sobota, 13 czerwca 2015

[One Shot] "Gołąbek i ja" [Hazuki/Saga] (lynch./Alice Nine)

Tytuł: Gołąbek i ja
Paring: Hazuki (lynch.)/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: -
Od autora: Opowiadanie, które mam zaszczyt Wam przedstawić miało stanowić swoiste pożegnanie z Hazukim. Na pewno już nie wrócę do łączenia go z Akim, do niego samego raczej także, więc postanowiłam za pomocą teraźniejszości pożegnać się z przeszłością. Narratorem jest Hazuki.

*
To zdarzyło się zupełnym przypadkiem. W gruncie rzeczy jedynym, co nas łączyło była wytwórnia płytowa i to właśnie ona pełniła kluczową rolę w konsekwencji dalszych wydarzeń. A właściwie jej błąd. Kto by pomyślał, że spośród dziesiątek zespołów, akurat drogi naszych się skrzyżują? Wszystko było pomyłką. Głupim niedopilnowaniem. Gdy przyszliśmy w czteroosobowym składzie do studia nagrań, wszystkie pomieszczenia były aktualnie zajęte.
- Reo dzwonił, że się spóźni - powiedział Yusuke, a ja skinąłem tylko głową. Nie zadowalała mnie ta wersja wydarzeń, ale nie mogłem nic na to poradzić.
Był już wieczór, robiło się coraz później. Asanao nerwowo podrygiwał nogą, a atmosfera zgęstniała. Nikt nie lubił spóźnień. Drzwi pozostawały wciąż zamknięte i nikt do nas nie przychodził, a było już dziesięć minut po czasie. Wtedy po prostu kazałem moim współpracownikom pozostać przy sali nagrań, a ja podążyłem na zwiady. Pierwszą napotkaną przeze mnie osobą był jakiś pracownik, pierwszy lepszy dźwiękowiec, techniczny czy cholera go tam wie. Podałem numer studia i zapytałem o warunki, a on tylko zmieszał się.
- Zespół lynch. był zapisany na dziś, prawda?
- Z tego, co widziałem na rozpisce, jest tam dzisiaj Alice Nine, właśnie idę w tamtą stronę. Najmocniej przepraszamy za to ogromne nieporozumienie. Postaram się, żeby jeszcze dzisiaj zostali panowie obsłużeni - zgiął się wpół, a ja tylko westchnąłem z irytacją.
Odprowadził mnie do drzwi, pod którym czekali pozostali członkowie zespołu i zguba-Reo.
- Najmocniej przepraszam, zostawiłem gitarę w domu i musiałem się cofnąć - zgiął się wpół, dukając standardową formułkę.
Gdy facet-od-cholera-wie-czego włożył klucz do zamka, o dziwo nie był w stanie go przekręcić. Na jego twarzy zarysowało się zaskoczenie. Wyjął klucz i nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte, a w środku w najlepsze bawili się członkowie Alice Nine. Kojarzyłem ich z widzenia, pobieżnie, jako-tako. Słyszałem kiedyś, że Kyo z Dir en grey raz wybzykał jednego z nich. Rozejrzałem się. Perkusista grał na niewidzialnym instrumencie, siedząc na krześle, gitarzysta stroił instrument, marszcząc się jak pomarańcza, wokalista krążył w kółko jak paralita, a na jakimś z dupy wziętym stole siedziały dwa męskie gołąbeczki. Świetnie - pomyślałem. - Trafiłem do przedszkola dla niepełnosprytnych. To zdecydowanie nie był mój szczęśliwy dzień. Usadowiliśmy się gdzieś pod ścianą i czekaliśmy. "Facet" po prostu wyszedł. Jakiś czas później wrócił ktoś inny i wziął na nagrania wszystkich po kolei... wszystkich, tylko nie mnie. Powiedzieli mi, że muszę czekać. W tym czasie zdążyłem się dobrze poprzyglądać tym całym Alice