piątek, 29 listopada 2013

[5/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

05.

To było po prostu świetne. Oczywiście matka Yuu skontaktowała się z moją, a przez jej stres, pałeczkę przejął ojciec (który, o dziwo, zdążył w tym czasie wrócić do domu). Dowiedział się o paleniu i piciu, od tamtej pory mam "kategoryczny zakaz widzenia się z Yuu" i muszę wracać do domu od razu po zajęciach. Bardzo śmieszne.
Noc spędziłem niespokojnie. Nie mogłem spać, ciągle skręcało mnie w brzuchu z niewiadomych przyczyn.
Pomyślałem, że muszę schudnąć. Myślałem też o wielu innych głupotach. O muzyce, rodzajach strun, o ojcu, bracie, zestresowanej matce, śmierci babci, snach, o Sakamoto...i jego idiotycznym wyrazie twarzy. Wyobraziłem sobie, że go zaginam. W mojej półsennej wizji byłem szczupły, przystojny i podrywałem dziewczyny, a on patrzył z zazdrością na lepiące się do mnie azjatyckie piękności. Nie, on mnie pożerał wzrokiem, pochłaniał, zabijał w myślach. W moim wyobrażeniu Takashi Sakamoto był autentycznie chory z zazdrości. Uśmiechnąłem się do siebie. Pomyślałem, że to bardzo głupie, ale... przecież to moje myśli, nikt nie ma do nich dostępu. Są moje, dlatego nie można nazwać ich głupimi. Noc mijała wolno, a ja nawet nie spostrzegłem się, kiedy wizje na jawie płynnie przemieniły się w sen.
Kolejny dzień był znów tak samo szary. Jedynym, co odróżniało go od całej rzeszy pozostałych dni było dziwne uczucie w brzuchu - takie samo, które poprzedniej nocy nie pozwoliło mi spać. Westchnąłem, ogarnąłem się, wyszedłem. Mój cudowny telefon uparcie milczał.
Do szkoły dojechałem - oczywiście - spóźniony. Już dawno byliśmy po wystawieniu ocen, niektórzy nauczyciele robili materiał w przód, ale ja (jak się dowiedziałem dopiero po dotarciu do przybytku japońskiej edukacji) zostałem z zajęć zwolniony, aby robić projekt z Sakamoto. To był pierwszy raz, kiedy pomyślałem, że chyba nie powinienem tego dnia przychodzić do szkoły. Kolejny nastąpił, kiedy widziałem go, rozmawiającego o czymś z żywo gestykulującą i wyraźnie zaangażowaną w rozmowę Haruki - najładniejszą dziewczyną w szkole. Co gorsza - po drugiej jego stronie szedł Aoi i z zainteresowaniem słuchał tego, co Haruki mówiła. Później Sakamoto rzucił coś i wszyscy się roześmiali. Zdrajca.
Pożegnał się z nimi, gdy zobaczył, że stoję przed budynkiem szkoły. Rozeszli się, Aoi zerknął na mnie, jakby chciał powiedzieć "przepraszam", a Takashi podszedł do mnie i przywitał się raźnie:
- Witaj, Shinji.
- Od kiedy mówimy sobie po imieniu?
Spojrzał na mnie z uśmiechem, który wcale nie miał z radością nic wspólnego. Prędzej był grymasem, mówiącym "to ja ustalam granice naszej znajomości". Robił to tak przekonująco, że może nawet bym się temu poddał, gdyby nie fakt, że znowu zraziło mnie jego "patrzenie z góry".
- Od czego zaczniemy? - zapytałem, chcąc szybko przejść do rzeczy i przywołać oficjalny ton naszego spotkania.
- Przypomnij mi temat - nie poprosił, rozkazał. Ton ukryty był w głosie, ale wyrażał go także grymas, przyozdabiający szpetną twarz tego idioty.
- Fauna w wiosennej odsłonie - przytoczyłem, nie komentując. Postanowiłem być ponad to. Zrobię z nim ten projekt i będę miał spokój.
- Chodź tygrysie, usiądziemy gdzieś, trzeba będzie zrobić notatki.
Poszliśmy wgłąb parku, stanowiącego otoczenie szkoły. Znaleźliśmy zaciszny kąt w pobliżu kilku ogromnych drzew, mniejszych krzaków i ze sporych rozmiarów kamieniem. Tygrysa zignorowałem. Byłem ponad to. Sakamoto usiadł na kamieniu i pokazał mi gestem, bym usiadł obok. Mechanicznie usiadłem, nawet się nad tym nie zastanawiając. Wyjął kartkę i długopis, po czym zaczął sporządzać szkic.
