środa, 18 września 2013

[One Shot] Słodka przeszłość (ReitaxUruha)

Data napisania: 04.06.2010r.
Tytuł: Słodka przeszłość
Pairing: ReitaxUruha
Gatunek: Flashback i Fluff
Rating: chyba G
Ostrzeżenia: ?
Notka od autora: Coś bardzo starego (co widać po dacie), znowu Gazettowy paring i chyba nawet mój pierwszy fick o tej parze. Zapraszam ^^

Najpierw był piękny początek. Działo się to jeszcze w liceum, a ja pamiętam tak, jakby zdarzyło się wczoraj.
Poznaliśmy się zwyczajnie, wiele osób nawiązuje w ten sposób znajomości. Po prostu mieliśmy przerwę między lekcjami, a żadnego z naszych znajomych nie było tego dnia w szkole z powodu epidemii grypy. Siedziałeś na parapecie, a ja podszedłem do ciebie i zacząłem rozmowę. Bardzo szybko się rozwinęła i okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Chodziliśmy i rozmawialiśmy razem przez cały dzień. Następnego dnia było podobnie, ale tym razem to ty podszedłeś do mnie i zagadałeś. Do dzisiaj uśmiecham się, wspominając, gdy tak się zagadaliśmy, że zapomnieliśmy o bożym świecie i zostaliśmy sami na korytarzu. W połowie lekcji zauważył nas dyrektor. Ale miałem wtedy szlaban.
Wciąż zbliżaliśmy się do siebie, z każdym dniem. Nawet po powrocie naszych przyjaciół, nie szczędziliśmy czasu na rozmowy i wygłupy. Oczywiście zdarzały się kłótnie i nieporozumienia. Jedno takie trwało nawet dwa tygodnie. Do dzisiaj wydaje mi się, że to ja je spowodowałem i zawsze, gdy o tym myślę, czuję drobne ukłucie w sercu. Widząc tylko czubek własnego nosa nie potrafiłem zauważyć, gdy twoje poczucie własnej wartości spadło niemalże do zera. Zobaczyłem to niestety za późno, bo zacząłem dociekać dopiero w chwili, gdy dojrzałem kreskę na twoim nadgarstku. Dzisiaj już nie ma po niej śladu, bo rana nie została. Wyleczyliśmy ją razem i nie musiała się nawet zabliźniać. Po prostu zniknęła. Wtedy przyrzekłem, że już nigdy cię nie zostawię.
Z czasem zacząłem lubić cię coraz bardziej, a w drugiej klasie poczułem tę „iskierkę”. Zacząłem za tobą szaleć. Byliśmy wtedy najlepszymi przyjaciółmi. Stało się to zwyczajnie, jakby automatycznie. Nagle dostrzegłem, że potrafisz rozchmurzyć każdy mój zły dzień, przegonić każdą burzę w moim życiu. Przebywanie z tobą przestało być dla mnie samą radością, doszła do niej fascynacja twoją osobą i chęć spędzania z tobą każdej chwili, mimo, że byliśmy wtedy niemal nierozłączni.
Minęło wiele dni, które spędziliśmy razem, ale najwyraźniej pamiętam ten jeden niezwykły…
Była dyskoteka szkolna dla całego liceum. Na początku krępowaliśmy się cokolwiek robić, ale po paru piosenkach zaczęliśmy tańczyć i się wygłupiać. Wyginaliśmy się w rytm muzyki, śmiejąc się z siebie nawzajem. Raz nawet wpadłem na ciebie. Byłeś tak zdezorientowany, że runąłeś na ziemię, a ja za tobą. Na początku cały poczerwieniałeś, tym bardziej, że widziała to dziewczyna, która ci się podobała. Nie była brzydka, ani głupia, ale ja nigdy nie potrafiłem jej polubić. Ona mnie też. Ale mimo to zwierzałeś mi się, a ja – jak przystało na dobrego przyjaciela – doradzałem ci i pomagałem zdobyć jej serce. W trakcie dyskoteki spojrzała na mnie zawistnie, gdy leżałem na roześmianym Shimie, czyli tobie. Lubiłem cię wtedy tak nazywać. Mimo wszystko postarałem się dość szybko pozbierać i pomóc wstać też tobie. Dalej wszystko odbyło się bez rewelacji – dziewczyna unikała cię i udawała obrażoną, przez co byłeś trochę smutny, ale ja potrafiłem cię pocieszyć. Coś zdarzyło się dopiero po całej imprezie. Byliśmy spoceni, ale zadowoleni, bo wyszaleliśmy się do woli. Właśnie ścierałem z czoła pot, a do łazienki wszedłeś ty. Powiedziałeś tylko, że dziewczyna dowiedziała się o twoich uczuciach i oznajmiła, iż cię nienawidzi i nigdy nie będzie w stanie pokochać. W myślach nadałem jej niecenzuralną nazwę i zacząłem cię pocieszać. Usiadłeś w kącie na ziemi, a ja obok ciebie. Nie chciałeś płakać, to łzy same popłynęły z twoich oczu, a ja…to było instynktowne…przytuliłem cię i mówiłem, że nie jest ciebie warta. Ani ciebie, ani twoich łez. Spojrzałeś na mnie i…nigdy nie zapomnę tego wzroku, twoich oczu, ust, całej twarzy wtedy i słów:
