czwartek, 24 lipca 2014

[One Shot] "Pożegnanie" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Pożegnanie
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: G
Ostrzeżenia: -
Od autora: Ostatnio zupełnie nie mam weny. Nawet, jeśli są pomysły, brakuje czegoś, co nadałoby im polotu. Mam zastój. Wybaczcie dramaturgię, następna publikacja po końcu Rei miała być komiczna, ale nie wyszło. Nie wiem kiedy pojawi się coś następnego, ostatnio naprawdę ciężko mi się cokolwiek pisze.
Miniaturka, zapraszam.

*
- Mogłeś mnie chociaż uprzedzić!
Przewrócił oczami. W wyrazie jego twarzy, nonszalanckim oparciu biodra o pobliski mur i powolnym, cholernie kuszącym przeżuwaniu gumy widziałem lekceważenie.
- Mogłeś mi chociaż powiedzieć wcześniej, że masz kogoś na boku! - wydzierałem się, choć zamiast złości czułem zrezygnowanie. Byłem raczej wyprany z emocji niż zajęty napadem gorzkiej furii. Gdzieś na dnie tego wszystkiego (mnie?) czaił się nieopisany smutek pod przykryciem obojętności.
- Kocie, nic na to nie poradzisz - powiedział i zrobił balona z białej gumy, którą miął w ustach od piętnastu minut. Balon pękł, a on językiem zebrał go z powrotem do ust. Przeszedł mnie dreszcz, którego wcale nie chciałem. On mnie odrzucił, a ja wciąż go pragnąłem.
- Ty nawet nie czujesz się winny! - powiedziałem z wyrzutem. Gdzieś za krzykiem ukrywała się niema prośba - „Zostań”, choć wtedy nic nie mogło mnie zmusić, bym się do tego pragnienia przyznał.
Uśmiechnął się pod nosem z tym lekceważeniem, które powinno mnie przecież tak bardzo zirytować!
- Shinji - powiedział, kładąc dłoń na moim ramieniu i spoglądając w oczy. - Przecież to było oczywiste, że my nie mieliśmy przyszłości.
Czując na sobie jego przeszywający wzrok, przełknąłem nerwowo ślinę. Poczułem powiew chłodnego wiatru, który przeszył mnie z nieporównywalnie mniejszym chłodem od jego słów.
- Obudź się - wziął dłoń z mojego ramienia - ktoś taki jak ty z kimś takim jak ja. Nie jesteśmy już dziećmi, a to od samego początku nie miało szansy na przyszłość.
Tym razem nie patrzył w moje oczy. Jego wzrok wydawał się nieobecny. Znałem to spojrzenie. Znałem każdy z wyrazów jego oczu tak dobrze, mógłbym napisać o nich książkę. A mimo to byłem tak skołowany, że nie miałem pojęcia, co tym razem mogło kryć się za tarczą ciemnych tęczówek. Poczułem kroplę, która z impetem spadła na moją koszulkę. Deszcz? Zerknąłem w górę, lecz niebo było czyste. Radosny błękit sarkastycznie śmiał się z tragizmu tej sytuacji. Wtedy po mojej szyi spłynęła kolejna kropla, znikając dopiero w dekolcie koszulki. Płacz? Dotknąłem oczu. Były mokre. To było takie typowe. Prawie jak w jakimś głupim dramacie, prawda? Czułem się bardziej jak bohater telenoweli niż uczestnik swojego życia.
Nawet nie zauważyłem, kiedy guma w ustach Takashiego zastąpiona została smukłym papierosem. Pianissimo. Ciszej. Przecież łzy są ciche, Takashi.
- Coś jeszcze? - spojrzał na mnie, unosząc brwi. Nawet tym moim dramatycznym wylewem emocji zdawał się nieporuszony.
Zostawił mnie, jakbym w jednej chwili przestał mieć dla niego znaczenie. Mimo wcześniej powtarzanych słów. Mimo idiotycznego „kocham cię” i irracjonalnych przyrzeczeń wieczności. Przecież nikt nie sprawuje władzy nad czasem. Naprawdę chciałem go zatrzymać, powiedzieć mu to cholerne „kocham cię i nigdy nie przestanę” - zupełnie, jakbym miał władzę nad czasem.