Nine. Wokalista patrzył na mnie jak wiewiórka - z iście zwierzęcym zaciekawieniem, perkusista uśmiechał się za każdym razem, kiedy odwróciłem głowę w jego kierunku. Gitarzysta po prostu siedział i grał. Największym ewenementem były dla mnie dwa gołąbki, które ciągle szeptały sobie jakieś sprośności i macały się po kolanach. Przez cały czas zastanawiałem się tylko, z którym z tych dzieciaczków mógł przespać się Kyo. Na pewno nie z gołąbkami. Kiedy patrzyło się na nich z boku, wyglądali jak pajace. Jeden, w czarnych włosach wydawał się być drugim oczarowany. Jego oczy świeciły niezdrowo, a usta same rozciągały się w szerokim uśmiechu zakochanego idioty. Przez chwilę pomyślałem, że może ćwiczą fanservice, ale dłoń zaciśnięta na kolanie szybko rozwiała moje wątpliwości. Nie wiedziałem, że w całej Japonii znajdzie się ktoś na tyle niewychowany, żeby z taką perfidią okazywać sobie uczucia. Tym bardziej, że nie wyglądali na rozwydrzonych nastolatków. Już bliżej im było do ruchliwych pięciolatków. Jeden siedział na drugim i całował go lekko, zwinnie, ze swoistą przekorą. Drugi zdawał się chcieć być wodzony za nos, bo tylko oddawał i szczerzył się, gdy tamten kładł mu palec na ustach. Migdalili się praktycznie co chwilę, a cała reszta zdawała się nic sobie z tego nie robić. Gdzie ja trafiłem? Członkowie mojego zespołu zmyli się od razu po swoich nagraniach, a ja miałem tu czekać... Doprawdy, to był jakiś absurd. Potem czarny dał zawadiace buziaka w szyję. Przez nich aż przypomniałem sobie, jak dawno nikogo nie bzyknąłem. Dlaczego...? Nie mogłem tego znieść, więc po prostu wstałem i wyszedłem na fajkę. Gdy znalazłem się przy drzwiach, usłyszałem tylko, jak jeden z nich mówi "idę po kawę, zaraz przyjdę". Nie zwróciłem na to szczególnej uwagi, po prostu jak najszybciej wyszedłem na dwór.
Ten dzień to jakiś absurd. Było już zupełnie ciemno. Wyjąłem z kieszeni paczkę fajek i zapalniczkę. Po prostu zaciągnąłem się tytoniem. Na niebie świeciły gwiazdy, były gęsto usiane jak brokat. Uśmiechnąłem się do siebie. Tej nocy niebo było wyjątkowo jasne, a gdzieś niedaleko szeleściła foliowa siatka. Wtedy drzwi otworzyły się, a z budynku King Records wyszedł jeden z gołąbeczków. Zawadiaka. Skrzywiłem się, widząc jego obojętną minę. Wyglądał inaczej. Miałem nadzieję, że może pomyliły mu się drzwi i wcale nie chciał tu przychodzić. Na wszelki wypadek udawałem, że wcale go nie widzę. Niestety żadna forma ignorowania jego obecności nie powstrzymała nachalności jego osoby. Jego spojrzenie było wręcz palące i uznałem je za najbardziej rzeczywistą i dobitną rzecz w nim aż usłyszałem jego głos. Nie mógł mówić do nikogo innego, w końcu tylko ja znajdowałem się przed gmachem wytwórni. Dalsze lekceważenie jego obecności było niemożliwe, więc po prostu odwróciłem się przodem do niego z miną godną zniechęconego leniwca, a on tylko roześmiał się w przyjemnie melodyjny sposób.
- Co mówiłeś? - odezwałem się od niechcenia. Nawet nie chciało mi się silić na uprzejmości.
- Daj mi fajkę - powiedział, zawadiacko przekręcając głowę i zanim zdążyłem otworzyć usta, by powiedzieć, że ich nie mam, bo zgubiłem, wpadły pod samochód, gdy usłyszały jego kroki albo porwała je pobliska wiewiórka, on dodał - masz je w tylnej kieszeni spodni, cholernie wystają.
