niedziela, 10 sierpnia 2014

[1/x] "... and the worst thing is that I still love you" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: ... and the worst thing is that I still love you
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: przekleństwa?
Od autora: Po dłuuugiej nieobecności powracam z pierwszą częścią drugiej serii perypetii Tory. Jak na razie to jedyna skończona część (napisana już sporo czasu temu), mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.


01.
Kiedy usłyszałem o powrocie Takashiego, moje serce zaczęło kołatać. Miałem wrażenie, że w jednej chwili znalazło się wszędzie i całe moje ciało arytmicznie pulsuje w tempie molto allegro*. Od tamtej pory byłem roztrzęsiony prawie jak parę lat temu, kiedy widziałem go po raz ostatni.
Siedzieliśmy z Yuu w moim pokoju zamkniętym na cztery spusty. Po pokoju walały się kartony, czekające na przeprowadzkę do nowego loku. Usadowiliśmy się na łóżku i z kubkami kawy. Potrzebowałem kawy. To był pierwszy raz, kiedy zapaliłem w pokoju. Moja dłoń drżała prawie tak bardzo, jak tamtej nocy. Wydawało mi się, że cały drżę.
- Tak właściwie... - moje wargi się poruszyły, a z nich wydał jakiś pomruk, który mi w żaden sposób słów nie przypominał, ale Yuu najwyraźniej je zrozumiał. Cholera, a może coś mi się stało ze słuchem?
- Co? - dopytał mój przyjaciel, popijając kawę.
Zaciągnąłem się tak głęboko, jak tylko mogłem i wydmuchałem strugę białego dymu.
- Właściwie, to co z tego, że wrócił? Może chce sobie poukładać życie, może... - przerwałem, widząc pełne politowania spojrzenie przyjaciela. - Mógłbyś mnie chociaż wspierać i pomóc mi wmawiać sobie, że on nic dla mnie nie znaczy - znów wydałem z siebie bełkot, choć tym razem miał on bardziej konkretny kształt.
- Nie mogę cię okłamywać. Shinji, jesteśmy dorośli.
- Tak, a poza tym, to ty masz jego i nie będziesz się już bzykał z Takashim w hotelowym pokoju, cholera - przekląłem, zauważywszy, że jeden z kartonów się rozkleił. Włożyłem fajkę do ust i poszedłem po inny.
- Shinji, już to wyjaśnialiśmy miliony razy. Byłem szczeniakiem, nie znałem jeszcze Kouyou i w ogóle, to on mnie tam zaciągnął. No i przede wszystkim nic do niego nie czuję... - mówił, wychodząc za mną z pokoju i podążając do pokoju gospodarczego. Stanąłem, powodując że prawie na mnie wpadł i obróciłem się przodem do niego.
- W przeciwieństwie do mnie - powiedziałem, patrząc uważnie w jego oczy. - Tak uważasz, prawda? - zapytałem, domagając się jakiejś reakcji z jego strony.
- Tak, tak sądzę - odparł w końcu zrezygnowany.
- Wiedziałem - odwróciłem się i szybkim krokiem podszedłem do sterty kartonów, które zacząłem przewracać w poszukiwaniu największego.
- A mylę się? - zapytał Yuu, opierając się ramieniem o framugę. Oczami wyobraźni widziałem jego uśmiech, za który miałem ochotę ukręcić mu łeb.
- Tak, mylisz się. Nie mam już nastu lat. Nie jestem już w liceum. Nie jestem głupim, zakochanym, grubym dzieckiem - spojrzałem na niego. Uśmiechał się. Biorąc pierwszy lepszy karton, wyminąłem go w przejściu i wróciłem do siebie, a on podążył za mną i usiadł na łóżku, patrząc na mnie z tym denerwującym wyrazem twarzy, który mówi słucham cię, ale tak naprawdę mam w dupie to, co mówisz. Tak, chodziło mi o pobłażanie. - Nie jestem już tym, kim byłem. Nie kocham go - mówiłem, próbując przepakować rzeczy do kartonu, który okazał się za mały. Rzuciłem to i usiadłem obok niego, a właściwie pozwoliłem swojemu ciału opaść, jakby imitowało zwłoki. Westchnąłem. - Po co tu wrócił? - zapytałem zrezygnowany.
- Słyszałem, że na studia.
Spojrzałem na niego i obaj wybuchliśmy idiotycznym, niekontrolowanym śmiechem. To była jedna z tych chwil, którą dzieli się z wyjątkowymi osobami. Rodzaj telepatii czy czegoś takiego (swoją drogą, Takashi chyba też potrafił czytać mi w myślach, niestety bez wzajemności)
- Tam, gdzie my, prawda? - zapytałem, ocierając łzy.
- Dokładnie - odpowiedział Yuu.

