poniedziałek, 27 stycznia 2014

[12/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

Ciąg dalszy Torowych wypocin. Zapraszam.

12.

Mimo, że moje spojrzenie błądziło niespokojnie po wszystkim dookoła, wyłapałem Takashiego z wymownie uniesioną brwią - geście wyrażającym wręcz kpinę, co wywołało nieprzyjemne wyobrażenie Sakamoto z rozkwaszonym nosem. Zadrżałem niekontrolowanie.
- No proszę, proszę... ty jeszcze tutaj. Nawet z kolegą - powiedział lider, a zza jego pleców wyszło dwóch starszych uczniów - Kyoji Yamanaka i Seiji Imamura. Czułem, jak niekontrolowanie przylepiam się mocniej do ściany. Mój wzrok błądził od żarówki, ukrytej w suficie, przez Takashiego, moich oprawców, aż do drzwi i padał na moje stopy. Chciałem uciec, ale wiedziałem, że nie miałem już szans.Wtedy stało się coś kompletnie niespodziewanego. Sakamoto natychmiastowo wciągnął mnie za sobą do jednej z łazienkowych kabin. Wpadłem na niego, a on szybko zamknął drzwi na klucz. Nie patrzył na mnie. Chwilę zajęło mi, zanim się podniosłem. Słyszałem przekleństwa i walenie w drzwi. Moi oprawcy szarpali klamkę, po chwili usłyszałem głos Ruki i trzask zamykanych drzwi. Wyszli. Wtedy skierowałem wzrok znów na Takashiego. Moje serce waliło niespokojnie, wręcz arytmicznie... sam nie wiedziałem, czy to ze stresu czy przez Sakamoto, którego oddech czułem na swojej szyi, a jedna jego ręka, przylegała ciasno do mojego boku i opierała się dłonią o drzwi. Dopiero wtedy zorientowałem się, że stoimy w ciasnej kabinie prawie przytuleni do siebie. Odskoczyłem od niego, jednocześnie uderzając łokciem w ścianę.
- Ał - stęknąłem.
- Masz u mnie dług - stwierdził Sakamoto, uśmiechając się. Odkluczył drzwi i zerknął na mnie. Musiałem wyglądać co najmniej dziwnie, bo roześmiał się melodyjnie. Nigdy wcześniej nie wyglądał tak olśniewająco, jak w tamtej chwili... może właśnie to był prawdziwy śmiech Takashiego?
Długo mi nie zajęło, by otworzyć drzwi, wyjść pospiesznie z kabiny i prawie obijając się o pisuar dopaść drzwi do łazienki. Wyszedłem z niej, słysząc za plecami śmiech Sakamoto, w głowie mając jego cudowny uśmiech, a w gardle walące serce, które akurat w tamtej chwili chciało za wszelką cenę się wydostać. Oparłem się plecami o ścianę i odetchnąłem, przymykając na chwilę oczy. Oddychałem ciężko i znów czułem nieznośne drżenie nóg w kolanach.
- Hej, Shinji! - usłyszałem znajomy głos. - Co ci? - zapytał Yuu, podbiegając do mnie. - Jesteś strasznie blady...
- No co ty - mruknąłem pod nosem.
- Co się stało?
Nic, to tylko Takashi. Pieprzony Takashi, jego idiotyczne dłonie, głupi oddech na mojej szyi i jeszcze głupszy uśmiech.
- Nic, to tyl... - urwałem. Otworzyły się łazienkowe drzwi obok mnie. Sakamoto wyszedł, przykuwając spojrzenie zarówno moje, jak i Shiroyamy. Zatrzymał się na chwilę, spoglądając na nas, a ja widziałem uśmieszek, błąkający się w kąciku jego ust i zacisnąłem wargi. Gdzieś w powietrzu wisiał zajadliwy komentarz, ale na szczęście nie padł na głos. Sprawnie się zwinął z miejsca zdarzenia i zostałem sam z Shiroyamą oraz niedobitkami anonimowego tłumu. Spojrzałem na przyjaciela z przerażeniem.
- Chodź, zwijamy się stąd - powiedział, wykonując głową gest w stronę korytarza głównego.
- Ale dopiero co przyszedłeś...
- Tylko nie mam zamiaru natknąć się na nich ani narażać na to ciebie. Wychodzimy - odparł poważnie.
Jakoś nie miałem najmniejszej ochoty oponować,więc zgodziłem się i wyszliśmy ze szkoły. Odetchnąłem wiosennym i ciepłym, choć nieduszącym powietrzem. Uśmiechnąłem się do siebie, gdy szliśmy w stronę centrum. Poprawiłem torbę na ramieniu. Cisza nie potrwała długo, gdyż zagadał mnie Aoi:
- Właściwie... co dokładnie się stało?