- Zaczniemy od kilku zdań o wiośnie - zanotował coś na kartce.
- Mhm - mruknąłem tylko i słuchałem go dalej.
- Później możemy przejść do kilku wybranych gromad i podać po przykładzie gatunku, tam opiszemy zmiany, jakie w nich zachodzą. To będzie nudne.
- Mhm. Co z zakończeniem?
- Podsumowanie - stwierdził, nawet nie zapytał. Co się dzieje? Przecież miałem być "ponad tym".
Wręczył mi kartkę.
- Przydałyby się jeszcze jakieś zdjęcia i notatki z obserwacji. Powinniśmy się wybrać do lasu, mam aparat. Co ty na to?
- Musielibyśmy... - mruknąłem cicho. Byłem zaskoczony jego zaangażowaniem...
Roześmiał się.
- Speszyłem cię?
- Nie - westchnąłem. - Po prostu wolałbym iść na piwo.
- Wczoraj odmówiłeś - zmrużył nieznacznie oczy.
- Nie mogłem... - dlaczego ja się tłumaczyłem?
- Chcesz to dzisiaj odkuć? - szybko podchwycił temat.
- Ty stawiasz - uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Yuu! - zawołał, machając do mojego przechodzącego nieopodal i rozmawiającego z Haruki zdradzieckiego przyjaciela (po imieniu!). Nawet go nie zauważyłem. On natychmiastowo przerwał rozmowę i obydwie głowy odwróciły się momentalnie w naszym kierunku. - Postaw nam dzisiaj piwo - Takashi uśmiechnął się do niego tak przekonująco, że aż za bardzo. Dlaczego on się do niego tak uśmiechał? A może to wcale nie do Aoiego, tylko chciał zaimponować Haruki? Yuu do nas podszedł.
- Mmm...niech wam będzie. Gdzie i kiedy?
- Dzisiaj, w Białym - odparł czarująco jak zawsze Sakamoto. Naprawdę miałem dosyć tych jego gierek. Biały był pobliskim klubem...tylko skąd on o tym wiedział? Był tu zaledwie jeden dzień i już owinął sobie cały mój świat wokół palca...no prawie cały. Denerwował mnie całym sobą, a jeszcze musiałem coś z nim robić. Coś, to znaczy projekt...nic więcej.
- Jasne - uśmiechnął się Aoi - To może za jakieś dwie godziny pod Białym?
- Do zobaczenia - Takashi mrugnął do niego na znak, że już może się zająć dziewczyną (co za spoufalanie się!). Ona się pochyliła i powiedziała mu coś, on odpowiedział. Odeszli.
- Shinji - zwrócił się do mnie (po imieniu!), a ja wbrew woli od razu na niego spojrzałem. Sam nie wiem dlaczego, po prostu miał w sobie coś, przez co chciało się go słuchać i był to kolejny powód mojej niechęci. Jego twarz wciąż wykręcał ten idiotyczny uniwersalny uśmieszek - zupełnie jakby mówił "cześć, jestem Sakamoto Takashi i na każdą okazję przyklejam sobie do twarzy ten sam uśmiech, bo jestem gwiazdą". Myślałem, że moja gorycz sięga zenitu, bo nie dość, że Sakamoto sam się za pieprzoną gwiazdę uważał, to jeszcze wszyscy dookoła zdawali się to potwierdzać.
- Wiem, musimy coś zrobić - odparłem, przewracając oczami.
- Nie przynudzaj - wstał. - Chodźmy coś zjeść.
Mruknąłem coś pod nosem i wstałem. Na dobrą sprawę i tak nie miałem nic lepszego do roboty, a zdecydowanie nie chciałem wracać do domu. Chyba wziął to za potwierdzenie.
Przez całą drogę wydawał się być nieobecny. Patrzył gdzieś w dal albo do góry. Koniec końców poszliśmy na pizzę do jednego z wielu popularnych lokali.
- Mam ochotę na capriciosę, a ty? - zapytał mnie o zdanie - co w jego przypadku było osiągnięciem godnym niezerwania przeze mnie żadnej struny podczas koncertu.
- Mam jeść sam, tygrysie? - patrzył na mnie, unosząc jedną brew. Speszyłem się. Musiałem odpłynąć.