Przeprowadzałem się do akademika w Yokohamie, a słowa „Takashi wrócił” chyba bardziej oznaczały jego powrót do mojego życia, mojej rzeczywistości, pojmowania świata, do mojego małego epicentrum, jakim wcale nie przestał być. Z tą optymistyczną myślą spędzałem ostatnią noc w swoim domu rodzinnym. W końcu wcale nie zamierzałem oddać mu miana tego, któremu nie potrafię odmówić. Wcale. On tylko będzie. Ja też będę. Tuż obok, wręcz na wyciągnięcie ręki.
Tej nocy nie spałem.

Kolejnego dnia Yuu pomagał mi przenieść kartony z rzeczami do akademika. Część z nich oczywiście została w moim pokoju, nie potrzebowałem wszystkich reliktów zamierzchłej przeszłości (jak na przykład mojego pierwszego telefonu wciąż z wiadomościami od niego (wcale nie miałem obsesji, po prostu zapomniałem, by je usunąć).
Akademik był ogromny, choć można było go podzielić na dwie symetryczne części. Każdy pokój też był identyczny - zwykle dwuosobowy. Po wejściu do niego po lewej stronie w wykuszu stały dwa łóżka, obok nich przy ścianie półki nocne, a po prawej stronie dwa identyczne regały, przy nich dwie takie same szafy, które przedzielone były klasycznie brązowymi drzwiami do łazienki.
Miałem dzielić pokój oczywiście z Shiroyamą, a koło nas wprowadzał się jakiś przyjaźnie wyglądający chłopak o odrobinę odznaczającej się budowie 
„misia”. Wyglądał naprawdę sympatycznie. Minąłem się z nim podczas wnoszenia ostatniego kartonu. Przywitał się grzecznie i zapytał czy pomóc. Równie grzecznie odmówiłem. Wymieniliśmy się imionami i wtedy przyszedł jego współlokator. Ukrywał się za dużymi przeciwsłonecznymi okularami, jego krok był lekki i miał w sobie coś skocznego. Ubrany był zwyczajnie, choć ciemne dżinsy mocno uwydatniały jego szczupłą, smukłą sylwetkę, a tors zakrywała przykrótka skórzana kurtka - oczywiście rozpięta i odkrywająca białą bluzkę z nadrukowanym logo U2. Jego włosy były częściowo rozjaśnione i lekko podniesione. Pierwszym, co wpadło mi w oko był świetny gust muzyczny przyszłego sąsiada i bijące od niego „klękajcie narody przed moją zajebistością”. Tak, wyglądał jak jeden z tych, do których wszyscy lgną nie wiadomo dlaczego - takich, których się najbardziej kocha i nienawidzi. Choć coś było z nim zdecydowanie nie tak...
Dopiero gdy Yuu (kiedy on zdążył przyjść z walizką z samochodu?) trącił mnie znacząco łokciem w bok, zorientowałem się, że przyglądam się chłopakowi ze zmarszczonymi brwiami i zdecydowanie zbyt długo jak na pierwszą lepszą osobę. To było krępujące. Poczułem na sobie jego spojrzenie i widząc tylko kątem oka, jak przytula się z tym „misiowatym”, uciekłem do naszego pokoju, ciągnąc za sobą Shiroyamę i zamykając z impetem drzwi.
- H-hej, co jest? - zapytał przyjaciel.
- Nic, musimy się rozpakować - powiedziałem, dopadając do pierwszego lepszego kartonu i ukrywając rumieniec skrępowania pod opadającymi na policzki włosami. Shiroyama chyba wzruszył ramionami i sam wziął się do roboty.
- Nie widziałeś go jeszcze, prawda?
Gdy usłyszałem jego pytanie, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
- Nie, nie widziałem i nie mam zamiaru się za nim uganiać - odparłem i wyczuwając, że to tylko początek fali niechcianych pytań, zdezerterowałem pod wymówką potrzeby do łazienki. Wtedy po raz pierwszy nastąpiła ta chwila, kiedy miałem ogromną ochotę stamtąd uciec.
W łazience znajdował się chłopak w okularach. Właśnie zamykał za sobą drzwi i spojrzał na mnie.
- O, dzień dobry - powiedział, w uśmiechu pokazując rząd nierównych zębów (choć nawet one nie odbierały mu uroku).
- Dzień dobry - odparłem z walącym ze stresu sercem.
Cholera - pomyślałem. - To będzie ciężki rok.
- To... cześć - pożegnałem się i wyleciałem z łazienki prędkością godną strusia pędziwiatra.
Napotkałem zaskoczony (pomieszany z rozbawieniem, kiedy uderzyłem się o kant łóżka stojącego przy ścianie) wzrok Yuu i jego nagły wybuch niekontrolowanego śmiechu.
- To będzie zabawny rok - skwitował, układając książki na regale po swojej stronie.