- Dopadli mnie i chcieli zlać, ale Sakamoto wciągnął mnie do kabiny w łazience... ot cała historia - powiedziałem najbardziej obojętnie jak tylko mogłem (próbowałem sam siebie przekonać, że "wciągnął mnie do kabiny" wcale nie brzmi dziwnie).
- Na pewno? Nic poza tym się nie stało?
- Nie... - odparłem nieoczekiwanie bez przekonania.
Yuu przyjrzał mi się.
- Shinji... - zapytał, patrząc na mnie badawczo z pobłażliwym uśmiechem (nie cierpiałem tego spojrzenia!), ale starałem się ten fakt ignorować, więc wybąkałem bez zaangażowania:
- Tak?
- Co sądzisz o Takashim?
W moim brzuchu znów wybuchła rewolucja, a nogi stawały się miękkie. Każdy mój krok wydawał mi się "głębszy" i opanował mnie strach, że zaraz się przewrócę. Cholera, zrobił to specjalnie!
Co o nim sądzę? Jest skończonym kretynem... po prostu. Nie lubię go - to na pewno - nie lubię od pierwszego spojrzenia na jego denerwującą osobę, ale... nie mogłem dłużej ukrywać, że robi ze mną coś dziwnego. Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym większy miałem mętlik w głowie.
- Hm? - ponaglił mnie "przyjaciel" (który przez jedno niefortunne pytanie przybrał aparycji chochlika... byłem pewny, że zadał je celowo).
- Jest... W sumie, to go nie znam... w końcu widujemy się jedynie od paru dni i to przez kilka godzin dziennie. To niewiele.
Wtedy przypomniał mi się ojciec... Po powrocie do domu znów będę musiał się użerać z tą "dziwną atmosferą", sfrustrowaną matką i wywyższającym się bratem... To wydawało się zdecydowanie ponad moje siły i nawet alternatywa myślenia o Takashim była przyjemniejsza od konfundowania nad przyszłymi zwłokami ojca, matki z depresją w psychiatryku i wizją mieszkania u którejś z ciotek z braciszkiem...
- Tak po prostu - spojrzałem na wnętrze swojej dłoni. Westchnąłem. Czułem, jak Yuu obok mnie uśmiecha się, przygryzając lekko dolną wargę. - Wiesz... pasowałby ci kolczyk w dolnej wardze - powiedziałem, chcąc zmienić temat.
- Serio? Nigdy o tym nie myślałem...
Potem rozmawialiśmy o jakichś bzdurach, które pomogły mi myślami oderwać się od problemów.
- Słuchaj, ty miałeś mieć ten projekt na zaliczenie, nie?
- A tak... - odparłem obojętnie. - Co z tego?
- Jak wam idzie? - zaczął dopytywać.
- Nie mamy niczego, serio...
- Termin się nieubłaganie zbliża...
- Wiem, wiem. No ale... tak zawsze wychodzi, że próbujemy się do tego zabrać i kończymy z niczym.
- A czy... nie wydaje ci się, że Sakamoto podoba się Haruki?
Spojrzałem na niego. Haruki chyba naprawdę mu się podobała, ale nie miałem serca go okłamywać.
- Mam wrażenie, że nie tyle mu się podoba, co... - zrobiłem krótką pauzę, by ostatecznie zebrać znów plączące się myśli. - Takashi ma w sobie coś, przez co działa jak pierdolony magnes - powiedziałem prawie na jednym wydechu. -  ...na dziewczyny oczywiście - dodałem po chwili. Na ustach Shiroyamy już znów pojawił się ten denerwujący uśmiech.
- Ej, nie rób tak! Lepiej mi powiedz, co z twoją mamą.
- Jest o dziwo dobrze. To było dziwne, ale jest tak, jakby zapomniała o tym... incydencie z piwem i fajkami, bo już naprawdę nic do ciebie nie ma.
- Właśnie... a propos fajek - uśmiechnąłem się do niego szeroko i z ogromnymi pokładami szczerej bezinteresownej sympatii nałogowca na głodzie.
Mrucząc coś pod nosem (żeby nie powiedzieć bluzgając) wygrzebał z kieszeni paczkę i mi ją podał, a ja wziąłem tytoniowy rulonik i zapaliłem.
- Masz u mnie dług - odparł.
Gdzieś już to słyszałem - pomyślałem, wydmuchując z ust kłąb białego dymu.
Wtedy przypomniałem sobie, jak on to robił. W głowie powstała wizja jego ust, wydmuchujących równą białą strużkę. Nawet to robił w sposób tak niezwykły, że aż zapierał dech w piersiach. Właściwie... po co ja o nim myślałem? Przecież to wredna szuja, chodząc z jedną dziewczyną, podrywa inne... i jest cholernie idealny, a tego powinno mu się kategorycznie zabronić.
