sobota, 16 lutego 2013

[2/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

2.
Przez chwilę wpatrywałem się w drzwi, oniemiały, by wstać, pozbierać rzeczy, wrzucić je do prania i podążyć do łazienki. Łóżko zostawiłem w „porannym nieładzie”, by móc jeszcze raz spojrzeć na miejsce, w którym spoczywała jego sylwetka.

Wszedłem pod prysznic i umyłem się, dokonując codziennego rytuału. Ubrałem bokserki i podszedłem do lodówki. Ujrzałem parę plasterków sera, szynki, jakiś ser topiony, ketchup, kiełbasę i ogórka, ale doszedłem do wniosku, że nawet nie czuję głodu, a wręcz przeciwnie, więc zamknąłem ją i poszedłem ubrać się do końca.
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu.
Godzina: 10:52
Ilość nieodebranych połączeń: 14
Znowu?

- „Przecież próba miała być o…o cholera ósmej.”
Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że powiedziałem Kyo, iż jak tym razem się spóźni, to mu nogi z du…nieważne. Chwyciłem telefon, pospiesznie spakowałem gitarę i wyszedłem z domu. Gdy zszedłem po schodach z dziewiątego piętra, przypomniałem sobie, że nie zamknąłem drzwi na klucz.
Gdy spojrzałem na zegarek w samochodzie, ukazała mi się godzina 11:28. Natomiast połączenia nieodebrane w jakiś magiczny sposób zwiększyły się do 32.

Gdy w końcu dotarłem na próbę, omal nie rozjeżdżając jakiegoś kota, musiałem zapalić. Paliłem. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Myśl, błąkająca się po moim umyśle, że wypadałoby tam w końcu pójść. Czwarty i...okazało się, że opróżniłem z ostatków swoją jedyną paczkę. Ten moment los wybrał na przywoływanie w mojej głowie twarzy, której wcale nie miałem ochoty widzieć i głosu. Później tylko wspomnienia ostatniej nocy. W tamtej chwili drzwi się otworzyły, a z pomieszczenia wyszedł Kyo z fajką w ustach. Zmierzył mnie groźnym spojrzeniem i odpalił, trzymany w ustach zwitek tytoniu. Odwrócił wzrok i palił w ciszy. Był dziwny. Jak nie on.
Wszedłem do budynku, rzucając tylko:
- Za dwie minuty widzę cię w środku.
Prychnął.
- A lider-sama może się kurwa spóźniać?
Zatrzymałem się wpół kroku i odwróciłem w jego stronę.
- Kyo...
- Nie kurwa Kyo! Po chuja się z nim bzykałeś?! Wiedziałeś jak to się skończy!
Wciągnąłem powietrze z głośnym świstem. Nie wiedziałem, że rozniesie się tak szybko. Nawet nie odpowiedziałem,  po prostu wszedłem do sali prób. Shinya pogrążony był we własnym świecie, Die w widoku za oknem, a Toshiya spojrzał na mnie współczująco, gdy tylko wszedłem. Die odwrócił wzrok chwilę później, a zaraz po tym padło pytanie:
- Jesteśmy już wolni lider-sama?
Nie cierpiałem, gdy był taki. Wiedziałem, że wciąż miał do mnie żal.
- Nie. Mam nowe nuty, przegramy zaraz a vista.
Otworzyłem kieszeń w pokrowcu od gitary, ale okazało się, że jest pusta. Westchnąłem głośno.
- Gdzie te nuty? - zapytał Toshiya.
- Idźcie już.
Wtedy wszedł Kyo i zaczął zbierać swoje rzeczy, a Die podszedł do Shinyi, powiedział coś i po chwili wybuchnął śmiechem, widząc jego zdezorientowaną minę.

Do krainy fantazji przedostałem się dopiero po powrocie do domu, gdy w mojej dłoni pojawiło się płynne zbawienie o złotawym zabarwieniu w przezroczystym kuflu. Odetchnąłem głęboko i pociągnąłem pierwszy łyk, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Odłożyłem kufel na podłodze obok fotela i wstałem. Z gracją niedźwiedzia, wstającego po zimowym śnie, podszedłem do drzwi i szarpnąłem nimi.
- Czego? - warknąłem, gdy... Moim oczom ukazała się dobrze znana mi sylwetka, a osobnik rzucił się na moją szyję i przyssał do ust. Objąłem go ciasno w pasie i wciągnąłem do pomieszczenia. Do dziś nie wiem, jakim cudem doszliśmy do kanapy, po drodze przewracając tylko kufel z piwem. Dopiero, gdy byliśmy tuż przy niej, oderwaliśmy się od siebie. Zabrakło nam tchu, bo dyszeliśmy cicho, wciąż z ustami blisko drugich - w gotowości, by znów je złapać.
- To co wczoraj? - mruknąłem, a on tylko uśmiechnął się i popchnął mnie na kanapę, po czym zawisł nad moimi wargami. Objąłem go ciasno ramionami.