molto allegro - termin muzyczny określający bardzo szybkie tempo utworu; z włoskiego oznacza dosłownie bardzo szybko.

czwartek, 24 lipca 2014

[One Shot] "Pożegnanie" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Pożegnanie
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: G
Ostrzeżenia: -
Od autora: Ostatnio zupełnie nie mam weny. Nawet, jeśli są pomysły, brakuje czegoś, co nadałoby im polotu. Mam zastój. Wybaczcie dramaturgię, następna publikacja po końcu Rei miała być komiczna, ale nie wyszło. Nie wiem kiedy pojawi się coś następnego, ostatnio naprawdę ciężko mi się cokolwiek pisze.
Miniaturka, zapraszam.

*
- Mogłeś mnie chociaż uprzedzić!
Przewrócił oczami. W wyrazie jego twarzy, nonszalanckim oparciu biodra o pobliski mur i powolnym, cholernie kuszącym przeżuwaniu gumy widziałem lekceważenie.
- Mogłeś mi chociaż powiedzieć wcześniej, że masz kogoś na boku! - wydzierałem się, choć zamiast złości czułem zrezygnowanie. Byłem raczej wyprany z emocji niż zajęty napadem gorzkiej furii. Gdzieś na dnie tego wszystkiego (mnie?) czaił się nieopisany smutek pod przykryciem obojętności.
- Kocie, nic na to nie poradzisz - powiedział i zrobił balona z białej gumy, którą miął w ustach od piętnastu minut. Balon pękł, a on językiem zebrał go z powrotem do ust. Przeszedł mnie dreszcz, którego wcale nie chciałem. On mnie odrzucił, a ja wciąż go pragnąłem.
- Ty nawet nie czujesz się winny! - powiedziałem z wyrzutem. Gdzieś za krzykiem ukrywała się niema prośba - „Zostań”, choć wtedy nic nie mogło mnie zmusić, bym się do tego pragnienia przyznał.
Uśmiechnął się pod nosem z tym lekceważeniem, które powinno mnie przecież tak bardzo zirytować!
- Shinji - powiedział, kładąc dłoń na moim ramieniu i spoglądając w oczy. - Przecież to było oczywiste, że my nie mieliśmy przyszłości.
Czując na sobie jego przeszywający wzrok, przełknąłem nerwowo ślinę. Poczułem powiew chłodnego wiatru, który przeszył mnie z nieporównywalnie mniejszym chłodem od jego słów.
- Obudź się - wziął dłoń z mojego ramienia - ktoś taki jak ty z kimś takim jak ja. Nie jesteśmy już dziećmi, a to od samego początku nie miało szansy na przyszłość.