Zatkał mnie. Na jedną trwającą wieczność chwilę mnie zatkał. On - gołąbek, basista jakiegoś poprockowego zespoliku od PSC.
- Jasne - odparłem z wymuszonym uśmiechem i podałem mu paczkę.
Nawet nie pamiętałem, że chowałem ją do tylnej kieszeni...
Wsadził jednego papierosa do ust i spojrzał na mnie sugestywnie.
- Czyżby druga kieszeń? - na jego twarz wypłynął uśmiech. Czy ten dzieciak mnie podrywał? Przestąpiłem z nogi na nogę. Było zimno. Jakby wraz z nim przyleciał chłód nocy. Zmarszczyłem brwi. Gołąbek był nieznośny.
- Nie powinieneś stać tu ze mną, chyba ktoś na ciebie tam czeka - odrzekłem sucho.
- Zamiast mnie pouczać powinieneś odpalić mi fajkę - powiedział, przybliżając się do mnie z papierosem w ustach. Przewróciłem oczami i wyjąłem zapalniczkę. Znajdował się tak blisko, że pod nosem czułem zapach jego androgynicznych perfum. Woń zdrady unosiła się w gęstniejącym pomiędzy nami powietrzu. Czułem się autentycznie skołowany, jakby pomimo różnicy wieku między nami, w nim znajdowało się coś przytłaczającego moją osobowość. Był górą, choć pod względem wzrostu raczej się nie różniliśmy. Wiedziałem, że jeżeli teraz stąd nie ucieknę, on bez najmniejszych skrupułów rozetnie pieczęć na moich namiętnościach, które zamknąłem już dawno temu. Nie chciało mi się wierzyć, że jeden długonogi wypierdek może tak oddziaływać na mnie. Że ktokolwiek jeszcze potrafi mnie poruszyć. Nonsens. Zerknąłem na niego. Stał bokiem do mnie, więc widziałem jego profil. Miał duży nos i usta, które wyglądały na bardzo miękkie. Nie grzeszył urodą, nie był w moim typie, a mimo to... Cholera. Przyglądałem mu się trochę za długo, gdyż wyłapał to spojrzenie i skierował swój wzrok na mnie. Wypuścił kłąb białego dymu prosto na moją twarz i uśmiechnął się. Zacząłem machać ręką, by rozwiać białe kłąby, lecz zanim zdołałem cokolwiek uczynić, przed moją twarzą pojawił się on i jedynie otworzyłem niemo usta, by coś powiedzieć, a jego wargi już na nich spoczywały. Były miękkie, namiętne i chętne. Wiedziałem, że już nie mogę się wycofać. Ściągnął mnie na samo dno swoich namiętności gdy tylko zobaczyłem go po raz pierwszy. Dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie, jak staranna była prowokacja w studio i jak bardzo głupi oraz przewidywalny się okazałem. On wszystko wiedział, on to planował. Wtedy byłem tego pewny.
Nawet nie wiedziałem, kiedy pchnąłem go na ścianę. Papieros upadł na ziemię. Zgasiła go zapewne któraś z nielicznych kropli deszczu, jaki zaczął powoli sączyć się z nieba. Był jak smoła. Oddawałem namiętne pocałunki. W moim sercu coraz wyraźniej rysowało się brzemię.
To on wysunął się spomiędzy moich ramion i pociągnął mnie za koszulkę do środka. To on zwinnie podążył do opustoszałej łazienki, wciągając mnie do jej odmętów za sobą. Widziałem poszarzałe w ciemności płytki. Jego chłodne dłonie błądzące pod moją koszulką, rozbierające mnie z namiętnością, której nie dało się oprzeć. Ja chciałem, pragnąłem go tak bardzo, że nie potrafiłem nad tym zapanować.