A... O co pytałeś? - zająkałem się oczywiście wbrew swoim wszelakim zamysłom.
Takashi przewrócił oczami. Poczułem złość dopiero usłyszawszy za sobą pisk dziewczyn. Przez myśl mi przeleciało,czy z nim zawsze tak to wygląda. Chwilę później dopadła mnie kolejna jakże optymistyczna myśl, czy Haruki tak naprawdę jest zainteresowana Aoim. Myśl była jak przeczucie - jakiś szósty zmysł, choć podejrzenie wydawało się logiczne. Skoro wszystkie nie mają gustu, a raczej są po prostu próżne i nie doceniają naszych wartości poza "ładną" twarzą,to... Właściwie co ja pieprzę?
Sakamoto wstał i poszedł do baru złożyć zamówienie. Najwidoczniej zdenerwowała go moja ignorancja. Problem jedynie tkwił w tym, że wracając wcale nie wydawał się ani odrobinę podenerwowany. Za to wyszczerzył się trochę zawadiacko do siedzącej z grupką piszczących dziewczyn Haruki. Zmarszczyłem brwi i westchnąłem. Była już siedemnasta.
Zanim skończyliśmy jeść, minęło kolejne pół godziny. Pizza była zwykła - smakowała tak samo, jak we wszystkich tego pokroju miejscach. Dostałem - oczywiście - capriciosę. Gdy wychodziliśmy, Haruki odprowadzała Sakamoto wzrokiem. Wiedziałem już, że czeka mnie poważna rozmowa z Yuu. Dodatkowo "czasowy uczeń" wydawał mi się coraz bardziej nieszczery.
- Dokąd idziesz? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Takashiego. Wyrwany z zamyślenia, zatrzymałem się, zorientowałem, że nie ma go obok i odwróciłem się za siebie. Widziałem go przy otwartych drzwiach. Patrzył na mnie. Uśmiechał się, puścił mi oczko i wszedł. Poszedłem za nim. Wybiła osiemnasta. Drzwi zamknęły się za mną.
W środku było głośno, duszno i panował półmrok. Z moją krótkowzrocznością miałem problem z rozpoznaniem sylwetek, tym bardziej, że dym szczypał mnie w oczy i zacząłem je przecierać. Wtedy poczułem, jak ktoś niby ukradkiem chwyta mnie za dłoń i ciągnie za sobą. Zupełnie tym gestem zaskoczony, dałem się prowadzić. Nie znałem tego rodzaju dotyku ani tej dłoni. Muśnięcie było zbyt delikatne, bym mógł rozpoznać płeć tej osoby. To nie mógł być Aoi. Czułem się dziwnie. Klub wydawał mi się tego dnia klaustrofobiczny, a ja byłem dodatkowo oślepiony. Oczy piekły mnie i szczypały na przemian, a w uszach huczała muzyka - o ile rąbankę bynajmniej KISS nieprzypominającą nazwać można tym terminem o zdewaluowanym już znaczeniu. Nagle poczułem, że zmieniło się podłoże, dźwięki ucichły, a uderzył mnie chłód i oczy przestały się buntować. Na pewno zmniejszyło się stężenie dymu w powietrzu, poczułem nawet rześki chłód wiosennego wieczora, dochodzący zapewne z otwartego okna. Łazienka.
- Shinji!
Otworzyłem oczy, a świat lekko zawirował. Ocknąłem się parę sekund później na chłodnych kafelkach. Odetchnąłem. Nie miałem pojęcia, co się ze mną stało. Nade mną stał Sakamoto i - mógłbym przyrzec! - przez chwilę w jego oczach widziałem troskę.
- Wstawaj, opóźniasz zabawę, Amano - uśmiechnął się w ten swój wstrętny i okropnie nieszczery sposób. Patrzyłem na niego. Podał mi dłoń, chwyciłem ją.
- Yuu już jest? - zapytałem. Spojrzałem w lustro.
- Tak, czeka na nas.
Nas...
Przyjrzałem się swojemu odbiciu. Obmyłem twarz wodą.
- Sak...Takashi?
- Hm?
- Dlaczego nazywasz mnie tygrysem? - zapytałem, spoglądając na niego ukradkiem w ogromnym łazienkowym lustrze.
- Bo masz w sobie coś z tygrysa - patrzył na mnie z boku. - Chodź, nie chciałbym zmarnować okazji na dobrą zabawę.
Przewróciłem oczami. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że Sakamoto może jednak posiadać szczątki "organu uczuć".