Tym razem nie patrzył w moje oczy. Jego wzrok wydawał się nieobecny. Znałem to spojrzenie. Znałem każdy z wyrazów jego oczu tak dobrze, mógłbym napisać o nich książkę. A mimo to byłem tak skołowany, że nie miałem pojęcia, co tym razem mogło kryć się za tarczą ciemnych tęczówek. Poczułem kroplę, która z impetem spadła na moją koszulkę. Deszcz? Zerknąłem w górę, lecz niebo było czyste. Radosny błękit sarkastycznie śmiał się z tragizmu tej sytuacji. Wtedy po mojej szyi spłynęła kolejna kropla, znikając dopiero w dekolcie koszulki. Płacz? Dotknąłem oczu. Były mokre. To było takie typowe. Prawie jak w jakimś głupim dramacie, prawda? Czułem się bardziej jak bohater telenoweli niż uczestnik swojego życia.
Nawet nie zauważyłem, kiedy guma w ustach Takashiego zastąpiona została smukłym papierosem. Pianissimo. Ciszej. Przecież łzy są ciche, Takashi.
- Coś jeszcze? - spojrzał na mnie, unosząc brwi. Nawet tym moim dramatycznym wylewem emocji zdawał się nieporuszony.
Zostawił mnie, jakbym w jednej chwili przestał mieć dla niego znaczenie. Mimo wcześniej powtarzanych słów. Mimo idiotycznego „kocham cię” i irracjonalnych przyrzeczeń wieczności. Przecież nikt nie sprawuje władzy nad czasem. Naprawdę chciałem go zatrzymać, powiedzieć mu to cholerne „kocham cię i nigdy nie przestanę” - zupełnie, jakbym miał władzę nad czasem.
- Nie - odparłem tylko, a on odwrócił się i poszedł. Obserwowałem jego plecy, by w końcu odwrócić się i pójść w swoją stronę. Postąpiłem zaledwie dwa kroki i nie mogąc się powstrzymać, odwróciłem głowę w jego stronę. Stał skręcony tak, żeby mnie widzieć. W jego oczach znajdował się zwykły głęboki smutek, lecz widziałem go tylko przez ułamek sekundy, bo dynamicznie odwrócił się z powrotem i odszedł.

piątek, 4 lipca 2014

[One Shot] "Najlepsza kawa na świecie" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł:  Najlepsza kawa na świecie
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: fluff
Rating: G
Ostrzeżenia: Typowy dla fluff'ów cukier~ dużo cukru. Poczujcie się, jakbyście połknęli magazyn fabryki waty cukrowej~
Od autora: OTP ma to do siebie, że z danymi osóbkami pisze się dosłownie wszystko. Zatem przyszedł czas na typowego fluffa~
Postanowiłam wykreować Sagę trochę inaczej. Daję odpocząć moim bohaterom (i samej sobie!) od gwałtów, zdrad, tęsknot, ślepej gonitwy za kimś Sagą, depresyjnego odchodzenia i euforycznych powrotów, by zaprosić Was na dawkę słodyczy i odpoczynku od ciężkich tematów.
Chcę jeszcze podziękować za komentarze~ mimo, że są nieliczne, podnoszą na duchu i motywują : 3