- Wypijesz coś?
- Chętnie, Kaoru-kun. - uśmiechnął się.
Nagi poszedłem do kuchni.
- Martini... Resztka sake... Piwo! - ucieszyłem się, idąc w stronę kanapy i przy okazji wdeptując w jakąś ciecz... Przekląłem pod nosem, zły kopiąc szklankę, która doleciała do najbliższej ściany i uderzyła w nią, zatrzymując się. Tsurugi uśmiechnął się do mnie, gdy wręczałem mu jedną z butelek, przy okazji kontemplując wzrokiem jego piękne, nagie ciało. Usiadłem obok, obejmując go jedną ręką.
- To faktycznie działa, Kaoru-kun... - posmutniał.
Objąłem go pewniej, a on wtulił się. Po chwili siedział na moich udach, wtulony w moje ciało. Milczeliśmy zgodnie, gdy on zaczął dłonią drażnić najwrażliwszą część mojego ciała.
- Zróbmy to jeszcze raz, Kaoru-kun - wyszeptał wprost do mojego ucha, a ja czułem jego gorący oddech, owiewający moją szyję. Kątem oka dojrzałem też niebezpieczny uśmieszek, czający się w kącikach jego ust, ale byłem już stracony. Moje dłonie same rozbierały go i błądziły po bladym ciele. Unikatowy zapach jego skóry doprowadzał moje zmysły do szaleństwa, a muskanie jej ustami – krew do wrzenia.

niedziela, 30 grudnia 2012

[1/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Fick powstał już w jakiejś części...jest mocno "mój"...na razie rozdział pierwszy:



Chodził po mieszkaniu, kręcąc tym swoim zgrabnym…miejscem, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, a mnie  przez to niemiłosiernie świerzbiły dłonie. Siedziałem na krześle obrotowym, przyglądając się jego niecierpliwym ruchom, a moje ręce grzecznie spoczywały na plastikowych poręczach. Widziałem, jak nerwowo przygryzał dolną wargę, przykładając do niej kciuk. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. W końcu zwolnił krok, aż w końcu stanął tuż przede mną. W luźnej koszulce oraz krótkich spodenkach, z roztrzepanymi włosami i bez makijażu wyglądał tak niewinnie, że miałem ochotę się na niego rzucić.
- No…no i co ja mam zrobić, Kaoru-kun?
- „Pójść ze mną do łóżka! O tam, tuż za tobą jest takie miękkie…na pewno nie będziesz żałował!” – moje myśli przerażały mnie samego.
Miałem ochotę sam przygryźć wargę i zrobić niewinną minkę.
- Nie wiem… - westchnąłem. Naprawdę chciałem mu pomóc…najlepiej fizycznie!
Znów przygryzł wargę, lekko marszcząc swoje seksownie cienkie brwi.
- No bo… - zbliżył się do mnie i usiadł mi na kolanie, przytulając się, a ja go przygarnąłem - …jak on mógł? – wyszeptał, kryjąc twarz w zagłębieniu mojej szyi. Pogładziłem go jedną dłonią po plecach, drugą odgarnąłem włosy za ucho.
- „Dokładnie tak - jak mógł odrzucić kogoś…takiego.”
- Nie wiem…też mu się dziwię, Tsurugi-kun.
- Kaoru-kun? – powiedział. Poczułem jego oddech na swoim torsie. Zrobiło mi się potwornie gorąco.
- Tak? – wymamrotałem, starając się stłumić wschodzący…bardzo kłopotliwy do opanowania problem.
- Czy kiedy dowiedziałeś się, że Kisaki był z tobą tylko dla zabawy, też czułeś się tak okropnie?

Czułem, jak robiłem się czerwony na twarzy. Naprawdę nie wiedziałem, że to aż tak się rozniosło…cholerny Totchi.
Chwilę zajmowało mi uspokojenie się i ułożenie w głowie racjonalnej odpowiedzi.
- Tak…Czułem się paskudnie.
- I co wtedy zrobiłeś?
Czułem na sobie jego wzrok i gorąco, wpływające na moje policzki.
- „Jak mu powiedzieć, że zostałem „pocieszony”…? O! Dobre słowo!”
- Ktoś pomógł mi się pozbierać…
- Kto? – spojrzałem na niego. Jego wzrok, pełen rozpaczy i ten głos…coraz bardziej wyprowadzał mnie z równowagi.
- T-Toshiya…
- Ale jak?
Objąłem go mocniej i westchnąłem głęboko.