Sapaliśmy. Po wszystkim stał jeszcze chwilę przede mną z rozpiętymi spodniami ściągniętymi do kolan. Drugi gołąbek grzecznie czekał. Dyszałem z nim, opierając się o jego plecy, czując ich fakturę na swoich sutkach. Czułem go. Jego skóra była gorąca. Miałem ochotę go zatrzymać, ale on tylko ubrał się i uśmiechnął do mnie wstrętnie. Ostatnim, co pozostawił mi po sobie był ślad mokrych ust na policzku.

Gitarzysta czekał grzecznie. Gdy wróciłem z powrotem do sali nagrań, widziałem, jak Saga leży na kolanach swojego parntera. Myślałem, że spał, ale tylko przez chwilę, bo dźwięk zamykanych drzwi sprawił, że otworzył oczy i spojrzał na mnie. Uśmiechał się, jednak tylko przez chwilę, by powrócić do swojej maski grzecznego kochającego chłopca.

środa, 10 czerwca 2015

[3/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Wena nie opuszcza, a tygrysia ciekawość okazuje się być całkiem motywująca. Zapraszam~

Tym razem obiad miał zrobić Die, a ponieważ w ich domu magicznie zabrakło środków czystości i paru innych niebywale ważnych przyrządów, ja w roli tragarza wybrałem się z Kaoru do sklepu.
- Dlaczego nie kazaliście mi gotować obiadu? - zapytałem, by tylko zagłuszyć niekomfortową ciszę.
- Żebyś nas zatruł za powierzenie ci dzisiejszych porządków? Podziękuję - odparł z uśmiechem. W jego oku pojawił się jakiś błysk sympatii. Chyba wcale nie o mnie chodziło. - Poza tym lubię kuchnię Die'a - dokończył. Wyszło szydło z worka.
Na mojej twarzy także zagościł uśmiech. Spojrzałem na trzymany w dłoniach telefon i odblokowałem go.
- Do łazienki też z nim chodzisz? - zapytał zgryźliwie lider.
- Tak - odparłem, spoglądając w okno. - Chyba tak.
- Jeśli do dziś nie napisał, to chyba nie jest tego wart - powiedział, rozglądając się przed skręceniem na parking sklepu.
- On nie, ale jego dłonie tak - odparłem.
Uśmiechnął się.
- Więc walcz, tygrysie - odrzekł, po czym zaciągnął ręczny i spojrzał wprost na mnie.
Oczywiście to mi przydzielony został obowiązek noszenia koszyka z zakupami i chodzenia za liderem. On jedynie wrzucał produkty do koszyka i prowadził mnie w coraz głębsze odmęty sklepu.

- Ja... - zacząłem, kiedy znów siedzieliśmy w samochodzie. - Odszedłem od niego. To miał być koniec. Walka nie ma sensu, gdy walczę tylko ja.
Kaoru westchnął i wydał z siebie tylko krótki pomruk:
- Hm...
Nastała jedna z tych niezręcznych chwil milczenia, w trakcie których nikt nie wie co powiedzieć, a atmosfera gęstnieje do stopnia groźnego dla życia. Słowa muszą zostać wypowiedziane, jakiekolwiek by one nie były.
- Zdradzał mnie - wykrztusiłem z siebie. - Wracał cuchnący kimś obcym, z cudzym włosami na koszulce i spermą na udach.
Słyszałem, jak Kaoru z cichym świstem wciąga powietrze głęboko do płuc.
- A ja dawałem mu wracać...
- I na tym polega twój problem - wtrącił się Niikura. - To twoja wina.
Spojrzałem na niego z niezrozumieniem. Naprawdę zamierzał zwalać to na mnie?
- Hę? - zapytałem tylko, przybierając minę, która zapewne swoją śmiesznością przypominała wyraz twarzy, jakiego nie powstydziłby się leniwiec.
- Pozwoliłeś mu wracać. Trzeba było go odrazu ukrócić.
Zamrugałem raz, drugi. Nie dowierzałem, że powiedział mi coś takiego, jednak ostatecznie uśmiechnąłem się pod nosem. No tak, w końcu właśnie w ten sposób postąpiłby lider. Gdybym tamtej nocy przespał się z Daisuke, on z całą pewnością wyznaczyłby kochankowi godzinę policyjną. Parsknąłem. Naprawdę wyobraziłem sobie Kaoru w policyjnej czapce i z czarną pałką w ręce czekającego przed drzwiami.
- Całe pięć minut spóźnienia, dzisiaj będzie dildo - mówił Kaoru w mojej głowie. To było dla mnie stanowczo za wiele. Moja twarz stała się czerwona jak burak, a w oczach zbierały się łzy od powstrzymywanego śmiechu. Sam nie wiedziałem, czy śmieszniejsza była wizja Kaoru-policjanta czy może skruszonego Daisuke. Czy naprawdę tak zachowuje się ktoś, kto dopiero odszedł od miłości swojego życia? Od Sagi - czystej perfekcji?
- Chcę się dzisiaj napić - stwierdziłem zanim Kaoru zdążył zapytać o mój gwałtownie pogarszający się stan. - Może małe przyjęcie z okazji przybycia nowego współlokatora?