*
Saga zawsze kusił. Nawet po rezygnacji z mocnego makijażu, wyjęciu srebrnego kolczyka z ust i zamianie lateksowej bluzeczki odkrywającej brzuch na rozpiętą co najmniej do połowy koszulę, nie mogłem oderwać od niego wzroku. Ściął też włosy, przerzucił się z eksperymentów z blondem na odcienie brązu i zaczął częściej nosić okulary przeciwsłoneczne. Czasem przychodził na próby w czapce z daszkiem, ale nawet w takim "zwyczajnym" wydaniu miał w sobie coś...
Nawet nie musiał lizać gitary by doprowadzić fanki do piszczenia, a mnie do reakcji podobnej w ilości endorfiny w organizmie, a odmiennej w skutkach... bardzo nieprzyzwoitych, które trzeba było zręcznie zasłaniać gitarą (w czym już się całkiem nieźle wprawiłem przez te wszystkie lata).
Saga grał niedostępnego. Kusił prowokacyjnymi ruchami, pieszczeniem gryfu długimi palcami i znaczącymi spojrzeniami, rzucanymi w stronę publiczności, a czasem nawet w moją. Zdarzało mu się też oblizywać powoli usta albo eksponować odsłonięte uda, stawiając je na podium. Saga był bombą. Bombą seksu, spełnieniem moich erotycznych marzeń i chcąc uniknąć pomyłek w trakcie koncertów, zdecydowanie nie mogłem mu się przypatrywać.
Mimo to, że na scenie Saga był najokrutniejszym prowokatorem na świecie, po zamknięciu drzwi mieszkania stawał się Takashim. Uśmiechniętym, delikatnym i życzliwym. Takim o gładkim, delikatnym torsie, robiącym poranną kawę, szykującym poniedziałkowe obiady, siadającym na kolanach podczas oglądania wieczornego filmu i wtulającego twarz w ramię podczas kiepskiego horroru.
Tego dnia było bardzo podobnie - wróciliśmy z próby jak zwykle razem. Na jednym ramieniu przewieszoną miałem swoją gitarę, a na drugim - tę należącą do niego. Weszliśmy do mieszkania, zdjęliśmy buty. Ja zostawiłem nasz sprzęt w pokoju i poszedłem do kuchni, w której krzątał się Sakamoto. Chodził w ciasnych spodniach i białej luźnej koszuli, odsłaniającej trochę gładkiego torsu. Zresztą, mógłby się ubrać nawet w worek, a i tak wyglądałby dobrze. Chodził w skarpetkach albo na boso, nigdy nie ubierał kapci - uważał, że są niewygodne, choć w trasie nigdy by się na to nie odważył.