- Shinji? - poczułem na sobie skonfundowane spojrzenie Yuu i sam skierowałem na niego swój wzrok. - Odleciałeś - stwierdził, spoglądając na peta pod moimi nogami. Nawet nie zauważyłem, kiedy wypadł z moich ust i zgasł, wypalony do samego filtra. Westchnąłem cicho, acz głęboko. Moje myśli znów spuszczone że smyczy pognały w sobie tylko znanym kierunku niczym (już) bezpańskie psy. To było takie denerwujące! Nawet nad sobą nie mogłem zapanować!
- Ja go po prostu nie cierpię! - wykrzyczałem wręcz. Yuu zdziwił się, odsuwając ode mnie nieznacznie.
- Shinji, uspokój się. Co z tobą ostatnio? Nie dość, że jesteś jakiś nieobecny, to jeszcze masz dziwne wyskoki, nigdy wcześniej tak...
- Bo to wszystko przez tego idiotę! Po co on w ogóle tu przyszedł? No tak, żeby podrywać Haruki.
Widziałem, jak źrenice Shiroyamy zwężają się i marszczy brwi. Poniosło mnie. Wiedziałem, że nie powinienem tego mówić, ale było już za późno.
- Kto? - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Sakamoto - palnąłem.
Widziałem rozszerzające się nozdrza Yuu, gdy wypuszczał głęboko zaczerpnięte powietrze i jego twarz, do której napływała fala czerwoności. Widziałem też wściekłość, malującą się w ściągniętych brwiach i wyczuwalną w gęstniejącej atmosferze.
- Ale to... - zacząłem, próbując wybrnąć z sytuacji, lecz dokładnie wtedy rozdzwonił się telefon Shiroyamy. Chwycił go i zamaszystym ruchem odebrał połączenie.
- Co?! - powiedział (wykrzyczał?) do słuchawki, kierowany chwilową złością. Nie musiało minąć dużo czasu, by zbladł jak ściana i wyskomlał ulegle - Już lecę, mamo.
Odłożył telefon po skończonym połączeniu, a ja... to nie tak, że nie było mi go szkoda, po prostu nie potrafiłem nie zginać się wpół ze śmiechu. Czułem na sobie jego karcące spojrzenie, ale wiedziałem też, że znamy się zbyt długo, by uznał to za obrazę jego niewątpliwego majestatu. Niestety chyba doszczętnie zepsułem mu humor, bo pożegnał się dość zdawkowo i poszedł. Ochłonąłem dopiero wtykając do ust filtr papierosa i zaciągając się tytoniem po raz pierwszy. Właściwie tylko ten jeden raz przynosił upragnione ukojenie, każdy kolejny był rutynowy. Byle skończyć.
Kiedy na miarę ówczesnych możliwości ukojony przydeptywałem obcasem peta, usłyszałem za sobą krzyki godowe godne małp. Obejrzawszy się, zobaczyłem pędzącą w moją stronę chmarę napakowanych licealistów. Mimo wady wzroku, nie musiałem im się szczególnie przyglądać, by wiedzieć, że jest to banda, na której czele stoi Ruka. Ukojenie jakoś zupełnie naturalnie ze mnie wyparowało, a ja niewiele myśląc, zacząłem biec przed siebie. Nawet się nie oglądałem, uważałem tylko na przejściach, choć... wątpiłem, by kogokolwiek (może poza Yuu, kiedy już mu przejdzie złość albo zauroczenie Haruki) poruszył fakt mojej śmierci. Nie, to brzmi zbyt poważnie. W każdym razie pędziłem ile sił w kończynach i nawet nie spostrzegłem, kiedy wylądowałem bez zgrai osiłków na karku, za to tuż przed hotelem Ibuki - tak, dokładnie tym, w którym ulokowany był Sakamoto. Przygryzłem wargę, tylko błagając, żeby nie zobaczył mnie - szalenie nieestetycznie spoconego, zziajanego i zapewne jeszcze ze strachem, ukrytym w oczach. Zatrzymałem się i osunąłem na rozgrzane słońcem betonowe płyty obok wejścia. Dyszałem przez chwilę. Całe szczęście, że hotel umieszczony był w jednej z mniejszych uliczek, przy głównej mogliby mnie dorwać. Właściwie nawet nie byłem pewien, kiedy ich zgubiłem. Drżącymi dłońmi sięgnąłem do kieszeni spodni i wyciągnąłem z niej paczkę fajek. Wsadziłem jedną do ust i zapaliłem. Tym razem nie doznałem nieprzemożnego uczucia ukojenia, nawet drobnego odstresowania. Po prostu gorycz obrzydliwego tytoniu uświadamiała mi, że zawsze przecież mogło być gorzej. Po wtarciu peta w beton, odetchnąłem i przymknąłem na chwilę oczy. Moje serce wciąż waliło niespokojnie. Kiedy je otworzyłem, odskoczyłem jak oparzony, ujrzawszy kogoś tuż obok. Był to Takashi. Ukucnął obok mnie i palił.