- „Ciebie mogę pocieszyć tak samo, jeśli tylko chcesz.”
Zerknąłem na niego. Wiedziałem, że muszę się opanować, ale…
Wpatrywał się w moje usta, a jedna jego dłoń nawet nie wiedziałem kiedy, spoczęła na moim torsie.
- Kaoru-kun…? – spojrzał mi w oczy. – Pociesz mnie w ten sam sposób…

Czułem, jak coś próbuje się ze mnie wydostać. Jakiś potwór wywracał wszystko w moim podbrzuszu. 
- „Jak ja mam tu niby trzeźwo myśleć?!”
Zsunąłem dłoń niżej, by podwinąć nią lekko koszulkę gitarzysty.
- Na pewno tego chcesz? – zapytałem, wciąż patrząc mu w oczy (wcale nie zerkałem na jego dekolt!).
- Tak – wyszeptał już zupełnie innym tonem głosu, wplatając swoje palce między kosmyki moich włosów i odchylając moją głowę do tyłu. Wcałował się w moje usta z taką namiętnością, jakiej jeszcze nie było dane mi poczuć. Mimowolnie mruknąłem leniwie w jego usta i objąłem go mocniej w pasie. Obrócił się tak, by być naprzeciw mnie. Nim się spostrzegłem moje obydwie dłonie znajdowały się pod jego koszulką, a niedługo później wspomniana koszulka przestała być użyteczna i wylądowała na podłodze.



***


Obudził mnie dzwonek telefonu.
„Koe” – jak ja nie cierpię tej piosenki.
Mruknął coś, wtulony we mnie, by sięgnąć na oślep po telefon.

- Halo?
Spojrzałem na niego. Początkowo zaspany wyraz, stawał się coraz bardziej zaskoczony, a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- N-naprawdę, Mao-chan?! Och! Ja ciebie też!
Wyskoczył z łóżka i zaczął pospiesznie zbierać swoje rzeczy z podłogi, ubierać się. Nawet na mnie nie spojrzał i wyszedł.

czwartek, 27 grudnia 2012

[One Shot] Święta [OMC/OMC]

Tytuł: Święta
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora: Paring w sumie w domyśle...ciekawe,czy ktoś skojarzy.



A gdyby tak…

Spoglądam na niego i uśmiecham się pod nosem.
Niezdara. Nie może nawet założyć lampek choinkowych, jak co roku.
Stoi przed choinką, zaplątany w nie.
- Pomóż! – jęczy.

Ale właśnie taki jest najbardziej uroczy. Tak, nie zwykłem używać tego słowa, ale teraz idealnie pasuje.
Wstaję i podchodzę do niego. Odszukuję końcówki kabla z lampkami i zaczynam powoli go odplątywać. Zajmuje mi to tylko chwilę, bo już jest wolny. W powietrzu roznosi się przyjemny zapach jodły, który czuję dopiero teraz, gdy stoję przed nim, patrząc prosto w te cudowne oczy. Na mojej twarzy samoistnie pojawia się uśmiech. On go odwzajemnia. Przybliża się do mnie i swoimi wargami delikatnie muska moje. Odwzajemniam pocałunek, lecz mocniej, namiętniej i bardziej władczo. On się nie poddaje. Zaczyna się walka o dominację, w której jak zwykle w końcu się poddaje. Zna mnie i to chyba lepiej ode mnie samego. A ja po raz kolejny odkrywam jego ciało na nowo, odznaczając szczególnie niektóre miejsca na gładkiej skórze, a ślady traktując z wyjątkową czułością. Po wszystkim ląduję z twarzą w jego włosach, przyspieszonym oddechem i szeptem. Nie jest on taki, jak zwykle. Zamiast zwyczajowego „kocham cię”, zmuszony zostałem do wypowiedzenia innych słów. Nie muszę patrzeć na jego twarz, by wiedzieć, że wymalowana jest na niej skrajna obojętność. Wszystko kryje się w gęstniejącym coraz bardziej powietrzu. Zapach jodły jest mętny i duszący. Nie potrzebujemy więcej słów. Obejmuje mnie szczupłymi ramionami, przyciągając do siebie, a ja kładę rękę na jego biodrze. Zasypiam, czując jego łzy na swojej skórze, by już nigdy się nie obudzić.



ŻEGNAJ.