- Nie - odparłem tylko, a on odwrócił się i poszedł. Obserwowałem jego plecy, by w końcu odwrócić się i pójść w swoją stronę. Postąpiłem zaledwie dwa kroki i nie mogąc się powstrzymać, odwróciłem głowę w jego stronę. Stał skręcony tak, żeby mnie widzieć. W jego oczach znajdował się zwykły głęboki smutek, lecz widziałem go tylko przez ułamek sekundy, bo dynamicznie odwrócił się z powrotem i odszedł.

piątek, 4 lipca 2014

[One Shot] "Najlepsza kawa na świecie" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł:  Najlepsza kawa na świecie
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: fluff
Rating: G
Ostrzeżenia: Typowy dla fluff'ów cukier~ dużo cukru. Poczujcie się, jakbyście połknęli magazyn fabryki waty cukrowej~
Od autora: OTP ma to do siebie, że z danymi osóbkami pisze się dosłownie wszystko. Zatem przyszedł czas na typowego fluffa~
Postanowiłam wykreować Sagę trochę inaczej. Daję odpocząć moim bohaterom (i samej sobie!) od gwałtów, zdrad, tęsknot, ślepej gonitwy za kimś Sagą, depresyjnego odchodzenia i euforycznych powrotów, by zaprosić Was na dawkę słodyczy i odpoczynku od ciężkich tematów.
Chcę jeszcze podziękować za komentarze~ mimo, że są nieliczne, podnoszą na duchu i motywują : 3

*
Saga zawsze kusił. Nawet po rezygnacji z mocnego makijażu, wyjęciu srebrnego kolczyka z ust i zamianie lateksowej bluzeczki odkrywającej brzuch na rozpiętą co najmniej do połowy koszulę, nie mogłem oderwać od niego wzroku. Ściął też włosy, przerzucił się z eksperymentów z blondem na odcienie brązu i zaczął częściej nosić okulary przeciwsłoneczne. Czasem przychodził na próby w czapce z daszkiem, ale nawet w takim "zwyczajnym" wydaniu miał w sobie coś...
Nawet nie musiał lizać gitary by doprowadzić fanki do piszczenia, a mnie do reakcji podobnej w ilości endorfiny w organizmie, a odmiennej w skutkach... bardzo nieprzyzwoitych, które trzeba było zręcznie zasłaniać gitarą (w czym już się całkiem nieźle wprawiłem przez te wszystkie lata).
Saga grał niedostępnego. Kusił prowokacyjnymi ruchami, pieszczeniem gryfu długimi palcami i znaczącymi spojrzeniami, rzucanymi w stronę publiczności, a czasem nawet w moją. Zdarzało mu się też oblizywać powoli usta albo eksponować odsłonięte uda, stawiając je na podium. Saga był bombą. Bombą seksu, spełnieniem moich erotycznych marzeń i chcąc uniknąć pomyłek w trakcie koncertów, zdecydowanie nie mogłem mu się przypatrywać.
Mimo to, że na scenie Saga był najokrutniejszym prowokatorem na świecie, po zamknięciu drzwi mieszkania stawał się Takashim. Uśmiechniętym, delikatnym i życzliwym. Takim o gładkim, delikatnym torsie, robiącym poranną kawę, szykującym poniedziałkowe obiady, siadającym na kolanach podczas oglądania wieczornego filmu i wtulającego twarz w ramię podczas kiepskiego horroru.
Tego dnia było bardzo podobnie - wróciliśmy z próby jak zwykle razem. Na jednym ramieniu przewieszoną miałem swoją gitarę, a na drugim - tę należącą do niego. Weszliśmy do mieszkania, zdjęliśmy buty. Ja zostawiłem nasz sprzęt w pokoju i poszedłem do kuchni, w której krzątał się Sakamoto. Chodził w ciasnych spodniach i białej luźnej koszuli, odsłaniającej trochę gładkiego torsu. Zresztą, mógłby się ubrać nawet w worek, a i tak wyglądałby dobrze. Chodził w skarpetkach albo na boso, nigdy nie ubierał kapci - uważał, że są niewygodne, choć w trasie nigdy by się na to nie odważył.

