czwartek, 22 sierpnia 2013

[One Shot] Pod tym ogromnym drzewem wiśni… (ReitaxRuki)

Tytuł:„Pod tym ogromnym drzewem wiśni...”
Pairing: Reituki
Gatunek: Angst, Songfic (Machibouke no kouende - the GazettE)
Rating: G?
Ostrzeżenia: nie będę tu pisała, bo nie chcę psuć frajdy czytania ^^
Od autora: Twór jest stary. Pochodzi chyba sprzed dwóch lat, wylądował już w kilku miejscach.

Tak, robię opis z ostrzeżeniami itd, postaram się uzupełnić też w pozostałych fickach ^^'.

***
Akira oparł głowę o tylną część ławki, przymykając oczy. Westchnął głęboko. Jego przyjaciel znów się spóźniał. Nagle przed jego oczami znów pojawiały się wyrywki wspomnień, tych najboleśniejszych. Akira wrzasnął, spuszczając głowę w dół i chwytając ją dłońmi. Cały drżał, gdy nagle poczuł czyjąś dłoń na swoich plecach i momentalnie zwolnił uścisk swoich dłoni na głowie. Ktoś najpierw powoli przejechał palcami wzdłuż jego kręgosłupa, a potem subtelnie położył dłoń na jego plecach. Akira spojrzał na Takanoriego załzawionymi oczami.
- Taka-chan… - szepnął drżącym głosem.
Matsumoto uśmiechnął się do niego ciepło i przytulił do swojego brzucha, który Suzuki objął i zaczął cicho łkać. Nagle na jego włosy opadł płatek kwiatu z drzewa wiśni. Takanori uśmiechnął się i delikatnie strzepnął go, muskając dłonią jego włosy. Były miękkie i bardzo przyjemne w dotyku, więc położył na nich dłoń i zaczął głaskać. Płacz Suzukiego ustał i ciemnooki spojrzał ze zdziwieniem na ciemnowłosego przyjaciela.  Takanori uśmiechnął się do niego szeroko i musnął palcem czubek jego nosa. Słońce zaczęło świecić, a lekko drżące kąciki ust Akiry podniosły się odrobinę w górę. Nieznacznie, ale się podniosły, co bardzo ucieszyło Takanoriego. Ciemnowłosy przykucnął i z dołu wpatrywał się w świecące od łez oczy Akiry.
- Masz piękne oczy – powiedział, uśmiechając się.
- Nie mam… - burknął pod nosem, chowając twarz między nogi.
- Ue-chaaan! – powiedział, próbując podnieść jego głowę do góry. – To, że ta… - w jego głowie krążyło wiele niecenzuralnych słów, które wręcz idealnie opisywały osobę, o której mówił, ale wiedział, że nie może ich użyć. A miał na myśli dziewczynę Akiry, która bawiła się nim i wykorzystywała jego uczucie. Teraz kolejny raz z nim zerwała, łamiąc mu serce. – … ta… ta… no dobra, powiem wprost. – Akira podniósł głowę do góry, patrząc na przyjaciela. – Nigdy jej nie lubiłem, zawsze zachowywała się jak ostatnia ekhem i przeszkadzała mi w… - urwał, uświadamiając sobie, że powiedział trochę za dużo.
- W czym? – nagle zaciekawił się Suzuki.
- W… w… - Takanori próbował jakoś się wykręcić, ale stres sprawił, że nie mógł nic wymyślić. Jego broda drżała. Nagle poczuł, że coś utknęło w jego gardle i nie mógł nic powiedzieć. Akira wpatrywał się w niego z zaciekawieniem.
- N-no bo… - Matsumoto wreszcie się przełamał i postanowił coś powiedzieć. – J-j-ja w pewnym sensie z-z nią r-rywalizo-wałem – wydukał, a na jego twarz wpłynął rumieniec. Akira westchnął, znowu pochmurniejąc i oparł brodę o kolana. Matsumoto dotknął wierzchem dłoni jego policzka i delikatnie go pogładził, patrząc w jego smutne oczy.
- Akira… - zaczął niepewnie. – Czy jest ci przez to smutno?
- Przez co? – spytał zaskoczony, lekko marszcząc czoło, które Takanori od razu wygładził swoim kciukiem.
- Przez to, że nie powiedziałem do końca… no wiesz… b-bo… ja… ja cię kocham… - ostatnie słowa mówił tak cicho, że tylko siedzący naprzeciw niego Akira mógł go usłyszeć. Suzuki pomyślał, że jego życie jest zmienne jak kobieta w ciąży i lekko się uśmiechnął. Takanori wyglądał, jakby zaraz miał uciec, albo raczej był gotowy do ucieczki w każdej chwili. Akira podniósł głowę i przybliżył ją do twarzy Matsumoto. Potem dotknął jego ust swoimi wargami. Wydawać by się mogło, że Takanori zaraz zacznie skakać i tańczyć z radości. Jego oczy błyszczały szczęściem.