czwartek, 28 listopada 2013

[4/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

04.

Pierwszy sygnał.
Czułem się dziwnie zestresowany. Miałem wątpliwości, może to wcale nie był numer Sakamoto?
Drugi sygnał.
Może karteczkę podrzucił mi ktoś inny i teraz przez to wpadnę w tarapaty?
Trzeci sygnał.
A może po prostu ten idiota wsadził mi do spodni karteczkę z przypadkowym numerem?
Zirytowałem się.
- Halo? - rozległo się ze słuchawki, a ja zamarłem na chwilę. Moje serce przez chwilę biło szybciej. Odetchnąłem najciszej, jak tylko potrafiłem. To był on. Na pewno on. Na dodatek do tego, jego głos przez słuchawkę brzmiał mniej idiotycznie niż w rzeczywistości, ale tylko odrobinę. Sakamoto nie powtórzył oklepanego "halo", tylko nie słysząc żadnego odzewu z drugiej strony, po prostu się rozłączył. Czułem,  jak czerwienieję - nie byłem tylko pewny, czy to że złości czy wstydu, że nie miałem odwagi się odezwać. Otrząsnąłem się z tych myśli i postanowiłem spotkać z Aoim. Zadzwoniłem do niego i umówiliśmy się, że do niego przyjdę, bo państwo Shiroyama tego dnia dłużej zostali w pracy. Aoi wyglądał bardzo dojrzale. Czasem mu zazdrościłem. Właściwie nazywał się Yuu i był moim przyjacielem od roku. Razem jakoś było nam raźniej w szarej szkolnej rzeczywistości. Nie mieszkał daleko ode mnie, bo wystarczyło dwadzieścia minut drogi, bym tam dotarł. Zadzwoniłem do drzwi i nie musiałem długo czekać, bo po chwili w progu pojawił się Aoi.
- Hej, stary - przywitał mnie z uśmiechem.
- Zacząłeś pić beze mnie? - spojrzałem na niego z wyrzutem i roześmiałem się ze swojego żartu.
- Nie, no co ty. W ogóle co cię naszło? -zapytał, odsuwając się, bym mógł wejść do domu.
- Ciężki dzień. Zaraz ci opowiem - rzekłem sucho, wszedłem, zdjąłem buty i poszedłem za nim wgłąb domu. Poszliśmy, jak zwykle, do jego pokoju. Na biurku stały puszki z piwem. Chwyciłem jedną z nich i brzydko mówiąc uwaliłem się na łóżku, po czym otworzyłem piwo i wychyliłem połowę jej zawartości duszkiem.
- Nie tak szybko! Poczekałbyś - Aoi się roześmiał.
- Za wolno, senpai - odpowiedziałem, uśmiechając się złośliwie. Aoi za to podszedł i korzystając z mojej chwili nieuwagi, odebrał mi puszkę. - Ej, tak się nie bawimy! - wbiłem palec w jego bok. On zgiął się w pół, więc wykorzystałem okazję i zabrałem swój łup z powrotem. Aoi z uśmiechem podszedł do biurka po drugą. Czasami musieliśmy zachowywać się niedojrzale. Tak po prostu.
- Pamiętasz te dzieciaki z Fukushimy?
- Mm... Co z nimi? - mruknął, siadając obok mnie.
- Mam projekt z jednym z nich.
- Też robiłem w zeszłym roku - zabrzmiał dziwnie, jakby smutno, więc spojrzałem na niego. Wydawało mi się, że przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawił się żal. Pomyślałem, że lepiej nie drążyć tematu, więc wróciłem do swojego:
- Jest tak irytujący... - przygryzłem dolną wargę - rządzi się, jest bezczelny, niegrzeczny, choć udaje niewiniątko i patrzy na wszystkich z góry.
Yuu uśmiechnął się pod nosem.
- Wiem, co masz na myśli.
- Chyba jeszcze nikt nie doprowadzał mnie tak szybko do złości. Nawet brat jest bardziej do zniesienia od NIEGO - wtedy przypomniałem sobie moment, gdy zapytał o moje relacje z płcią przeciwną i dodałem - To idiota. Skończony idiota - wyciągnąłem z kieszeni paczkę fajek i podałem mu jedną. Poczęstował się. Zapaliliśmy. Zaciągnąłem się mocno.
- Naprawdę wiem, o co ci chodzi. Też kiedyś... - urwał, bo usłyszeliśmy hałas na korytarzu. Yuu zmarszczył brwi, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, drzwi do jego pokoju otworzyły się i do środka weszła pani Shiroyama.