Ekran migał. Jakaś dziewczyna uciekała przez las, co jakiś czas pojawiały się napisy.
Takashi przyszedł z dwoma kubkami herbaty. Robiona przez niego smakowała najlepiej na świecie. Postawił je na stoliku przy kanapie i usiadł na moich kolanach. Patrzył przez chwilę na krzyczącą coś w popłochu dziewczynę na ekranie. Kiedy pokazała się postać z nożem, która po chwili skończyła jako wybrakowany gumowy manekin gdzieniegdzie finezyjnie oblany keczupem, wtulił nos w moje ramię. Lubiłem jego nos. Nie był malutki i zgrabny, jak u większości Japonek, a nawet Japończyków. Był dość duży, ale dzięki temu cały on stawał się wyjątkowy. Zresztą mój nos też nie należał do idealnych.
Na ekranie ukazała się grupa białoskórych młodzieniaszków z plecakami, rozmawiających i chodzących po lesie. Takashi przytulił się do mnie mocniej, obejmując w talii. Wpatrywałem się tępo w ekran, choć tak naprawdę nie mogłem skupić się na beznamiętnych kolorowych obrazkach za szybą, kiedy na swoim ciele czułem przyjemne ciepło jego skóry, a gdzieś pod nosem majaczyła delikatna smuga jego perfum.
- Słyszałem coś o bzykaniu - powiedział w pewnym momencie, śmiejąc się cicho.
Spojrzałem w ekran, na którym przewijała się grupka przyjaciół. Siedzieli przy ognisku, jakaś dziewczyna siedziała na kolanach chłopaka... typowo.
- Sugerujesz coś? - zapytałem z uśmiechem.
- Chyba wolę iść wcześniej spać - w tym momencie samymi opuszkami delikatnie połaskotał mnie po lędźwiach. - ... niż oglądać kiepski horror z sokiem pomidorowym w roli głównej.
Przeszedł mnie dreszcz. Uwielbiałem jego delikatny dotyk. Miał w sobie coś niesamowicie elektryzującego.
- Więc najpierw musisz wstać - odparłem, uśmiechając się. Mruknął z dezaprobatą, co wywołało mój śmiech. W końcu wstał niechętnie, ale za to złapał moją dłoń i zaprowadził do sypialni. Położył dłoń na mojej twarzy. Jego gesty miały w sobie coś delikatnego. Jedną dłonią pogładził mój policzek, a drugą przeczesał włosy do tyłu. Złapałem go w pasie i pocałowałem. Poczułem jego palce, wplatające się między kosmyki moich włosów. Swoimi opuszkami muskał skórę mojej głowy. Mruknąłem zadowolony. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Staliśmy przez chwilę przytuleni aż Takashi zjechał dłonią wzdłuż mojego torsu i wsunął ją pod koszulkę. Po chwili dołączył drugą i zaczął powoli podwijać materiał w górę. Patrzyłem na jego twarz, na której malowało się skupienie i beztroska radość... po prostu. On lubił kraść moje wieczory, a ja uwielbiałem zajmować pierwsze miejsce na liście jego psychofanek. Moje serce zaczęło bić szybciej, a po ciele rozlało się przyjemne ciepło, gdy wprawnym ruchem zdjął przez głowę moją koszulę, obnażając tors. Oczywiście musiałem na krótką chwilę go puścić, by podnieść ręce w górę. Oglądał mnie. Robił to codziennie, jakby szukał zmian - badał, czy pojawił się jakiś nowy pieprzyk, zadrapanie, czy cokolwiek zmieniło się podczas jego separacji od mojego nagiego ciała. Oglądał mnie dokładnie, jakby poznawał od nowa. I delikatnie znaczył palcami fakturę mojej skóry. A ja nie mogłem oderwać wzroku od jego mocno rozpiętej koszuli. Kiedy jego dotyk dotarł do mojego brzucha i palce oderwały się od skóry, zacząłem rozpinać resztę guzików śnieżnobiałej koszuli. Kupiliśmy ją całkiem niedawno - tak wyszło, że razem. Takashi ją lubił, uważał, że jest wygodna i kojarzy mu się z tygrysem, choć wcale nie ma pręg. Rozpinałem ją powoli, niespiesznie, dbając o każdy detal, choć czułem, że moje dłonie drżą w niemej prośbie o spełnienie. Kiedy ją rozpiąłem, on ujął moje dłonie i skierował je w stronę połów gładkiego materiału, by ściągnąć koszulę ze swoich ramion. Następnie zsunęła się w dół i obciążona siłą grawitacji, spłynęła na podłogę.