Ekran migał. Jakaś dziewczyna uciekała przez las, co jakiś czas pojawiały się napisy.
Takashi przyszedł z dwoma kubkami herbaty. Robiona przez niego smakowała najlepiej na świecie. Postawił je na stoliku przy kanapie i usiadł na moich kolanach. Patrzył przez chwilę na krzyczącą coś w popłochu dziewczynę na ekranie. Kiedy pokazała się postać z nożem, która po chwili skończyła jako wybrakowany gumowy manekin gdzieniegdzie finezyjnie oblany keczupem, wtulił nos w moje ramię. Lubiłem jego nos. Nie był malutki i zgrabny, jak u większości Japonek, a nawet Japończyków. Był dość duży, ale dzięki temu cały on stawał się wyjątkowy. Zresztą mój nos też nie należał do idealnych.
Na ekranie ukazała się grupa białoskórych młodzieniaszków z plecakami, rozmawiających i chodzących po lesie. Takashi przytulił się do mnie mocniej, obejmując w talii. Wpatrywałem się tępo w ekran, choć tak naprawdę nie mogłem skupić się na beznamiętnych kolorowych obrazkach za szybą, kiedy na swoim ciele czułem przyjemne ciepło jego skóry, a gdzieś pod nosem majaczyła delikatna smuga jego perfum.
- Słyszałem coś o bzykaniu - powiedział w pewnym momencie, śmiejąc się cicho.
Spojrzałem w ekran, na którym przewijała się grupka przyjaciół. Siedzieli przy ognisku, jakaś dziewczyna siedziała na kolanach chłopaka... typowo.
- Sugerujesz coś? - zapytałem z uśmiechem.
- Chyba wolę iść wcześniej spać - w tym momencie samymi opuszkami delikatnie połaskotał mnie po lędźwiach. - ... niż oglądać kiepski horror z sokiem pomidorowym w roli głównej.
Przeszedł mnie dreszcz. Uwielbiałem jego delikatny dotyk. Miał w sobie coś niesamowicie elektryzującego.
- Więc najpierw musisz wstać - odparłem, uśmiechając się. Mruknął z dezaprobatą, co wywołało mój śmiech. W końcu wstał niechętnie, ale za to złapał moją dłoń i zaprowadził do sypialni. Położył dłoń na mojej twarzy. Jego gesty miały w sobie coś delikatnego. Jedną dłonią pogładził mój policzek, a drugą przeczesał włosy do tyłu. Złapałem go w pasie i pocałowałem. Poczułem jego palce, wplatające się między kosmyki moich włosów. Swoimi opuszkami muskał skórę mojej głowy. Mruknąłem zadowolony. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Staliśmy przez chwilę przytuleni aż Takashi zjechał dłonią wzdłuż mojego torsu i wsunął ją pod koszulkę. Po chwili dołączył drugą i zaczął powoli podwijać materiał w górę. Patrzyłem na jego twarz, na której malowało się skupienie i beztroska radość... po prostu. On lubił kraść moje wieczory, a ja uwielbiałem zajmować pierwsze miejsce na liście jego psychofanek. Moje serce zaczęło bić szybciej, a po ciele rozlało się przyjemne ciepło, gdy wprawnym ruchem zdjął przez głowę moją koszulę, obnażając tors. Oczywiście musiałem na krótką chwilę go puścić, by podnieść ręce w górę. Oglądał mnie. Robił to codziennie, jakby szukał zmian - badał, czy pojawił się jakiś nowy pieprzyk, zadrapanie, czy cokolwiek zmieniło się podczas jego separacji od mojego nagiego ciała. Oglądał mnie dokładnie, jakby poznawał od nowa. I delikatnie znaczył palcami fakturę mojej skóry. A ja nie mogłem oderwać wzroku od jego mocno rozpiętej koszuli. Kiedy jego dotyk dotarł do mojego brzucha i palce oderwały się od skóry, zacząłem rozpinać resztę guzików śnieżnobiałej koszuli. Kupiliśmy ją całkiem niedawno - tak wyszło, że razem. Takashi ją lubił, uważał, że jest wygodna i kojarzy mu się z tygrysem, choć wcale nie ma pręg. Rozpinałem ją powoli, niespiesznie, dbając o każdy detal, choć czułem, że moje dłonie drżą w niemej prośbie o spełnienie. Kiedy ją rozpiąłem, on ujął moje dłonie i skierował je w stronę połów gładkiego materiału, by ściągnąć koszulę ze swoich ramion. Następnie zsunęła się w dół i obciążona siłą grawitacji, spłynęła na podłogę.
Nie minęło dużo czasu, byśmy pozbyli się także spodni, choć nie kochaliśmy się tej nocy. Takashi założył swoją ulubioną, spraną koszulkę piłkarską z napisem SAGA, dumnie widniejącym na plecach, a ja zasnąłem w samej bieliźnie, przytulając go do siebie. Czułem zapach jego włosów, pomiędzy którymi znalazł się mój nos.
Kolejny dzień powitał mnie pocałunkiem miękkich ust i najsmaczniejszą na całym świecie kawą. Później zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy na próbę, na której zatopiliśmy się w świecie dźwięków, próbując zapomnieć o oczekiwaniu na kolejny powrót uczczony zaparzoną przez niego kawą.