej, możecie udzielać się w ankiecie, ponieważ ja zdecydowanie nie wiem, w co wsadzić ręce. Zawsze tak mam po skończeniu dłuższej serii. To prawie jak po dobrym filmie albo książce, gdy przez chwilę nie potrafisz się odnaleźć, później masz ochotę na więcej, ale wiesz, że nie znajdziesz niczego równie dobrego, więc dajesz sobie ochłonąć.
Zapraszam~

*
- Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do Takashiego.
Die tylko pokiwał głową i pobiegł z powrotem do mieszkania po kluczyki. Nie było go kilka dobrych minut, więc pewnie zatrzymał go Kaoru, ale ostatecznie wrócił do mnie i pociągnął mnie za rękaw w stronę samochodu.
- Dalej! - krzyknął, a ja pobiegłem ile sił w nogach. Die przemykał pomiędzy samochodami, nie respektując ograniczeń prędkości i modląc się w duchu, aby nie napotkać po drodze policji. Widziałem to po jego minie, choć sam byłem zajęty przygryzaniem wargi i analizowaniem swojej beznadziejnej sytuacji. Starałem się przetrawić informacje, którymi uraczył mnie Die, ale wciąż były zbyt świeże. Bałem się, że Takashi zniknie z mojego życia w tempie rubato. No tak w końcu dotychczasowo akcja rozwijała się zbyt wolno, a właściwie była niemalże zatrzymana. Przyszedł czas na gwałtowne przyspieszenie. Bałem się. Ogarniał mnie okropny strach, że znajdę puste mieszkanie. Z Daisuke pożegnałem się jeszcze na dole, później na schody praktycznie wbiegłem, przeskakując po dwa stopnie. Błyskawicznie zdyszany znalazłem się na górze. Przy drzwiach. Przełknąłem ślinę, gdy doszedł do mnie cichy głos pianina. Rozpoznałem w nim Nokturn B-moll Chopina. Właśnie rozbrzmiewał moment, kiedy crescendem przechodził w dur. Może to był znak? Postanowiłem nacisnąć klamkę. Utwór został przerwany. Klamka odpuściła pod ciężarem mojej dłoni. Przy drzwiach nie widziałem obcych butów, na wieszaku nie wisiała żadna kurtka poza jego. On po prostu siedział w pokoju przed instrumentem plecami do mnie. Przez chwilę coś bardzo nieznośnego utknęło mi w gardle. Przez chwilę nie byłem w stanie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Przełknąłem ślinę. On znów zaczął. Kawałek dalej, gdzie wchodzi temat pierwszy. Grał aż do końca. A ja stałem i onieśmielony grą, której efekt był iście bazyliszkowy, nie byłem w stanie nawet się poruszyć czy chociaż westchnąć. Wstrzymałem oddech podczas ostatnich dźwięków. Takashi odwrócił się w moją stronę. Od razu uderzyło mnie to, że wyglądał tragicznie. Miałem ochotę podbiec do niego na kolanach i scałować niewidzialne łzy z oczu.
Bądź tygrysem. Jak miałem uchodzić za drapieżnego kota, kiedy pokonał mnie Chopin? W mojej głowie wciąż sączyła się cicha melodia. Dźwięki prawej i lewej dłoni mijały się aż do czasu, gdy motyw wchodził w dur.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytał Takashi z grymasem niezadowolenia na twarzy.
Jego głos sprawił, że moje serce zaczęło szaleńczo kołatać, kolana drżeć, a w gardle zrobiło się sucho. Crescendo.
- Dlatego, że zostawiłeś otwarte drzwi - odparłem.
- Nie chcesz mnie, sam to powiedziałeś zeszłej nocy - odparł gorzko i zagrał akord tristanowski.
- Tristan i Izolda kochali się ponad życie i śmierć.
- Właśnie to nadaje goryczy całej tej sytuacji - powiedział. - Mam ci powiedzieć dosadniej, żebyś się wyno... - urwał, kiedy obrócił się i zobaczył moją twarz tuż przy swojej.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem. Przez moment, jakiś skrajnie niepoliczalny ułamek sekundy w jego oczach widziałem satysfakcję. Mogło mi się wydawać, mogłem sobie uroić, bo przecież chciałem, żeby ze mną rozmawiał. Zagrał wstęp do Nokturnu Es-dur.
- Chopin był smutnym człowiekiem? - zapytałem, siadając obok niego. Grał dalej.
- Raczej zakochanym - odparł Saga. - Jak pieprzony ty, Shinji - uderzył dłońmi w klawiaturę. Z instrumentu wydobył się kakofoniczny akord przypadku. Wstał. - Tylko szkoda, że nie we mnie - powiedział mi prosto w twarz, a ja czując jego zapach tuż obok przez chwilę nie byłem w stanie powiedzieć niczego. Obszedł mnie i dotarł do kuchni.
- Nie chcesz chociaż wysłuchać mojego wytłumaczenia?
- Nie - uciął. - Koniec to koniec, sam to powiedziałeś.
Jego słowa mnie ubodły. Ale... on chyba po prostu inaczej nie potrafił.
- Tak łatwo nas skreślasz?
- Shinji - spojrzał na mnie, wlewając wodę do kubka. - Nie bądź dzieckiem. Już lepiej, żebyś wierzył w Kucyki Pony niż w miłość.
Usiadł w jednym końcu stołu, a ja naprzeciw niego.
- Ja nie zasługuję na kawę? - zapytałem.
- Nie - powiedział stanowczo. - Zdecydowanie nie zasługujesz, bo jesteś bardzo niegrzecznym tygrysem.