Nie minęło dużo czasu, byśmy pozbyli się także spodni, choć nie kochaliśmy się tej nocy. Takashi założył swoją ulubioną, spraną koszulkę piłkarską z napisem SAGA, dumnie widniejącym na plecach, a ja zasnąłem w samej bieliźnie, przytulając go do siebie. Czułem zapach jego włosów, pomiędzy którymi znalazł się mój nos.
Kolejny dzień powitał mnie pocałunkiem miękkich ust i najsmaczniejszą na całym świecie kawą. Później zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy na próbę, na której zatopiliśmy się w świecie dźwięków, próbując zapomnieć o oczekiwaniu na kolejny powrót uczczony zaparzoną przez niego kawą.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

[One Shot] "Arrivals and Departures" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Arrivals and Departures (ang. przyloty i odloty)
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: ewentualne przekleństwa, odpowiednio dawkowane w dialogach
Od autora: Jak zwykle miało być zupełnie inaczej. Mam wrażenie, że nie wyczerpałam tego, co chciałam napisać, ale z drugiej strony tutaj nie chce się upychać niczego więcej. Jak zwykle Tora i Saga, opowiadanie o relacjach. Zapraszam.

*
Shinji już miał kłaść się spać, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Uśmiechnął się pod nosem. Tej nocy nigdzie nie wychodził, wypił tylko wieczorne piwo przy dobrym filmie, wykąpał się i jak na przykładnego obywatela przystało, miał kłaść się spać, żeby wyspać się i być wydajnym w pracy.
Dobrze wiedział, kto przyszedł do jego domu. Przychodził regularnie - co tydzień, dwa... czasem co pięć dni a czasem co dwadzieścia. Był pod tym względem dość kapryśny, ale przychodził zawsze. Poznał go przypadkiem.
Kiedy Shinji otworzył drzwi, do jego mieszkania wtoczył się trochę niższy mężczyzna drobnej postury. Miał na sobie dopasowaną koszulkę z siateczkowym wzorem, zawadiacko zsunięty z jednego ramienia sweter i obcisłe skórzane spodnie. Wpadł w ramiona ciemnowłosego gospodarza i wymamrotał pijacko prosto do jego ucha:
- Pociesz mnie, Shinji.
I jak ten biedny, znienacka napadnięty, przykładny pracowity Japończyk miał go nie posłuchać?
Jak ktokolwiek mógł nie słuchać Takashiego?
Shinji wziął to zapijaczone źródło własnego szczęścia i zaprowadził do sypialni. Wcale nie spodziewał się, że cudowna dłoń o długich smukłych palcach spocznie pod jego koszulką i delikatnie gładząc skórę, sparaliżuje jego ruchy. Przez kręgosłup Amano przeszedł dreszcz podniecenia. Jak mógł w tej chwili po prostu go zostawić? Jego serce waliło, a umysł krzyczał. Mimo to nie był w stanie zmobilizować bezwładnych kończyn do ruchu, więc po prostu pozostał w bezruchu, przyglądając się czekoladowym tęczówkom i pozwalając sercu tańczyć.