Kaoru się zgodził. Nie wiem, jakie nieistniejące siły perswazji zadziałały, ale może po prostu podkusiła go wizja rozluźnienia się i nieprzejmowania piątym kołem u wozu? Die także wyjątkowo dobrze przyjął ten pomysł.
Właśnie wtedy, gdy siedzieliśmy przy stole i piliśmy zwykłe piwo sprzedawane w puszkach. Przede mną siedział Die, Kaoru zniknął w łazience. Andou otwierał kolejną puszkę. W momencie, kiedy spragniony zapomnienia chciałem pociągnąć kolejny łyk, nastąpił nagły zwrot akcji, a przynajmniej tak mi się wydawało. Mój wzrok spoczął na leżącym tuż obok telefonie. Zawibrował, informując o przybyciu nowej wiadomości. Wtedy rozległo się też ciche syknięcie piwa otwieranego przez Die'a i szmer otwieranych przez Kaoru drzwi. Poczułem się sparaliżowany. Takashi nie dawał o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Drżącymi dłońmi wziąłem telefon i odblokowałem go.
Tylko do końca tygodnia rabat -50% na wszystkie produkty marki Nike w sieci sklepów...
To był jeden z tych momentów, kiedy jedynym słusznym działaniem okazywało się opróżnienie zawartości stojącej nieopodal puszki. A później kolejnej i kolejnej. Die spojrzał znacząco na Kaoru.
- Co napisał? - zapytał Die, zwracając się do mnie.
- Jest obiżka na najka w tym sklepie - zacząłem pijacko zawodzić.
- Co on napisał? - dopytywał.
- Takashi nic, to reklama - powiedziałem i zacząłem chichotać jak ropucha. Pijana ropucha.
Daisuke tylko westchnął zrezygnowany i oparł się o Kaoru. Lider zaś mruknął pod nosem i po chwili namysłu powiedział:
- Młody, chcesz go odzyskać?
- Co, najka? Ale ja już mam najki - mówiłem, kołysząc się. Może nie byłem aż tak nawalony, ale nie chciałem myśleć o Takashim. A na pewno nie miałem nastroju na poważne rozmowy.
- Weź go na dwór, zrobię kawę i wezmę tabsy, zaraz go ogarniemy - odrzekł Kaoru do Die'a. Andou tylko skinął głową i zaczął mnie zbierać z podłogi. Zaprowadził mnie na balkon, gdzie uwiesilem się na balustradzie. Die zapalił.
- Nie udawaj już - powiedział, wydmuchując spomiędzy warg kłąb dymu. Westchnąłem, wyciągając w jego kierunku dłoń. Położył na niej paczkę papierosów. Pianissimo Peche.
- Od kiedy ty, do cholery, palisz Pianissimo Peche?! - obruszyłem się, a serce zaczęło mi walić jak oszalałe
- Nie palę, ale ty musisz się z niego wyleczyć.
Obok papierosów położył zapalniczkę.
- Chyba jednak wolę się stąd rzucić...
- To się rzucaj, ale najpierw zapal jednego, dobrze ci zrobi - powiedział, paląc swój nikotynowy rulonik.
Otworzyłem je, a pod moim nosem uniósł się kłębuszek niewidzialnego dymu, który roztaczał wspomnienia wspólnych poranków, gdy zapach tytoniu wybudzał mnie ze snu i nagimi stopami kroczyłem po chłodnej podłodze w stronę kameralnego balkonu. Wyciągnąłem jednego z papierosów i wsadziłem go do ust. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, Die sam zręcznie mi go zapalił. Zaciągnąłem się. Tak samo, jak wtedy, gdy podsuwał mi go Takashi. Ze swoich ust do moich. I zaciągałem się nim tak głęboko, jakbym wzdychał z tęsknoty za jego ciałem ostatniej nocy. Poranne słońce paliło moją twarz, a chłód poranka szczypał  ramiona. On wydawał się nieczuły na te pogodowe niuanse, ale ja po prostu obejmowałem go w pasie, przytulając się do jego pleców. Paliliśmy razem. Raz on raz ja. Żaden papieros nigdy nie był tak smaczny, jak ten wyjęty spomiędzy jego miękkich warg. Odsunąłem papierosa i otworzyłem oczy. Było kompletnie ciemno, na niebie skrzyły tylko pojedyncze gwiazdy. Księżyc skrył się gdzieś za chmurami, a ja zostałem sam. Papieros w mojej dłoni spalił się do połowy. Wstrząsnął mną chłód nocy i wróciłem do salonu.
- Namyśliłeś się? - zapytał Kaoru.
- Nie wiem, Niikura, ale chyba powinienem iść już spać - odpowiedziałem.