- Akira...wiesz…jest jedna sprawa… - nie mówiłem nic, czekając, aż rozbudujesz zdanie – …ja…kocham cię…
Byłem zaskoczony i w pierwszej chwili nie potrafiłem nic zrobić, ani powiedzieć. W mojej głowie plątało się mnóstwo myśli. Nigdy nie zapomnę tego uczucia. Było jak mieszanka wszystkiego – podniecenia, radości, strachu, niepokoju - która zaraz miała wybuchnąć, a ja obudzić się i z żalem stwierdzić, że to sen. Ale nie, to wszystko było prawdziwe. Wtedy powiedziałem, że odwzajemniam twoje uczucie i zasmakowałem twoich ust. Powiedziałbym, że były słodkie, choć tak naprawdę nie dało się określić ich smaku. Z każdą chwilą narastała w nas namiętność i podniecenie. Łzy zdążyły szybko wyschnąć z twoich policzków. Osuszyłem je ja swoimi ustami. Nie doszło między nami do niczego więcej. Z jednej strony żałowałem, ale z drugiej nie chciałem tłumić rozsądku namiętnością. To było piękne i nie zapomnę tej chwili do końca mojego życia. Mimo, że była tak ulotna.
Potem trochę krępowaliśmy się przed okazywaniem swoich uczuć w szkole. Inaczej było, gdy zostawaliśmy sami – wtedy pochłaniały nas uczucia, jakie do siebie żywiliśmy pomieszane z namiętnością. Bolało mnie, gdy dzień po dyskotece, próbowałem objąć cię w pasie. Chciałem poczuć twój zapach, ale ty odepchnąłeś mnie. Usłyszałem śmiechy i wiedziałem, że twoje policzki pokrywa rumieniec wstydu. Miałem ochotę wtedy skulić się jak dziecko i zacząć płakać, ale ukryłem się pod maską twardziela bez uczuć, bo tak było łatwiej. Do końca dnia unikaliśmy siebie nawzajem. Ja miałem cię dość, byłem wściekły i zdruzgotany, a tobie było wstyd i bałeś się do mnie podejść. Pamiętam, że gdy wróciłem tego dnia do domu, zamknąłem się w łazience i zacząłem płakać. Wtedy pochlipywania zza drzwi usłyszała siostra i zaczęła ze mną rozmawiać. Była starsza i zawsze pomagała mi w najcięższych chwilach. Po półgodzinnym namawianiu, wreszcie otworzyłem drzwi, a ona przytuliła mnie i zaprowadziła do swojego pokoju. Nagle zburzył się mur wokół mojego serca i zacząłem opowiadać bez opamiętania o wszystkim, co mnie dręczyło. Trwało to godzinę. Siostra łatwo zaakceptowała moje preferencje seksualne i doradziła mi, bym się nie zniechęcał, tylko z tobą porozmawiał, bo pewnie cię to wszystko po prostu przeraziło. W takich chwilach cieszyłem się, że mam taką wyrozumiałą siostrę.
Następnego dnia problem sam się rozwiązał. W chwili, gdy pojawiłem się w drzwiach szkoły, ty już na mnie skoczyłeś, przytulając się i wciąż powtarzając słowo „przepraszam”. Wybaczyłem ci i wtedy drugi raz zasmakowałem twoich ust. Wydawały się być spragnione mojego pocałunku. Potem nie było łatwo, tym bardziej, że nie wszyscy akceptowali nasz związek, ale wystarczyło, że my go zaakceptowaliśmy i mogliśmy już razem dążyć do szczęścia.
Trwało to rok. W trzeciej klasie przeżyliśmy swój pierwszy raz. Nie da się tego opisać, choć do dziś pamiętam ten ból i nasze mocno zaciśnięte dłonie. Byliśmy wtedy razem i czuliśmy to razem, tak, jak zawsze. Pamiętam nasze przyspieszone oddechy, mieszające się ze sobą, nasze ciała, które splecione razem mogły tworzyć jeden organizm i ból, przerażający ból, który czuliśmy obydwoje, tłumiony przyjemnością, którą czerpaliśmy zarówno ze stosunku, jak i ciepła swoich ciał.
Założyliśmy pierwszy zespół. Był on kompletnym niewypałem. Dopiero z drugiego „coś” wyszło. I wtedy, kiedy „coś” wyszło, nasze uczucie zaczęło blaknąć, zanikać. A przynajmniej tak nam się wydawało. Teraz myślę, że po prostu potrafiliśmy pokochać mocniej kogoś innego, niż siebie nawzajem. Czasami wracam myślami tam, w odległą przeszłość i myślę o niej z małym żalem i utęsknieniem, ale wiem, że nikt inny nie potrafiłby zastąpić Rukiego. On jest jedyny, niezastąpiony i właśnie przysypia na kanapie w moim salonie. Wygląda bardzo słodko. Ty też znalazłeś sobie kogoś. Podchody z Yuu nareszcie się skończyły i jesteście razem. A ty i ja od czasu rozpadu „nas” znowu zostaliśmy przyjaciółmi i jesteśmy nimi do teraz. Piękny początek i nie gorszy koniec.