Kiedy Takashi obudził się rano, pierwszym co poczuł był ból głowy, który wydawał się obciążać jego głowę o co najmniej dwadzieścia kilo. Próbował przewrócić się na drugi bok, ale przeszkodziły mu mdłości i ból w dolnej partii ciała. Tym sposobem skończył, leżąc na plecach i wpatrując się w biały sufit. W ustach miał nieprzyjemny smak kaca, a cała jego osoba tryskała niechęcią dalszej egzystencji. Znowu to zrobił.
Gdy wreszcie podniósł się z łóżka, przeklinając bolące miejsce, do którego światło nie dochodzi, poszedł do łazienki i nawet sobie nieznanym cudem, nie skończył z głową pomiędzy obręczą muszli klozetowej. W zamian za to w lustrze powitał go obraz nieszczęścia w potarganych włosach, z ogromnymi sińcami dookoła oczu, tak bardzo przypominającymi pandę, choć tak wyglądając prędzej przypominał bezdomnego pana z zagranicznych śmietników niż puchate zwierzątko. Odlał się i ochlapał twarz zimną wodą, pozwalając sobie na chwilę kontemplacji i przypomnienie czegokolwiek z zeszłej nocy. Był Byou. Wywalił go na zbity pysk i jak zwykle skończył u Shinjiego. Pewnie przyszedł kompletnie nietrzeźwy, w nocy zaczął się dobierać do Amano i skończyli pieprząc się jak króliki. To wyjaśniało ból głowy, problemy z chodzeniem i miejsce, w jakim się znajdował. Westchnął.
Kiedy Takashi wyszedł z łazienki, do jego nozdrzy doleciał przyjemny zapach świeżo parzonej kawy. Uśmiechnął się i wiedziony miłością najinteresowniejszą, ale i najszczerszą, skierował się do kuchni. Usiadł, a właściwie opadł na krzesło naprzeciw Shinjiego. Na stole przed nim stał jego ulubiony fioletowy kubek, z ulubioną mocną, czarną kawą. Ironicznie fioletowy.
- Nienawidzę go - powiedział z zaciętością Sakamoto, upijając łyk napoju i razem z nim przełykając wymiociny, które miał ochotę z siebie wyrzucić od pierwszego porannego kontaktu ze światem. Dopiero wtedy zauważył, że na dworze było pochmurno - szare chmury spowiły całe niebo i zbierało się na deszcz.
- Co się znowu stało? - zapytał Shinji, niemal bezszelestnie odstawiając swój kubek na blat stołu. Mówił ze stoickim spokojem, jakby wcale nie był zazdrosny o Byou. Nie przeszkadzało mu, że zamiast zachwycać się jego obecnością, Sakamoto woli mówić o swoich nieudanych związkach. A tym bardziej o związku z Byou, który ciągnął się od roku i był chyba najbardziej burzliwym z dotychczasowych.
Takashi, przychodząc do Amano, nie zdradzał Byou. Ich relacje były samoistne, pozbawione moralności. Uprawiali seks, ale łączyła ich przyjaźń, zrodzona gdzieś pomiędzy padającymi przez lata słowami, drobnymi gestami, ukryta we wspólnie spędzonych sekundach, godzinach, latach... Razem znajdowali się w innym wymiarze, w którym nie istniało prawo zdrady.
- Wyrzucił mnie. Po prostu mnie wywalił. Jestem pewny, że ukrywał gdzieś w szafie albo pod łóżkiem tego cholernego Jina - prychnął i upił kolejny łyk życiodajnej kawy. Odstawił kubek z głośnym puknięciem, który sam odczuł w pulsującej głowie.
- Myślisz, że cię zdradza? - zainteresował się Shinji, wciąż z idiotycznym uśmiechem, którego nie był w stanie zedrzeć od ostatniej nocy. Właściwie od dźwięku dzwonka przy drzwiach, który wlał się do jego uszu.
- Na pewno mnie zdradza. Chuj - skwitował treściwie Sakamoto, urywając temat. - A co z tobą, Shinji? - podniósł wzrok na przyjaciela.