Lider zdziwił się, ale skinął jedynie głową, posprzątał szybko niepotrzebne puszki i uciekli z Die'm do siebie. Zostałem sam. Ze swoimi myślami, pustym telefonem, paczką Pianissimo Peche i zakrytym chmurami księżycem. Bez Takashiego i spojrzenia jego czekoladowych oczu, utkwionego tylko we mnie. Bez jego dłoni błądzących ślepo pod moją koszulką, prowokując ciało do niekontrolowanych drżeń. Gdzie się podziały nasze szczęśliwe dni, Takashi?

wtorek, 9 czerwca 2015

[2/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Nowy rozdział na życzenie pewnego Tygrysa <3

- Jeden dzień - zawyrokował Kaoru.
- Mówiłeś, że zgadzasz się na tydzień! - wzburzył się Die, a Niikura tylko westchnął rozdzierająco. Cała ta scena wyglądała iście groteskowo. Od kiedy lider był taki miękki?
- Ewentualnie - podkreślił Kaoru przez zęby, patrząc na kochanka.
Naprawdę trudno było mi powstrzymać wybuch śmiechu. Na tyle, że zakrywałem usta dłonią i czułem gorąco napływające do twarzy.
- Z czego ty się śmiejesz? - zapytał rozeźlony Kaoru, przenosząc wzrok na mnie.
- Wyglądacie jak stare dobre małżeństwo - wreszcie to z siebie wydusiłem i zacząłem się śmiać. Na twarzy Die'a także pojawił się uśmiech, a i Kaoru zdawał się mniej ponury. Daisuke spojrzał na niego znacząco.
- Tydzień, ale nie więcej - oświadczył lider.
- Dziękuję - odparłem i odetchnąłem z ulgą. Dobrze wiedziałem, że pozostawiona na blacie kartka zamknęła na zawsze drzwi powrotne do domu. Nie przeszkadzało mi to jednak w ciągłym zerkaniu na telefon.
- Ale w zamian za to musisz zrobić kolację - powiedział Kaoru, a ja byłem świadom, że nie pozostało mi nic innego jak po prostu przystać na jego warunki.