- Zawsze tak reagujesz? - zapytał, nawet na mnie nie patrząc - jego wzrok skierowany był niezmiennie w dal.
- Jak? - rzuciłem, brzmiąc jak roztrzęsiona nastolatka po nieudanym ataku gwałciciela-posiadacza tentakli. Wcale nie miałem takiego zamiaru. O dziwo nie zobaczyłem na jego twarzy szyderczego uśmiechu ani żadnego wyrazu pogardy względem mojej osoby. Podsunął mi tylko papierosa do ust, a ja zamknąłem wargi na jego filtrze i zaciągnąłem się z zawzięciem narkomana. Nieważnym był fakt, że paliłem wcześniej. Moją uwagę bardziej absorbował fakt, że jego papieros miał przyjemnie słodki posmak, a filtr był mokry. Wtedy pomyślałem, że mógłbym umrzeć... co szybko przerodziło się w kolejne z głupich pytań.
Ciekawe, czy on by za mną tęsknił?
Nie, to było zdecydowanie zbyt głupie. Skarciłem się chwilę później w myślach, choć jego bliskość powodowała raczej chaos w mojej głowie.
Zerkałem na niego, gdy wypalał tytoniowy rulonik do końca, gdy gasił go zupełnie tak, jak ja chwilę wcześniej - na betonowej płycie i zostawiając tam peta. Gdy wstawał z właściwą sobie lekkością i spoglądał w moją stronę.
- Ja... - pozbierałem się szybko, acz trochę niezdarnie z ziemi i zająkałem - ja już muszę iść - powiedziałem, nawet na niego nie patrząc, za to czując jego wzrok na sobie. Widziałem kątem oka, jak obraca się na pięcie, a sam mocno speszony (co się ze mną działo?!) poszedłem w swoją stronę. Nie wiedziałem, co było grane, ale to chyba moi szkolni oprawcy mnie tak wykończyli. Wcale a wcale mi się to nie podobało.
- Tygrysie - usłyszałem za plecami miękki głos, więc się odwróciłem. Przy wejściu stał Takashi, olśniewający jak zawsze. - Widzimy się jutro, musimy skończyć twój projekt.
- Jasne - odparłem i wróciłem do domu.

niedziela, 5 stycznia 2014

[11/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

11.

To był pierwszy raz, kiedy poczułem coś tak irracjonalnego, że nigdy bym się do tego nie przyznał, gdyby nie zaistniała sytuacja - było to pragnienie, aby właśnie mnie chciał... Dokładnie wtedy, gdy dziewczyna z nogą w gipsie miała rękę przewieszoną na jego ramieniu, a on obejmował ją w talii. Gdy on szeptał jej coś do ucha z tym swoim figlarnym, trochę zawadiackim uśmiechem. Gdy ona uśmiechała się, chichocząc. Zawsze wydawało mi się, że jest taki niedostępny dla dziewczyn... albo przynajmniej takiego grał. Poczułem się idiotą stulecia... nie, tysiąclecia, a nawet największym durniem ludzkości. W jednej chwili wezbrała we mnie złość, żeby dosłownie po paru sekundach zamienić się w chęć wciśnięcia do najciaśniejszej dziurki.
- Widzisz, mamo? Mówiłem ci, że ogląda się za dziewczynami - jak przez mgłę doszedł do mnie głos brata. Wcale nie chciałem się odwracać - właśnie wtedy pragnąłem, by spojrzał na mnie i bym mógł ujrzeć w jego oczach wyrzuty sumienia. Nic z tego nie miało miejsca. To tylko Takashi. To tylko pieprzony ideał. Przecież to chłopak. Coś we mnie w środku wariowało. Sam nie wiedziałem, czy bardziej nienawidzę tej dziewczyny, którą był tak zaaferowana za to, że śmiała spełniać jego wymagania czy jego samego za to, że dopuścił którąś do siebie aż tak blisko. Odwróciłem się dopiero, gdy poczułem, jak brat szarpie mnie za ramię. Poszedłem za mamą. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, że wpatruje się w moje plecy, ale gdy się odwróciłem, patrzył na nią, gdy coś mu opowiadała.
Wcale na mnie nie patrzył. Wcale mnie nie chciał. To tylko Takashi. Idiota, który mnie nie chce... tak po prostu.