czwartek, 22 sierpnia 2013

[One Shot] Pod tym ogromnym drzewem wiśni… (ReitaxRuki)

Tytuł:„Pod tym ogromnym drzewem wiśni...”
Pairing: Reituki
Gatunek: Angst, Songfic (Machibouke no kouende - the GazettE)
Rating: G?
Ostrzeżenia: nie będę tu pisała, bo nie chcę psuć frajdy czytania ^^
Od autora: Twór jest stary. Pochodzi chyba sprzed dwóch lat, wylądował już w kilku miejscach.

Tak, robię opis z ostrzeżeniami itd, postaram się uzupełnić też w pozostałych fickach ^^'.

***
Akira oparł głowę o tylną część ławki, przymykając oczy. Westchnął głęboko. Jego przyjaciel znów się spóźniał. Nagle przed jego oczami znów pojawiały się wyrywki wspomnień, tych najboleśniejszych. Akira wrzasnął, spuszczając głowę w dół i chwytając ją dłońmi. Cały drżał, gdy nagle poczuł czyjąś dłoń na swoich plecach i momentalnie zwolnił uścisk swoich dłoni na głowie. Ktoś najpierw powoli przejechał palcami wzdłuż jego kręgosłupa, a potem subtelnie położył dłoń na jego plecach. Akira spojrzał na Takanoriego załzawionymi oczami.
- Taka-chan… - szepnął drżącym głosem.
Matsumoto uśmiechnął się do niego ciepło i przytulił do swojego brzucha, który Suzuki objął i zaczął cicho łkać. Nagle na jego włosy opadł płatek kwiatu z drzewa wiśni. Takanori uśmiechnął się i delikatnie strzepnął go, muskając dłonią jego włosy. Były miękkie i bardzo przyjemne w dotyku, więc położył na nich dłoń i zaczął głaskać. Płacz Suzukiego ustał i ciemnooki spojrzał ze zdziwieniem na ciemnowłosego przyjaciela.  Takanori uśmiechnął się do niego szeroko i musnął palcem czubek jego nosa. Słońce zaczęło świecić, a lekko drżące kąciki ust Akiry podniosły się odrobinę w górę. Nieznacznie, ale się podniosły, co bardzo ucieszyło Takanoriego. Ciemnowłosy przykucnął i z dołu wpatrywał się w świecące od łez oczy Akiry.
- Masz piękne oczy – powiedział, uśmiechając się.
- Nie mam… - burknął pod nosem, chowając twarz między nogi.
- Ue-chaaan! – powiedział, próbując podnieść jego głowę do góry. – To, że ta… - w jego głowie krążyło wiele niecenzuralnych słów, które wręcz idealnie opisywały osobę, o której mówił, ale wiedział, że nie może ich użyć. A miał na myśli dziewczynę Akiry, która bawiła się nim i wykorzystywała jego uczucie. Teraz kolejny raz z nim zerwała, łamiąc mu serce. – … ta… ta… no dobra, powiem wprost. – Akira podniósł głowę do góry, patrząc na przyjaciela. – Nigdy jej nie lubiłem, zawsze zachowywała się jak ostatnia ekhem i przeszkadzała mi w… - urwał, uświadamiając sobie, że powiedział trochę za dużo.
- W czym? – nagle zaciekawił się Suzuki.