poniedziałek, 25 listopada 2013

[3/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

03.

Kiedy szliśmy niedaleko jednej z dość ruchliwych ulic, miałem ochotę wepchnąć go pod samochód i na samą myśl o czymś tak pozytywnym, od razu wróciły mi siły witalne. Uśmiechnąłem się, co on oczywiście od razu musiał wyłapać. Na moje szczęście zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozwrzeszczał się mój jakże archaiczny wtedy telefon.
Mama
- Shin-chan, wracaj już do domu, musisz mi pomóc - powiedział damski głos przez słuchawkę, po czym uraczył mnie przerywany sygnał. Westchnąłem z nutką irytacji. Nie lubiłem, kiedy tak po prostu się rozłączała, nie dając mi możliwości dyskusji. Może wiedziała, że zawsze znajdę jakiś argument, który przemówi w obronie mojego stanowiska? Tak czy siak, nasze "spotkanie integracyjne" trzeba było zakończyć.
- Muszę iść, potrzebują mnie - powiedziałem, przystając i patrząc na niego. Taki okropny...
- Miło było cię poznać. Czy będziesz w stanie odprowadzić mnie do hotelu Ibuki? - zapytał. Co za burżuazja. Hotel Ibuki nie był zwykłą placówką godną miana schroniska, tylko całkiem drogim lokalem. Jego rodzice musieli być nadziani.
- Nie ma sprawy, to niedaleko - powiedziałem z wymuszoną grzecznością i ruszyłem w jedną z bocznych uliczek. Kiedy poszedł za mną, przez chwilę miałem wrażenie, że czuję jego wzrok na swoich plecach. Przez idealnie odmierzone dwie sekundy. To wcale nie było przyjemne. Na szczęście szybko wyrównał krok i w drodze do hotelu ustaliliśmy godzinę kolejnego spotkania. Kolejnego dnia znowu miałem się z nim widzieć. To było takie denerwujące.
Kiedy doszliśmy do hotelu, staliśmy przez chwilę, ilustrując się wzrokiem. To było dziwne. Potem się pożegnaliśmy.
W drodze do domu uświadomiłem sobie, że zupełnie straciłem rachubę w liczeniu czasu. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiła się dwunasta trzydzieści. Przystanąłem o wyjąłem z plecaka paczkę papierosów. Wyjąłem jednego i wsadziłem do ust. Zapaliłem i zaciągnąłem się tak mocno, że aż poczułem gryzący dym w płucach. Wypuściłem z ust białą chmurkę dymu, zarzuciłem plecak na ramię i poszedłem przed siebie. Było mi zdecydowanie lepiej. Jeszcze trochę i wszystkie moje problemy ustaną na całe dwa miesiące - właśnie tak wtedy myślałem. Później rozważałem, czego może ode mnie chcieć rodzicielka. Może problemy z bratem? Nieczęsto zwoływała mnie do domu. Z drugiej strony przecież wiedziała, że nie potrafię do niego dotrzeć. Był młodszy, ale zupełnie mnie nie respektował. Specjalnie mnie to nie raziło, miałem swoje życie i nigdy nie miałem siebie za przykładnego "starszego brata".
Wszedłem do domu i zamknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem buty i wiedziony hałasem, ruszyłem w stronę kuchni.
- Shin-chan?