Jadąc samochodem, zastanawiałem się nad tym, w czym ona jest lepsza ode mnie. Na pewno była chudsza, ładniejsza, miała piersi i waginę. Do tego pewnie cudownie długie rzęsy, którymi pewnie mrugała w tempie allegro i Takashi prędzej czy później dostanie przez nią oczopląsu. Tak, wtedy też trafi do szpitala, znienawidzi ją, a później przyjdzie bohaterski przyjaciel-gej. Chwila... jaki gej? I jaki przyjaciel? To było zbyt bezsensowne, żeby wmawiać sobie cokolwiek. Łatwiej dla mnie było po prostu przyjąć brak zainteresowania Takashiego moją osobą. Pieprzony Sakamoto.
Gdy wróciłem do domu, zdjąłem niewygodną koszulę i padłem jak długi na łóżko. Wpadłem w pół-sen, w trakcie którego czułem każdego zamordowanego z zimną krwią motyla w podbrzuszu.
Obudził mnie telefon. Dzwonił do mnie Yuu z propozycją wyjścia na browara.
- Przecież wiesz, że nie mogę - mruknąłem zaspany.
- Shinji, ja muszę... a z kim innym, jak nie z tobą?
Westchnąłem. Nagle poczułem, jakby metaforyczne "motyle" wcale nie zostały zabite, tylko zmutowane w coś dławiącego, niedobrego i mrocznego niczym średniowieczna organizacja kościelna.
- Dobra, widzimy się za pół godziny - powiedziałem i rozłączyłem się. Później leniwym krokiem ruszyłem do łazienki. To był czas, b się ogarnąć i zapomnieć... o całej pieprzonej osobie Takashiego - najlepiej raz na zawsze. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, jak trudne jest zapominanie.
Jakieś czterdzieści minut później spotkaliśmy się w naszym standardowym miejscu. Spóźnił się, ale nie miałem mu tego za złe. Byliśmy już na takiej stopie przyjacielstwa, że wybaczaliśmy sobie mniejsze (przynajmniej dla nas) przewinienia czy faux pas rodzajów wszelakich bez zmrużenia oka. Za to bardzo nie lubiliśmy sobie odmawiać. Alkoholu w szczególności. Lokal jak zawsze był duszny i zatłoczony, a powietrze przesiąknięte
tytoniem i ostrym zapachem trunków. Tym razem nie działo się nic dziwnego, więc po prostu upiliśmy się jak wcześniej, kiedy jeszcze nie było Takashiego. To dziwne, ale już wtedy miałem okropne wrażenie, jakby Sakamoto miał zostać w naszej szkole... albo wręcz jakby był w niej od zawsze. Pijackie rozmowy niebezpiecznie zeszły na temat jego pieprzonej osoby i dokładnie wtedy po raz pierwszy przyznałem, że Takashi jest zbyt cholernie idealny (alkohol buzował wtedy w mojej krwi na tyle, bym pokładał się na stole). Na szczęście Yuu wydawał się niemniej pijany i chyba nie wziął tego do końca na poważnie (o ile informacja w ogóle do niego dotarła). Powiedział, że mam "nie pierdolić". Bardziej żywiołowo zareagował, gdy mu powiedziałem o szpitalnej sensacji i zalecaniu się Takashiego do Haruki (aż dziwnym było, że sam nie zwrócił na to uwagi).
Tamtej nocy wkradliśmy się do jego domu i nikt nie wyszedł nam naprzeciw, mimo że swoim wielkim cielskiem zrzuciłem na podłogę metalowy wazon z ciętymi kwiatami (w głębi ducha dziękowałem jakimś siłom wyższym, że był właśnie z metalu), co wywołało okropny hałas.
- Pokrzywdziłeś kwiatki! - Yuu zaczął się ze mnie śmiać, a ja speszony posprzątałem. W sypialni państwa Shiroyama nie zapaliło się nawet światło, więc grzecznie poszliśmy do pokoju Aoiego i padliśmy na jego łóżko. Powietrze musiało być wtedy duszne od alkoholu.
Gdy obudziliśmy się rano, jego rodziców już nie było.
- To dzisiaj, prawda? - zapytał, siadając i chwytając się za głowę. Szybko pożałował zmiany pozycji i postanowił z powrotem zaszczycić łóżko swoją obecnością.
- Uchh... nawet mi nie przypominaj... dzisiaj wracają, nie? - otworzyłem oczy. Moje serce zaczęło szybciej bić, a kac jakby nagle ustąpił miejsca strachowi. Co dziwniejsze - od razu przeszło mi przez myśl, że  m u s i m y  jak najszybciej dostać się do szkoły, bo przecież nie można zostawić Takashiego na ich pastwę. - Która godzina? - zerwałem się jak oparzony.
- Co ty taki żywiołowy? Dopiero ósma.
- Idę... - zacząłem się zbierać i szybko przetransportowałem do łazienki. Gdy wychodziłem, czekał na mnie skonfundowany Aoi.
- Człowieku, co się dzieje? Gdzie ty się spieszysz? - wyglądał na naprawdę skacowanego.