„W tamtym parku, kiedy byłem w depresji, świeciło słońce, krzycząc twoim głosem moje imię.
Kocham cię - te jedyne słowa…”



Kolejna kłótnia. Takanori był zły i chodził piaskową drogą, ciągle kopiąc pierwszy lepszy kamień lub kasztan. Wzrok miał wbity w ziemię.
- Nie! Ja go nie przeproszę, niech sam przyjdzie! – myślał. Nagle na ziemi przed sobą zobaczył czyjeś buty i natychmiast podniósł wzrok na siedzącego na ławce i płaczącego Akirę. Siedział pod tym samym drzewem wiśni. Nagle Matsumoto poczuł, że Suzuki zaciska dłoń na jego koszulce, przyciąga go do siebie i przytula, mocząc mu koszulkę. W chwili takiej jak ta Matsumoto nie potrafił długo się gniewać. Łzy moczyły jego brzuch, lecz on nie umiał się tym przejmować, patrząc, jak Akira płacze. Objął jego głowę rękami, przyciskając ją do swojego brzucha i szeptał, że nic się nie stało i nie ma mu niczego za złe. Po chwili było słychać tylko ciche łkanie. Suzuki nie płakał przez kłótnię, a mimo to bliskość Takanoriego, dodawała mu otuchy. Jasnowłosy czuł, że wydarzy się coś tragicznego i bał się. Pulsował w nim jakiś wewnętrzny niepokój. Matsumoto zwolnił uścisk i zaczął głaskać włosy Akiry, delikatnie masując jego głowę. Płacz ustał, a ledwo wyczuwalny wiatr poniósł ze sobą jedno słowo, wyszeptane przez Takanoriego:
- Przepraszam…



„Zawsze, zawsze płakałeś pod ogromnym drzewem wiśni.”



- Takanori! TAKANORI!!! – wrzeszczał Akira przez łzy, łykając je co chwilę. – Taka-chan – opadł bezsilnie na kolana, trzymając w uścisku jego bezwładną dłoń. Gdy poczuł na swojej słaby uścisk, zerwał się i zobaczył uśmiechniętego Takanoriego.
- Głupku! Dlaczego się śmiejesz?! – krzyczał zdesperowany Suzuki, wciąż połykając łzy. – Przecież t-ty…u-mie-rasz… - jego ciało drżało, a w oczach skłębiły się łzy, by zaraz polecieć w dół, ku brodzie i opaść na brzuch Matsumoto.
- Tak, ale… - ciemnowłosy mówił zachrypniętym głosem człowieka zmęczonego życiem. - … jesteś przy mnie, to mi wystarcza… I pamiętaj, że ja też zawsze będę przy tobie… kiedyś wrócę i już zawsze będziemy szczęśliwi… - jego głowa opadła bezwładnie na szpitalną poduszkę, a oczy zamknęły się bezwładnie, jak u lalki.
- Takanori! TAKANORI!!!



„Wiatr pod koniec września jest pełen bólu.”