- Ze mną? - Amano objął swój kubek dłońmi i zaczął stukać palcami o jego gładką fakturę.
- Tak, z tobą - Takashi patrzył na niego ponaglająco.
- Nic ze mną - odparł Shinji, próbując ukryć zdenerwowanie. - Jestem dyspozycyjny dla ciebie przez cały czas...
Sakamoto roześmiał się. Twarde krzesło było boleśniejsze niż zwykle, a głowa wciąż rytmicznie pulsowała. Tylko mdłości zdawały się trochę mniejsze, ale mimo to Takashi się uśmiechał. W końcu tuż obok na wyciągnięcie ręki siedział jego tygrys.
- Takashi? - zapytał z powątpiewaniem Amano, kiedy poczuł na swojej dłoni delikatne muśnięcie opuszków palców.
- Byou mnie wyrzucił - stwierdził.
- Nie martw się, pewnie jutro zacznie wydzwaniać, że masz wra...
- Kto powiedział, że będę chciał wrócić? - przerwał przyjacielowi Sakamoto.
- Możesz zostać tak długo, jak chcesz - odparł Shinji z westchnieniem
- Wiem - powiedział Takashi. - Mam ochotę na warzywa.
Zostawił po sobie pusty kubek po kawie i poszedł się wykąpać.
To było dla Shinjiego naprawdę trudne. Zależało mu na Takashim. Zależało bardziej niż na kimkolwiek innym. Ambiwalentnie cieszył się, że przyjaciel zawsze do niego wracał i jednocześnie cierpiał, kiedy odchodził. Gdy wracał też cierpiał. Nawet, jeśli otumanienie radością wynikającą z obecności kochanej osoby na chwilę przyćmiło ten ból, jeśli był w stanie zakopać go w śladach paznokci na swoich plecach i dzikim seksie, on wciąż był. Tępo wwiercał się w jego serce, coraz bardziej je rozgrzebując.
Shinji wstał, wziął kubki i umył je w zlewie. Leżał tam także nóż. Kiedy go chwycił, przez nieuwagę wypadł mu z rozedrganej dłoni i próbując go chwycić, zaciął się w palec. Krew obficie spływała do zlewu, mieszając się z wodą i wpadając do dziury. Amano sam się czuł, jakby wlatywał do bardzo czarnej, niekończącej się dziury. Chciał zatrzymać Sakamoto na zawsze, ale wiedział, że on odejdzie. Jedyną nadzieją był fakt, że wróci. Takashi zawsze wracał, nieważne ile wypił i z kim uprawiał seks. Na koniec trafiał do niego - do Shinjiego i czy chciał się kochać, czy tylko wypłakać, Amano zawsze posiadał dla niego miejsce w łóżku, dodatkowy kubek i nawet zapasową szczoteczkę do zębów. Shinji zakleił swój palec, a z łazienki wyszedł Sakamoto. Miał na sobie spodnie i jego (Shinjiego) koszulkę, a z brązowych włosów kapały kropelki przezroczystej wody. Amano uśmiechnął się, widząc go. Po prostu nie potrafił się nie uśmiechać. Nie potrafił go nie kochać ani nie pozwolić mu wrócić. Każdy chciał stałości, choć ich wieczność wykluczała stabilizację.
- Halo? - Shinji nawet nie ujrzał, kiedy Takashi odebrał telefon. - Tak... Będę za godzinę, pa.
Spojrzał na Amano i uśmiechnął się. Jego oczy rozbłysły szczęściem. Shinji nie mógł nie pozwolić mu porwać kawałka chleba z masłem i uciec bez pożegnania. Ono nie było im potrzebne. Takashi zawsze wracał. A Shinji zawsze był przykładnym robotnikiem w japońskiej korporacji, dopóki w jego drzwiach nie pojawił się pijany mężczyzna z zawadiacko odsłoniętym ramieniem.


*
Kilka wskazówek: Byou (oczywiście ze Screw) nie cierpi deszczu i warzyw, a jego ulubionym kolorem jest fioletowy i uwielbia kawę.