- Idź spać - powiedziałem i zanim zdążył do niego dojść sens moich słów, wyszedłem z jego domu. Pobiegłem do szkoły. Sam nie wiem, jak to się stało, ale opisałbym to jako nagły przypływ adrenaliny.
Gdy wbiegałem na teren szkoły, przypadkowo na kogoś wpadłem. Ledwo utrzymałem równowagę.
- Ej, gdzie leziesz? - odezwał się nieprzyjemnie typek. To był Ruka - nie był kimś w rodzaju "postrachu szkoły, choć nie wyglądał najprzyjemniej. Nazwałbym go raczej "szkolnym błaznem", co nie zmieniało faktu, iż to ja słynąłem z roli kozła ofiarnego jego i bandy, w której był kimś w rodzaju "mentora". Grupa półgłówków, z których jeden wygląda jak niedorobiony samiec alfa, a reszta jakby niemal dorównywała mu ilorazem inteligencji - ten dzień nie mógł zacząć się cudowniej.
- A, to nasz kochany Shin-chan - widziałem, jak na twarzy lidera pojawia się szyderczy uśmieszek. Zacisnąłem usta, powstrzymując wszelkie odzywki, które mi się w tamtej chwili nasuwały (te o ilorazie inteligencji... a raczej jego braku też) i stanąłem prosto, mężnie wyprężając pierś do przodu. Moja mina chyba mówiła coś w stylu "jestem ponad to", bo Ruka parsknął. - Brakowało mi cię, Shin-chan. Nie było się z kogo nabijać przez te dwa tygodnie - uśmiechnął się znów, pokazując dwóm członkom swojej mini-yakuzy, by do niego podeszli i pokazał im coś niezrozumiałego (może tylko "na migi" byli w stanie zrozumieć?). Moje męstwo malało wprost proporcjonalnie z ich odległością od mojej osoby. Czułem, jak coraz bardziej wali mi serce, a gdzieś przelotnie pojawiła się myśl "dobrze, że nie dopadli Takashiego", którą już po chwili uznałem za absurdalną i niedorzeczną.
To nie było nic specjalnego. Skończyłem z głową w klozecie, a właściwie susząc głowę pod elektroniczną suszarką w łazience. Czułem strach i swoistą apatię. Można powiedzieć, że przyzwyczaiłem się do ich nieobecności, choć faktem jest, iż były to najcudowniejsze dwa tygodnie w ciągu całej mojej edukacji.
Dokładnie ten moment wybrał Takashi, żeby bezpardonowo wparować akurat do tej samej łazienki.
- Wpadłeś po pijaku do rzeki czy to tylko mała przygoda z Yuu, której szczegółów raczej nie chciałbyś zdradzać? - zapytał (co za złośliwa małpa!)... ale skąd on właściwie wiedział, że byłem tej nocy z Shiroyamą? Śledził mnie? A może to tylko moja paranoja... Dokładnie Shinji, uspokój się.
- Nie trafiłeś - powiedziałem od niechcenia (a przynajmniej się starałem). - Ale skąd pomysł, że akurat z Yuu?
I dlaczego właściwie mówisz mu po imieniu, skoro znacie się od niecałego tygodnia?
- Po ostatniej przygodzie pod klubem chyba oczywistym jest, że wiele można się po waszej dwójce spodziewać - uśmiechnął się nieprzyjemnie - zjadliwie i zupełnie nieszczerze.
- Nic nie miało miejsca - zacząłem się tłumaczyć, choć czułem, jak rumieniec samoistnie pojawia się na mojej twarzy. To było takie irytujące. Prawie jak on.
- Co z naszym projektem? - urwał temat najwidoczniej uznając swój pogląd na sprawę za słuszny. Nie podobało mi się to, ale ciągnięcie tematu tylko by go w tym utwierdziło.
- Musimy go zrobić do poniedziałku, prawda? - wyszedłem spod suszarki i oparłem się o ścianę obok niej.
- Tak, do poniedziałku. Zsumujmy, co mamy.
- Hmmm...
Ależ ja już wszystko zsumowałem. W pewnym momencie wpełzł sobie do mojego życia ZBYT idealny gad zwany Takashim, który jest okropny, próżny i bawi się ludzkim kosztem. Jest obleśnie lubiany nawet przez mojego przyjaciela, pożądany przez dziewczyny i je podrywa mimo posiadania jednej (sam go z nią widziałem!), więc jest zwykłym okropnym oszustem. Tak, to do niego zdecydowanie pasowało. Poza tym jest zrozumiały i dziwnie się przy nim czuję.
- W sumie... Nie mamy nic poza paroma zdjęciami - odrzekłem.