Akira usłyszał, jak kropelki deszczu uderzają w szyby. Odetchnął głęboko, jakby z nutką smutku, wziął coś pod pachę i wyszedł na dwór. Znów poszedł pod to samo drzewo wiśni i usiadł na niszczejącej już ławeczce… tej pamiętnej ławce. Drzewo było na tyle bujne, że przez gałęzie przeciekały tylko nieliczne krople deszczu. Akira otworzył czarny album i mówił wskazując na każde ze zdjęć. Przy jednym z nich powiedział:
- Taka-chan, a pamiętasz chwilę, w której wyznałeś mi miłość? – W kącikach jego oczu zaczęły pojawiać się łzy. – To były ciężkie i bardzo pochmurne dni w moim życiu… ale ty sprawiłeś, że na miejsce chmur weszło słońce. Ty jesteś moim słońcem! – uśmiechnął się, patrząc w niebo i po chwili znów wracając do zdjęcia. Posmutniał. – I wtedy… nie chodziło o dziewczynę… wreszcie mogę Ci powiedzieć, że to nie było to… Tu… chodziło o to… że… o-ojciec… mnie bił… - ostatnie słowa powiedział niemal bezgłośnie, jakby chciał, żeby usłyszało go tylko to ogromne drzewo. Znowu zachciało mu się płakać. – Kocham cię – powiedział na koniec, tłumiąc łzy. Zamknął album.
Po godzinie płaczu, leżał na ławce, obejmując album i śpiąc, lecz jego oczy wciąż były wilgotne od łez.



„W kółko mamrotałeś do tego albumu mnóstwo wspomnień.
Przyszedłem, by oglądać, jak śpisz, zmęczony płaczem,
Pod tym ogromnym drzewem wiśni, pełnym wspomnień.
Patrzę na ciebie, jak czekasz, aż wrócę.”



Kolejny samotny dzień… Akira znów siedział na spróchniałej ławce w cieniu bezkwietnego drzewa wiśni. Przyglądał się temu miejscu zaledwie chwilę i doszedł do wniosku, że w ogóle się ono nie zmieniło… ani trochę od czasu tych pamiętnych dni. Znów zamknął się we wspomnieniach, tłumiąc czas. Deszcz ustał.
- Takanori… - powiedział cicho. Był dorosły, jego głos niższy i zmysłowy, a mimo tego… mimo dorosłości, pracy, przyszłości nie potrafił zapomnieć o przeszłości…o  Matsumoto. Westchnął cicho. – Przepraszam cię, Takanori, ale ja nie potrafię… - dokończył w myślach, zamykając oczy. Po chwili otworzył je, wszedł na ławkę z liną w ręce i przywiązał ją do jednej z większych gałęzi. Potem wsunął okrąg z liny przez głowę i zeskoczył z ławki, myśląc „żegnaj świecie, witaj Takanori”. Przez chwilę jego ciało było sztywne i szamotał się, lecz potem ustąpił, jakby się poddał. Jego ciało wisiało bezwładnie i wtedy gałąź złamała się, a bezwładne ciało spadło na ziemię. Z nieba, krzyczącego głosem Takanoriego lunął rzęsisty deszcz. Dwie sekundy… za późno.

niedziela, 4 sierpnia 2013

[One Shot] Grób naszej miłości (OMCxOMC)

Tytuł: Grób naszej miłości
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora:
Brak paringu, można sobie dopowiedzieć kogokolwiek.