- W… w… - Takanori próbował jakoś się wykręcić, ale stres sprawił, że nie mógł nic wymyślić. Jego broda drżała. Nagle poczuł, że coś utknęło w jego gardle i nie mógł nic powiedzieć. Akira wpatrywał się w niego z zaciekawieniem.
- N-no bo… - Matsumoto wreszcie się przełamał i postanowił coś powiedzieć. – J-j-ja w pewnym sensie z-z nią r-rywalizo-wałem – wydukał, a na jego twarz wpłynął rumieniec. Akira westchnął, znowu pochmurniejąc i oparł brodę o kolana. Matsumoto dotknął wierzchem dłoni jego policzka i delikatnie go pogładził, patrząc w jego smutne oczy.
- Akira… - zaczął niepewnie. – Czy jest ci przez to smutno?
- Przez co? – spytał zaskoczony, lekko marszcząc czoło, które Takanori od razu wygładził swoim kciukiem.
- Przez to, że nie powiedziałem do końca… no wiesz… b-bo… ja… ja cię kocham… - ostatnie słowa mówił tak cicho, że tylko siedzący naprzeciw niego Akira mógł go usłyszeć. Suzuki pomyślał, że jego życie jest zmienne jak kobieta w ciąży i lekko się uśmiechnął. Takanori wyglądał, jakby zaraz miał uciec, albo raczej był gotowy do ucieczki w każdej chwili. Akira podniósł głowę i przybliżył ją do twarzy Matsumoto. Potem dotknął jego ust swoimi wargami. Wydawać by się mogło, że Takanori zaraz zacznie skakać i tańczyć z radości. Jego oczy błyszczały szczęściem.


„W tamtym parku, kiedy byłem w depresji, świeciło słońce, krzycząc twoim głosem moje imię.
Kocham cię - te jedyne słowa…”



Kolejna kłótnia. Takanori był zły i chodził piaskową drogą, ciągle kopiąc pierwszy lepszy kamień lub kasztan. Wzrok miał wbity w ziemię.
- Nie! Ja go nie przeproszę, niech sam przyjdzie! – myślał. Nagle na ziemi przed sobą zobaczył czyjeś buty i natychmiast podniósł wzrok na siedzącego na ławce i płaczącego Akirę. Siedział pod tym samym drzewem wiśni. Nagle Matsumoto poczuł, że Suzuki zaciska dłoń na jego koszulce, przyciąga go do siebie i przytula, mocząc mu koszulkę. W chwili takiej jak ta Matsumoto nie potrafił długo się gniewać. Łzy moczyły jego brzuch, lecz on nie umiał się tym przejmować, patrząc, jak Akira płacze. Objął jego głowę rękami, przyciskając ją do swojego brzucha i szeptał, że nic się nie stało i nie ma mu niczego za złe. Po chwili było słychać tylko ciche łkanie. Suzuki nie płakał przez kłótnię, a mimo to bliskość Takanoriego, dodawała mu otuchy. Jasnowłosy czuł, że wydarzy się coś tragicznego i bał się. Pulsował w nim jakiś wewnętrzny niepokój. Matsumoto zwolnił uścisk i zaczął głaskać włosy Akiry, delikatnie masując jego głowę. Płacz ustał, a ledwo wyczuwalny wiatr poniósł ze sobą jedno słowo, wyszeptane przez Takanoriego:
- Przepraszam…