- No właśnie, przed tobą jeszcze sporo pracy, w końcu chcesz zaliczyć ten rok, prawda? - uśmiechnął się chyba najpaskudniej, jak tylko potrafił (a mimo to umieścił w tym uśmiechu taką masę uroku, która potrafiłaby wywołać pisk całkiem pokaźnej grupki dziewcząt - innymi słowy wszystkich w jego okolicy).
Westchnąłem.
- Mieliśmy to robić razem - powiedziałem zmarnowany. Miałem już naprawdę dość. Dość bycia kozłem ofiarnym, dość złośliwości, nawet braku jakiejś głupiej dziewczyny miałem dość - choć gdzieś tam w głębi mi na niej nie zależało, ale nie chciałem czuć się gorszy.
- Razem... to tak ładnie brzmi, tygrysie. Chociaż muszę przyznać, że taki wilgotny i skołowany bardziej wyglądasz jak "tygrysiątko".
Wtedy dopiero poczułem się skołowany. Dokładnie ten moment wybrali sobie moi oprawcy, żeby wparować do łazienki i zobaczyć mnie - wilgotne, skołowane tygrysiątko. Spojrzałem na nich. Moje serce przyspieszyło tempo bicia z moderato do allegro vivace... z dodatkową zmianą metrum z 2/4 na 2/32. Chyba po prostu się bałem.

sobota, 4 stycznia 2014

[3/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

03.quietus

Tup tup tup. Szedłem przed siebie.
Bu-bum bu-bum. Serce biło tak boleśnie.
Lewo prawo. Rozejrzałem się niespokojnie. Nikt czasem za mną nie idzie? Nie…towarzyszy mi tylko ciemność. Zbliżałem się do domu, spowitego światłem. Tam miałem ujrzeć coś, czego widzieć nie chciałem. Musiałem zniszczyć brud z mojego życia, albo sam umrzeć. Czułem bolesną pustkę. Moja egzystencja miała wartość zerową.
Tup tup tup. Drzwi. A co, jeśli będą zamknięte? Rozejrzałem się. Wyważę je. Pustka przeplata się z nienawiścią, tworząc otchłań. One dadzą mi siłę.
Moje ciało przeszył dreszcz, a na twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. W końcu moje nieszczęście miało zostać zakończone. Jednym ruchem wszystko miało rozpłynąć się. Moje niebo miało powrócić. Kwiat miał zakwitnąć się na nowo. Otchłań miała zamienić się w bezpieczny grunt. A gdyby ziemia nie powróciła, niebo wciąż byłoby niewidzialne, a kwiat zgniły, jak teraz? Wtedy…to bez znaczenia. Liczy się tylko tu i teraz. Byle dać upust emocjom. Byle zasmakować trującej krwi. Jej smaku, faktury dłońmi, koloru oczami…posmakować kolor. Wyczuję, czy jest szkarłatna, brunatna, a może ma jaskrawy odcień?
A moja krew? Nadgarstek…nie, później jej zasmakuję. Porównam ich smaki. Może to on? Może to smak mojej krwi, który wyczuwałeś przez skórę, był nieodpowiedni?
Razem z nim…znikną wszystkie moje zmartwienia, prawda? A przede wszystkim jedno. Dławiący żal. Już nigdy nie będę gorszy. Spojrzę na niego, na mojej twarzy zaigra szyderczy uśmiech. Zapytam, czy chce żyć. Zobaczę panikę w jego oczach… To będzie takie…cudowne! To musi być cudowne! Satysfakcja, że wreszcie…nareszcie! To ja będę górą. Patrząc, jak skomlesz, błagając o litość, uśmiechnę się pogardliwie i wypowiem ostatnie kłamstwo…och nie! Nie tak szybko…spełnienie jest tuż obok. Za tymi drzwiami, w głębi tego domu. Klamka. Otwarte! Jak nieostrożnie. A może się mnie spodziewa? Może tak naprawdę pragnie śmierci przez to, co sam mi zrobił? Niemożliwe…ludzie nie są altruistami. Zrobił to z premedytacją, cholernie egoistycznie.
Czwarta szuflada…chochla i wreszcie upragniony…tasak. Chwytam go. Jest całkiem ciężki i pokaźny. Czuję się niczym dziewczynka z Higurashi no naku koro ni. To takie ekscytujące, choć nigdy nie byłem zapalonym otaku.
Spojrzałem. Obciąłem mu łeb. Poleciał w bok, na ziemię. Postawiłem na nim nogę. Zobaczyłem…krew

Aki…kocham cię tak mocno…wciąż…nieważne, co się stało. Te wszystkie chwile, które przeżyliśmy razem zostały tak okrutnie przekreślone w jednej chwili. Przekreślone przez niego! On jest temu winien! Ale nie martw się, Aki…już niedługo nasz problem zostanie rozwiązany. Znów dosięgniemy szczęścia!