Leżę w naszym wspólnym łóżku, choć przynajmniej ze względów gabarytowych prędzej nazwałbym je łożem. W tym samym miejscu, gdzie jeszcze noc temu kochaliśmy się namiętnie, wkładając w do całych siebie. Ja odbierałem porcję twoich uczuć, a ty moich. Zsynchronizowaliśmy się. Przez jeden moment byliśmy idealnie dopełnieni jako dwie połówki, które się odnalazły. Było pięknie.
Uśmiecham się do siebie. Dość niezauważalnie, tak tylko pod nosem. Jedna z moich dłoni spoczywa na rozgrzanym jeszcze prześcieradle obok. Jedyna oznaka po twojej obecności. Nie byłeś tu oczywiście pierwszy raz. Nie przynosiłeś jednak swoich kapci, ubrań, nie zostawiłeś ani jednej swojej rzeczy. Nawet włosów pod prysznicem nie zostawiłeś. Jedyny ślad twojej obecności pozostawał w moich słodkich wspomnieniach oraz tej cudownie rozgrzanej pościeli. Jeszcze przez chwilę poczułem woń twoich perfum. Wiedziałem, że zaraz zniknie. Rozpłynie się, jak ty.
- Zostań ze mną na zawsze. Ukryjmy się tu przed światem, bądźmy razem. Upoimy się samymi sobą i nie będziemy już potrzebowali nikogo ani niczego. Proszę, zostań…
- Nie mogę.
Pragnąłem tego z całego serca za każdym razem. Żeby został. Żeby jeszcze choć przez chwilę. Nie chciałem wypuszczać go z ramion, a on ciągle wychodził. Jego beznamiętne słowa doprowadzały mnie do skraju rozpaczy, załagodzić ten stan mógł jedynie wieczór, przepełniony wonią rozkoszy.
Nie mógł odejść. Tym razem to za bardzo bolało. Kolejny raz chciał mnie zostawić. To było takie frustrujące. Oddalał się ode mnie…a ja nie chciałem, żeby to robił. Dla naszego dobra musiałem coś z tym zrobić… Przygarnąłem go. Początkowo się miotał, ale przemówiłem mu do rozsądku. Posłuchał. Zawsze wzruszał mnie fakt, że…słuchał. Wreszcie mogliśmy być szczęśliwi.
Leżę na naszym wspólnym łożu. Wygląda zupełnie jak małżeńskie. Jest ogromne i tylko nasze. Rozgrzana pościel tuż obok mnie – dowód twojej obecności – tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że wrócisz. Tylko…dlaczego się wyrwałeś? Nie chciałeś moich ramion? Dlaczego wziąłeś tę cholerną lampę i rozbiłeś ją na mojej głowie, brocząc nasze łoże krwią naszej miłości?!

Leżę na naszym łożu, tonąc w krwi naszej miłości…

piątek, 2 sierpnia 2013

[1/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

Od autora: Bo wszystko ma swój koniec.

01. Nascency
Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno. Wpadał przez okno sypialni, rzucając srebrzysto-białe światło na ogromną dębową szafę. Widziałem smugę światła tylko kątem oka, gdyż cała moja uwaga skupiona była na leniwym, acz miarowym przeczesywaniu włosów ukochanego, który leżał z głową wspartą na moim torsie. Jedną ręką obejmował mnie w pasie.
Nie mogłem spać. Patrzyłem na jego pogrążoną w śnie twarz. Miał zamknięte powieki, pełne usta, trochę przesuszone. Był taki, jak zwykle, a mimo wszystko coś wzbudzało mój niepokój.
- To absurdalne – pomyślałem – boję się niczego. Przecież nic nie ma prawa się stać.
Dopiero wtedy, stłumiwszy duszące serce uczucie, udało mi się usnąć.
Dziwne.