„Zawsze, zawsze płakałeś pod ogromnym drzewem wiśni.”



- Takanori! TAKANORI!!! – wrzeszczał Akira przez łzy, łykając je co chwilę. – Taka-chan – opadł bezsilnie na kolana, trzymając w uścisku jego bezwładną dłoń. Gdy poczuł na swojej słaby uścisk, zerwał się i zobaczył uśmiechniętego Takanoriego.
- Głupku! Dlaczego się śmiejesz?! – krzyczał zdesperowany Suzuki, wciąż połykając łzy. – Przecież t-ty…u-mie-rasz… - jego ciało drżało, a w oczach skłębiły się łzy, by zaraz polecieć w dół, ku brodzie i opaść na brzuch Matsumoto.
- Tak, ale… - ciemnowłosy mówił zachrypniętym głosem człowieka zmęczonego życiem. - … jesteś przy mnie, to mi wystarcza… I pamiętaj, że ja też zawsze będę przy tobie… kiedyś wrócę i już zawsze będziemy szczęśliwi… - jego głowa opadła bezwładnie na szpitalną poduszkę, a oczy zamknęły się bezwładnie, jak u lalki.
- Takanori! TAKANORI!!!



„Wiatr pod koniec września jest pełen bólu.”



Akira usłyszał, jak kropelki deszczu uderzają w szyby. Odetchnął głęboko, jakby z nutką smutku, wziął coś pod pachę i wyszedł na dwór. Znów poszedł pod to samo drzewo wiśni i usiadł na niszczejącej już ławeczce… tej pamiętnej ławce. Drzewo było na tyle bujne, że przez gałęzie przeciekały tylko nieliczne krople deszczu. Akira otworzył czarny album i mówił wskazując na każde ze zdjęć. Przy jednym z nich powiedział:
- Taka-chan, a pamiętasz chwilę, w której wyznałeś mi miłość? – W kącikach jego oczu zaczęły pojawiać się łzy. – To były ciężkie i bardzo pochmurne dni w moim życiu… ale ty sprawiłeś, że na miejsce chmur weszło słońce. Ty jesteś moim słońcem! – uśmiechnął się, patrząc w niebo i po chwili znów wracając do zdjęcia. Posmutniał. – I wtedy… nie chodziło o dziewczynę… wreszcie mogę Ci powiedzieć, że to nie było to… Tu… chodziło o to… że… o-ojciec… mnie bił… - ostatnie słowa powiedział niemal bezgłośnie, jakby chciał, żeby usłyszało go tylko to ogromne drzewo. Znowu zachciało mu się płakać. – Kocham cię – powiedział na koniec, tłumiąc łzy. Zamknął album.
Po godzinie płaczu, leżał na ławce, obejmując album i śpiąc, lecz jego oczy wciąż były wilgotne od łez.



„W kółko mamrotałeś do tego albumu mnóstwo wspomnień.
Przyszedłem, by oglądać, jak śpisz, zmęczony płaczem,
Pod tym ogromnym drzewem wiśni, pełnym wspomnień.
Patrzę na ciebie, jak czekasz, aż wrócę.”