Przed wejściem leży brązowa wycieraczka. Okaerinasai. To takie urocze! Ale Aki nie poleciał na gówno do wycierania podeszwy buta, którym zmiażdżę jego głowę…jego…tego, który zabrał mi cały świat…dla kaprysu? Nie obchodzi mnie to.
Buty. Czyli jednak tu jest. Zostawiam swoje. Chyba nawet z przyzwyczajenia.
Mój ukochany, będziesz ze mnie dumny, gdy udowodnię ci, że zrobię wszystko dla szczęścia Twojego, mojego…naszego. Chłód przeszywa moje ciało, mimo że czuję, jak ciepło jest w pomieszczeniu. To na pewno jego wina. Kiedy on zniknie…powróci ciepło. Na pewno. On…Aki, on jest temu winien. Dlaczego tego nie widzisz? Nie chcesz? A może widzisz, ale nie chcesz odwrotu? Przyszedłem tu, by…
Korytarz. Rozglądam się. Komoda, lustro…można by je rozbić o jego głowę, czyż to nie urocze? Albo jego głowę o nie. Ach, gdyby miał dwie głowy, mógłbym sprawdzić, w którym przypadku wykrwawi się szybciej. Kwiatki. Doniczka z kwiatami na komodzie. Przeszedł mnie dreszcz, a uśmiech zszedł z mojej twarzy. Wiedział? Aki, powiedziałeś mu? Szydzi ze mnie!
Kuchnia… szuflada pierwsza – przyprawy. Można by go otruć, ale nie mam czym. Cyjanek potasu. Szkoda, że nie trzyma go w domu, choć może…? Kto może wiedzieć?
Druga szuflada – słodycze. Niedługo poczuję słodycz lepszą od każdego wyrobu z dodatkiem cukru na świecie!
Trzecia szuflada – sztućce. Łyżeczki, widelczyki, widelce, noże…a gdyby mu wydłubać oczy? Można to zrobić na tyle sposobów! Zrobię Ci z nich biżuterię, co Ty na to, Aki?
Noże…ale małe…za małe…
Wyszedłem z kuchni. Znowu komoda. Kwiaty. Ironicznie fioletowe. Ironicznie kwitnące. Ironiczne w samej swojej obecności. Nawet ich główki zdają się uśmiechać, szydzić…wcale nie jestem od niego gorszy! Nie będę…to on zacznie skomleć, jak pies!
Kwiaty...Wziąłem je. Podszedłem do okna i wyrzuciłem, lecz na tyle cicho, by nie zostać usłyszanym.
Tup tup tup. Schody. Pierwszy stopień. Całym moim ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy usłyszałem jęk. Moje serce znów zaczęło walić, jak oszalałe, a ciało niekontrolowanie drżeć. W jednej dłoni trzymałem nóż. Drżała. Druga była zaciśnięta w pięść. Również drżała. Co się ze mną dzieje? Drugi stopień. Trzeci. Czwarty. Coraz mocniejsze drżenie. Coraz głośniejsze, intensywniejsze jęki. Drzwi. Tuż przede mną. Tylko one dzieliły mnie od szczęścia. Miałem ochotę rozpłakać się z radości, że już zaraz… jeszcze tylko chwila i wszystko zostanie naprawione! Uczynię to własnymi rękami. Położyłem dłoń na klamce i nacisnąłem ją. Jęki nie ustawały. Otworzyłem drzwi. Łóżko. Przewrócona butelka. Dwie pary kapci tuż przy posłaniu. Ciało. Mój Aki cały nagi. Taki, jakiego tylko ja mogłem oglądać! Widziałem tylko jego nogi, wystające spomiędzy brudnych ud tego…
Wiedziałem, że to on. Rozpoznałbym go wszędzie. Bezszelestny krok. Pierwszy, drugi…
On nad nim. Ta bestia! Ten obrzydliwiec! Całował mój świat, spoczywający pod nim, jakby był nic niewart. Chciał wyładować na moim ukochanym swoje żądze? Dlatego mi go odebrał?
Podszedłem do nich. Wtedy Aki otworzył oczy. Poczułem, że uśmiech schodzi z mojej twarzy. Jedna dłoń dołączyła do drugiej, zaciskając się na rękojeści tasaka, zamachnąłem się i…chlusnęła krew. Zarżnąłem go, jak świnię. Wtedy do moich oczu napłynęły łzy szczęścia…
…Aki…dużo krwi…był ranny…za dużo krwi!...był martwy…zabiłem nie jego, a ich. Przeciąłem go…Akiego…mojego ukochanego…dlatego…to samo musi stać się ze mną…ale on…Mizuki…nie żyje…teraz pójdę do Ciebie, mój ukochany. Spotkajmy się w niebie.
Chłód ostrza przy gardle.
Zamachnięcie.
BÓL.

Ciemność…