Obudziłem się. Otworzyłem powoli oczy, rozglądając dookoła, ale czułem tylko ciepło, bijące jeszcze z miejsca obok na łóżku, natomiast Akiego ujrzałem dopiero w drzwiach. Stanął, patrząc na mnie niepewnie. Uśmiechnąłem się do niego, usiadłem i skinąłem głową, by podszedł. Zachwiał się i zaczął zbliżać w moją stronę. Gdy tylko znalazł się w zasięgu moich rąk, złapałem jego dłoń, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem łapczywie. Poczuwszy lekkie drżenie jego ciała, zacisnąłem mocniej palce na jego dłoni. Zaczął się rozluźniać, a ja przybliżyłem się do niego, całując pełne wargi. Wsunąłem między nie język i zacząłem penetrować ich wnętrze. Cudowna chwila. Jedna z tych, które lubiłem najbardziej, gdy mogłem znajdować się zupełnie blisko, nie czując bijącego od niego strachu. Widziałem to już na samym początku, gdy tylko go poznałem. Pierwszy raz zdarzyło się, żebym odczuwał aż tak ogromną potrzebę pomocy komuś. Jemu. Czułem się, jak dziecko, pobudzony hormonami nastolatek, poddając przyjemnemu ciepłu i endorfiną, która rozlewała się po całym moim organizmie. Było pięknie.
Położyłem się na nim, nie przestając całować. Splotłem palce naszych dłoni tuż przy jego twarzy. Byliśmy nadzy. Oderwałem się od jego ust i zacząłem wargami pieścić resztę ciała. Słyszałem ciche jęki. Ja i on byliśmy szczęśliwi, więc nie było w tym nic złego.
Dyszałem, wychodząc z niego i kładąc się obok. Przytulił się do mnie niemal od razu. Właśnie wtedy czułem się panem całego świata.
- Hazuki? – usłyszałem cichy głos.
- Tak? – mruknąłem zadowolony.
- Kocham cię – powiedział ledwo słyszalnie.
Uśmiechnąłem się niekontrolowanie szeroko.
- Zdecydowanie nie pasujesz na zakonnicę, kocie.
Zamilkł.
- Chodź pod prysznic.
- Uhm.
Poszliśmy. Najpierw ja, potem on. Otworzyłem drzwi do kabiny i wpuściłem go, po czym sam dołączyłem. Odkręciłem wodę i przywarłem do jego warg. Woda, spływająca po naszych ciałach tylko wzmagała wrażenia. Kochaliśmy się po raz drugi.
Umyłem dokładnie jego ciało, potem on zrobił to samo z moim. Na jego twarzy prawie w ogóle nie pojawiał się uśmiech.
Gdy go wycierałem, spojrzał na mnie nieśmiało. Pierwszym słowem, który cisnęło się na moje usta było uroczy.
Właściwie to on nauczył mnie szczęścia. Wcześniej żyłem dla siebie, ze sobą…wydawało mi się, że dobrze radzę sobie w życiu, a właśnie ta zwyczajna egzystencja jest szczęściem. Nic bardziej mylnego. Prawdziwą radość z istnienia odnalazłem właśnie w nim.
- Czy… czy ty, Hazuki, na pewno chcesz być ze mną? Ja… nie potrafię kochać.
- Jasne, że chcę. Przecież widzę, że na mnie lecisz, zakonnico – zaśmiałem się, on też. – Miałeś bardzo zgrabny tyłek w tym habicie – uśmiechnąłem się i pocałowałem go namiętnie. Lubiłem zatracać się w uczuciu bliskości jego ust, ciała czy nawet swoistej synchronizacji naszych organizmów. To wszystko było tak przepiękne, słodkie i mdłe, że aż można było tym rzygać, lecz ja zachłysnąłem się ślepym szczęściem miłości, które nie przepada za wymiocinami.
Kochaliśmy się – nie, nie uprawialiśmy seksu. Nigdy tego nie robiliśmy. Zawsze się kochaliśmy. Nieważne, czy to ja jego, czy w późniejszym okresie on mnie…nigdy nie było to mechaniczne, gdyż każdy ruch wypełnialiśmy uczuciami.
Konflikty żegnaliśmy dość szybko. Zdarzyło się, że zbił lustro, by się pociąć. Już nawet nie pamiętam o co poszło, lecz od tamtej pory nie spuszczałem go z oczu.
Było cudownie. Idealnie. Niczym słodycz…ale nieporównywalna do ciastek czy bzów. Słodycz, której smakuje podniebienie serca. Słodycz, która jednocześnie jest…trucizną.

                                                                                                                                  Następny rozdział >>