Kolejny samotny dzień… Akira znów siedział na spróchniałej ławce w cieniu bezkwietnego drzewa wiśni. Przyglądał się temu miejscu zaledwie chwilę i doszedł do wniosku, że w ogóle się ono nie zmieniło… ani trochę od czasu tych pamiętnych dni. Znów zamknął się we wspomnieniach, tłumiąc czas. Deszcz ustał.
- Takanori… - powiedział cicho. Był dorosły, jego głos niższy i zmysłowy, a mimo tego… mimo dorosłości, pracy, przyszłości nie potrafił zapomnieć o przeszłości…o  Matsumoto. Westchnął cicho. – Przepraszam cię, Takanori, ale ja nie potrafię… - dokończył w myślach, zamykając oczy. Po chwili otworzył je, wszedł na ławkę z liną w ręce i przywiązał ją do jednej z większych gałęzi. Potem wsunął okrąg z liny przez głowę i zeskoczył z ławki, myśląc „żegnaj świecie, witaj Takanori”. Przez chwilę jego ciało było sztywne i szamotał się, lecz potem ustąpił, jakby się poddał. Jego ciało wisiało bezwładnie i wtedy gałąź złamała się, a bezwładne ciało spadło na ziemię. Z nieba, krzyczącego głosem Takanoriego lunął rzęsisty deszcz. Dwie sekundy… za późno.

niedziela, 4 sierpnia 2013

[One Shot] Grób naszej miłości (OMCxOMC)

Tytuł: Grób naszej miłości
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora:
Brak paringu, można sobie dopowiedzieć kogokolwiek.

Leżę w naszym wspólnym łóżku, choć przynajmniej ze względów gabarytowych prędzej nazwałbym je łożem. W tym samym miejscu, gdzie jeszcze noc temu kochaliśmy się namiętnie, wkładając w do całych siebie. Ja odbierałem porcję twoich uczuć, a ty moich. Zsynchronizowaliśmy się. Przez jeden moment byliśmy idealnie dopełnieni jako dwie połówki, które się odnalazły. Było pięknie.
Uśmiecham się do siebie. Dość niezauważalnie, tak tylko pod nosem. Jedna z moich dłoni spoczywa na rozgrzanym jeszcze prześcieradle obok. Jedyna oznaka po twojej obecności. Nie byłeś tu oczywiście pierwszy raz. Nie przynosiłeś jednak swoich kapci, ubrań, nie zostawiłeś ani jednej swojej rzeczy. Nawet włosów pod prysznicem nie zostawiłeś. Jedyny ślad twojej obecności pozostawał w moich słodkich wspomnieniach oraz tej cudownie rozgrzanej pościeli. Jeszcze przez chwilę poczułem woń twoich perfum. Wiedziałem, że zaraz zniknie. Rozpłynie się, jak ty.
- Zostań ze mną na zawsze. Ukryjmy się tu przed światem, bądźmy razem. Upoimy się samymi sobą i nie będziemy już potrzebowali nikogo ani niczego. Proszę, zostań…
- Nie mogę.
Pragnąłem tego z całego serca za każdym razem. Żeby został. Żeby jeszcze choć przez chwilę. Nie chciałem wypuszczać go z ramion, a on ciągle wychodził. Jego beznamiętne słowa doprowadzały mnie do skraju rozpaczy, załagodzić ten stan mógł jedynie wieczór, przepełniony wonią rozkoszy.
Nie mógł odejść. Tym razem to za bardzo bolało. Kolejny raz chciał mnie zostawić. To było takie frustrujące. Oddalał się ode mnie…a ja nie chciałem, żeby to robił. Dla naszego dobra musiałem coś z tym zrobić… Przygarnąłem go. Początkowo się miotał, ale przemówiłem mu do rozsądku. Posłuchał. Zawsze wzruszał mnie fakt, że…słuchał. Wreszcie mogliśmy być szczęśliwi.
Leżę na naszym wspólnym łożu. Wygląda zupełnie jak małżeńskie. Jest ogromne i tylko nasze. Rozgrzana pościel tuż obok mnie – dowód twojej obecności – tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że wrócisz. Tylko…dlaczego się wyrwałeś? Nie chciałeś moich ramion? Dlaczego wziąłeś tę cholerną lampę i rozbiłeś ją na mojej głowie, brocząc nasze łoże krwią naszej miłości?!

Leżę na naszym łożu, tonąc w krwi naszej miłości…