- Ty wcale nie jesteś lepszy - prychnąłem. Czułem się szczęśliwy, mogąc być z nim. Widziałem jego grdykę, cudowny nos, słyszałem głos, za którym przecież tak cholernie tęskniłem. Jego palce objęły kubek. Chyba zaniedbał swoje paznokcie, bo były trochę za długie. Na pewno niewygodnie mu się grało.
- A ty się marszczysz, staruchu - odparł. Rzeczywiście zmarszczyłem brwi. - No nieważne, o czym chciałeś rozmawiać? - spojrzał na mnie. Jego czekoladowe spojrzenie znów utkwione było tylko we mnie.
- O nas - powiedziałem.
- Przecież nas zniszczyłeś - odparł lekko, zdawał się być wręcz znudzony, patrząc na swój palec, który zataczał koła na krawędzi kubka.
- Więc powstańmy na nowo.
Spojrzał na mnie. Nie spodziewał się takiej pewnej odpowiedzi.
Nokturn Des-dur rozwiązuje się na Tonikę, a my skończyliśmy kadencją zwodniczą - mówiłem dalej.
- A zaczęliśmy akordem tristanowskim.
- Ale żaden z nas nie lubi Wagnera, więc skończmy na Chopinie.
- I co potem? Może Penderecki?
Parsknąłem. Ta rozmowa miała wyglądać zupełnie inaczej.
- Nasza chronologia się popieprzyła, Takashi - powiedziałem. Jego imię w moich ustach brzmiało miękko, a ja nabrałem ogromnego wrażenia, że dawno go nie słyszałem.
- To ty nam wszystko popieprzyłeś, Torashi - mówił. - Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę bycia. Wiesz, na co ty mi pozwoliłeś? Mieszkałem dobry tydzień z zupełnie obcym kolesiem, pieprzyliśmy się na naszym łóżku i piliśmy kawę w naszych kubkach, Shinji. Spieprzyłeś. Ale nie, nie przerywaj mi - wtrącił, gdy tylko otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć. - Spieprzyłeś po całości dużo wcześniej, kiedy pozwoliłeś kolesiowi w barze dostawiać się do mnie, Shoyi przyjeżdżać po mnie, a mi wychodzić. Kiedy pozwoliłeś na to, bym uciekł razem z Kyo i żebym dał się pieprzyć Hazukiemu. To wszystko jest twoją winą. Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę pozwalania mi na wszystko. A ja czasem lubię czuć, że należę do swojego tygrysa.
Z wrażenia opadły mi usta. Miałem je nieestetycznie rozdziawione. W mojej głowie szumiała cisza. To była kadencja zwodnicza. Choć dla mnie brzmiało raczej jak modulacja, ale z pogwałceniem wszelkich zasad jej przeprowadzania - była zupełnie niespodziewana, a miała stać się jeszcze gorsza.
- I to z kolei jest moją winą, Torashi. Wiedziałem, że jak będziesz na mnie zły, dasz się oprzeć. Że pojedziesz do Daisuke, potem trafisz do Toshiyi. Później jeszcze Hikaru. Zdradziłeś mnie, Shinji. Zrobiłeś wszystko, bo ja tego chciałem.
Siedziałem tam blady jak ściana, a on mówił jak gdyby nigdy nic. Przysunął mi swój kubek z kawą.
- Teraz rozumiesz? Do jakiej skrajności mnie doprowadziłeś, bym musiał robić to wszystko?
Siedziałem wciąż, choć chyba lepiej czułbym się, gdybym po prostu stracił przytomność. Muzyka ucichła.
- Ty to wszystko...? - zapytałem oniemiały.
- Tak - powiedział i widząc moją bierność, przewrócił oczami, podniósł się z krzesła, ujął kubek w rękę, po czym wcisnął go mi. - Pij - odparł, a ja piłem. - Wiesz, dlaczego to wszystko zrobiłem, popaprańcu? - zapytał, patrząc na mnie, a ja odstawiłem kubek i pokręciłem głową. - Bo cię kocham. Ja, Takashi Sakamoto, kocham takiego idiotę jak ty, Amano. Co prawda ostatnia akcja Toshiyi była niezaplanowana. Naprawdę mieliśmy dziś kulturalnie wypić kawę - powiedział i zamilkł na chwilę. - Widziałeś to? - zapytał po chwili i dłonią dotknął mojego policzka.
- Co? - zapytałem marszcząc brwi. Chyba dochodziłem do siebie.
- Widziałeś, w co popadaliśmy?
Nie, nie widziałem - miałem ochotę odpowiedzieć, ale tylko mocniej zmarszczyłem brwi.
- Gdybym tego nie zrobił, znienawidzilibyśmy się. A teraz możemy jak feniks powstać z popiołów. Sam to zauważyłeś. Dalej, Torashi - mówił, ciepłą dłonią delikatnie gładząc powierzchnię mojego policzka. -  Daj się zakochać raz jeszcze - szeptał. A ja byłem skończony, od kiedy tylko tam wszedłem. Już wtedy zamieniłem się w zakochanego idiotę. Bo kim innym mógłby być taki nieporadny i zupełnie niedomyślny tygrys?
- Jesteś idiotą, Takashi - powiedziałem. - Obaj jesteśmy.
Przykryłem jego dłoń swoją i uśmiechnąłem się do niego.
Obszedłem stół w rekordowym czasie i pochwyciłem go w ramiona. Wtedy usłyszałem cichy szept przy własnym uchu:
- Brakowało mi cię tak bardzo... Nie zatracaj się już nigdy, tygrysie.