Po posiłku Kaoru uciekł do sypialni, a Die stał przy mnie, kontrolując, bym dokładnie umył wszystkie naczynia. A właściwie po prostu wiedział, jak bardzo potrzebowałem rozmowy.
- Tu - wskazał talerz odłożony na suszarkę. - Zostawiłeś kropkę.
Pochyliłem się nad talerzem i zobaczyłem mikroskopijną plamkę. Przewróciłem oczami.
- Od kiedy jesteś takim perfekcjonistą? - zapytałem, biorąc do ręki talerz.
- Od czasu, gdy mieszkam z Kaoru - powiedział, a na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech.
Zerknąłem na telefon leżący przy zlewie.
- Shinji - zaczął Daisuke. - Jesteś pewny, że to koniec?
Spojrzałem na niego trochę skołowany.
- Tak - odparłem, wracając z powrotem do naczyń.
- I co teraz? Będziesz do końca życia czekał na wiadomość od niego? - zapytał, wpatrując się we mnie uważnie.
- Nie wiem, Daisuke. Po prostu musiałem uciec, wyjść i go zostawić, bo inaczej gorycz pochłonęłaby mnie całego, Shinji by umarł. Doszło do jakiegoś pieprzonego apogeum - gwałtownym ruchem ręki wyłączyłem wodę i spojrzałem na niego. - Kocham go, nadal. Jak nikogo innego. Ale moje serce by pękło, gdybym po prostu nie wyszedł.
Die westchnął i wpatrywał się we mnie chwilę, by ostatecznie uśmiechnąć się przyjaźnie.
- Powodzenia - odparł, klepiąc mnie po ramieniu.
- Die! - rozległo się wołanie Kaoru z sypialni.
- Czego chcesz? - odparł Daisuke z udawaną urazą, a na jego twarzy błąkał się uśmiech. Było widać, że kochał Kaoru. Podczas przebywania w ich towarzystwie, bliskość pomiędzy nimi była nienachalna. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Może rozłożysz naszemu gościowi kanapę i przyjdziesz do łóżka? - zapytał a raczej rozkazał lider
Die przewrócił oczami.
- Nie wytrzymałby nocy beze mnie - stwierdził i puścił mi oczko. Uśmiechnąłem się, a z sypialny wydobył się kolejny krzyk:
- Wszystko słyszę!

Nigdy nie uważałem się za księżniczkę na ziarnku grochu, ale perspektywa tygodniowego spania na niewygodnej kanapie, której sprężyny objęły za swój życiowy cel wbijanie się w moje plecy, nie wyglądała zachęcająco. Żaden z gitarzystów Dir en grey'a nie pokusił się na zamontowanie w salonie zasłon, przez co wścibski księżyc wpadał przez okno i świecił wprost na moją twarz. Ja z kolei w swojej bezsenności za najciekawsze zajęcie uznawałem odblokowywanie telefonu i blokowanie go z powrotem. Jakby nagle miało to spowodować przyjście wiadomości od Takashiego. Liczyłem na to, że zadzwoni albo napisze. Choćby miał na mnie nawrzeszczeć albo powiedzieć To koniec i się rozłączyć. Ale telefon milczał, a ja nabierałem gorzkiego jak czekoladowy kolor jego oczu wrażenia, że jednak byłem dla niego nic nieznaczącym zbitkiem organów, który zawsze witał go nagrzanym miejscem w łóżku i poranną kawą. Zawsze czekał i wybaczał. Dość tego - stwierdziłem, odkładając telefon na ziemię i otaczając poduszkę ramionami. Kuriozalnie nie mogłem przestać myśleć o jego miękkich wargach, chłodnych, lekko stwardniałych opuszkach błądzących po rozgrzanym ciele i wyciągniętej szyi, która tylko błagała, by pozostawić na niej jakiś ślad.
Północ - wrzeszczał nocny ptak szybujący pomiędzy budynkami Tokyo.

W nocy obudził mnie odgłos pukania. Dosłownego pukania. Szczerze liczyłem na to, że sypialnia jest wygłuszona, jednak płonne były moje nadzieje. Jak bardzo by się nie starali, pojękiwania, odgłos ust odłączanych od skóry, szelest pościeli i sapanie pozostaną jeszcze długo w mojej pamięci.