- Tak, mamo? - wszedłem do kuchni, rozświetlanej przez wiosenne słońce. Mama siedziała przy stoliku i dopijała poranną kawę.
- Babcia znowu jest w szpitalu - powiedziała z westchnieniem. Wiedziała, że staruszka dogorywa.
- Taka jest kolej rzeczy - stwierdziłem chłodno.
- Odwiedzimy ją, szykuj się. Ubierz coś ładnego - kontynuowała zupełnie, jakby nie słyszała moich poprzednich słów. Przewróciłem tylko oczami i poszedłem do siebie. To było bez sensu.
Wyciągnąłem starego Ibaneza z kąta i usiadłem na łóżku, opierając sprzęt na jednej nodze. Początkowo chciałem grać na basie, ale nie miałem pieniędzy na instrument. Pewnie ten cały Sakamoto nie miałby z tym problemu, jego rodzice na pewno należeli do "lepiej zarabiających".
Kiedy sięgnąłem do kieszeni spodni, by wyciągnąć z niej kostkę, o dziwo wydobyłem małą białą karteczkę w kratkę - taką z zeszytu. Była idealnie równo przycięta i spoczywały na niej równe znaki. Dokładnie dziewięć cyfr. Zmarszczyłem brwi. Nie brałem od nikogo żadnej kartki. Położyłem ją gdzieś obok i zacząłem stroić gitarę. Nie mogłem się skupić i dostroić A. Ciągle była jak nie za nisko,to za wysoko... a może wciąż za nisko? Zdenerwowałem się i odłożyłem Ibaneza na łóżko. Sięgnąłem po karteczkę z numerem. Wtedy coś mi zaświtało w głowie. Przecież mógł ją włożyć Sakamoto... Właściwie to mógł być tylko on. Zawsze mogłem wykorzystać swoją innowacyjną Motorolę StarTAC, posiadającą klapkę, czarno-biały wyświetlacz i opcję wibracji przy okazji każdego połączenia. Chwyciłem moje małe osiemdziesiąt osiem gram szczęścia i wystukałem numer, który widniał na kartce. Przyłożyłem słuchawkę do ucha i czekałem przez chwilę, po czym... usłyszałem komunikat o braku środków na koncie. Przygryzłem wargę i wydostałem oszczędności na komplet strun, po czym wyszedłem z domu, mijając mamę, siedzącą wciąż w tej samej pozycji, przy tym samym kuchennym stole. Pewnie nawet nie zauważyła, jak opuściłem próg domu.
Pędem puściłem się w stronę pobliskiego sklepu, w którym (o dziwo) można było dokupić doładowanie do telefonu. Kupiłem (dziewczyna w sklepie jak zwykle lustrowała mnie wzrokiem), wybiegłem i ruszyłem do domu. Zmachałem się tym szaleńczym tempem tak, że przed domem musiałem przystanąć i uspokoić oddech. Wdech - wydech. Wdech - wydech. Wszedłem.
- Shinji? - usłyszałem głos mamy.
- Tak? - zacisnąłem doładowanie w ręce i schowałem je do kieszeni, idąc w stronę kuchni.
- Opuściłeś dziś zajęcia klubu?
- Przecież kazałaś mi przyjść - zmarszczyłem brwi.
- Faktycznie - westchnęła.
Wróciłem do siebie. Z mamą nie było najlepiej, ale wiedziałem, że niczego nie zrobię. Intrygował mnie numer, zapisany równymi znakami na karteczce. Czy chłopak potrafił tak równo pisać? Przyłożyłem słuchawkę do ucha. Niedługo później znów nastąpiła chwila, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo go nie cierpię.