Kiedy otworzyłem oczy, na głowie miałem poduszkę, a na niej z kolei spoczywała kołdra. Nie wiem, jakim cudem nie udusiłem się tej nocy. Ziewnąłem rozdzierająco i poczułem, jak ktoś dźga mnie w plecy. Kiedy się odwróciłem, nade mną stał Kaoru z niezapalonym papierosem w ustach. Wyjął go i odparł z krzywym uśmiechem. Wiedziałem, że nie będzie zadowolony z mojego towarzystwa. To był kolejny moment, kiedy zacząłem żałować prośby o nocleg... a właściwie szantażu.
- Jak ci się spało, tygrysku?
Już miałem zapytać, jakiej zabawki używali tej nocy, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
- Dobrze - odrzekłem. - A wam?
- Całkiem nieźle, ale musisz już wstać gosposiu. Dom sam się nie wysprząta - powiedział i zanim zdążyłem zaoponować, wyszedł na balkon.
Dlaczego niby miałbym im robić za pieprzoną sprzątaczkę? Usiadłem i przeczesałem dłonią włosy. Do salonu na szczęście wkroczył Die.
- Daisuke - zwróciłem się do niego. - Od kiedy przyjechałem do was jako sprzątaczka?
Die powstrzymał wybuch śmiechu, po czym odpowiedział:
- Wybacz, Amano. Taki był warunek Kaoru.
- I dlaczego ja dowiaduję się o tym dopiero teraz?! - oburzyłem się, wstając. Kołdra spłynęła na podłogę.
- Bo nigdy byś się nie zgodził - odrzekł jak gdyby nigdy nic uradowany Die.
- I jak, wyjaśnione? - zapytał lider, wchodząc do pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi. - No to świetnie - mówił dalej, nawet nie czekając na moją odpowiedź. - W takim razie my spadamy do pracy, a ty się wszystkim zajmiesz. Chyba nie spodziewałeś się, że będziesz tu pomieszkiwał za piękne oczy, darmozjadzie - mówił, kierując się do wyjścia.
- Jesteś świetnym przyjacielem, Andou - powiedziałem przez zaciśnięte zęby, a oni po prostu wyszli. Daisuke pomachał mi na pożegnanie z uśmiechem. Chyba jednak szantaż nie był najlepszym pomysłem.
Po umyciu się i zjedzeniu śniadania, spędziłem kolejną godzinę na szukaniu środków czystości. Może lepszym pomysłem byłoby pojechanie do Shou albo Hiroto? Telefon leżał na blacie, wciąż tak samo milczący.

Gdy gitarzyści wrócili do mieszkania, było już czysto, a ja siedziałem z kubkiem herbaty na kanapie przed włączonym telewizorem i przełączałem kanały w poszukiwaniu choć chwili rozrywki. Programy z każdym wydawały mi się coraz głupsze. Im dalej tym gorzej - stwierdziłem załamany i zerknąłem na telefon, lecz on wciąż świecił pustkami.
Niewiele czasu minęło od zgrzytu klucza w zamku do momentu, gdy przede mną stali dwaj sztucznie uśmiechnięci gitarzyści, których miałem ochotę własnoręcznie udusić. Odwróciłem się z powrotem do telewizora. Na ekranie z kolei uśmiechały się dzieweczki z jakiegoś girlsband'u.
- Shinji - zaczął Die.
- Nie, nie zacznę pucować wam butów - powiedziałem, przewracając oczami. Z zacięciem przełączyłem kanał.

- Znaleźliśmy kogoś, kto cię przygarnie - dokończył, a ja odwróciłem się w ich stronę. Ich uśmiechy wyglądały groźnie nienaturalnie, więc zwątpiłem w potencjalnie dobry obrót wydarzeń. Przełknąłem nerwowo ślinę. Zacisnąłem w dłoni wciąż milczący telefon...