wtorek, 7 lipca 2015

[12/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać utworów, o których mowa w ostatniej części, odwołuję tutaj: B-durDes-dur - właśnie w takim tempie i wykonaniu sobie to wyobrażam.
Przepraszam za masę muzycznego żargonu i to zupełnie niezwiązanego z rozrywką, ale po prostu popłynęłam. W tym rozdziale także znajdują się przekleństwa.
Tym akcentem czas zakończyć przygodę z uciekającym niczym zbuntowany nastolatek Torą. Mam nadzieję, że ostatni rozdział przypadnie Wam do gustu.
Dodatkowo pragnę napisać, że ostatnio poświęcam czas głównie opowiadaniom konkursowym, więc trochę mniej piszę tutaj, ale parę notek mam gotowych i mogę je opublikować. Co więcej, możecie udzielać się w ankiecie, ponieważ ja zdecydowanie nie wiem, w co wsadzić ręce. Zawsze tak mam po skończeniu dłuższej serii. To prawie jak po dobrym filmie albo książce, gdy przez chwilę nie potrafisz się odnaleźć, później masz ochotę na więcej, ale wiesz, że nie znajdziesz niczego równie dobrego, więc dajesz sobie ochłonąć.
Zapraszam~

*
- Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do Takashiego.
Die tylko pokiwał głową i pobiegł z powrotem do mieszkania po kluczyki. Nie było go kilka dobrych minut, więc pewnie zatrzymał go Kaoru, ale ostatecznie wrócił do mnie i pociągnął mnie za rękaw w stronę samochodu.
- Dalej! - krzyknął, a ja pobiegłem ile sił w nogach. Die przemykał pomiędzy samochodami, nie respektując ograniczeń prędkości i modląc się w duchu, aby nie napotkać po drodze policji. Widziałem to po jego minie, choć sam byłem zajęty przygryzaniem wargi i analizowaniem swojej beznadziejnej sytuacji. Starałem się przetrawić informacje, którymi uraczył mnie Die, ale wciąż były zbyt świeże. Bałem się, że Takashi zniknie z mojego życia w tempie rubato. No tak w końcu dotychczasowo akcja rozwijała się zbyt wolno, a właściwie była niemalże zatrzymana. Przyszedł czas na gwałtowne przyspieszenie. Bałem się. Ogarniał mnie okropny strach, że znajdę puste mieszkanie. Z Daisuke pożegnałem się jeszcze na dole, później na schody praktycznie wbiegłem, przeskakując po dwa stopnie. Błyskawicznie zdyszany znalazłem się na górze. Przy drzwiach. Przełknąłem ślinę, gdy doszedł do mnie cichy głos pianina. Rozpoznałem w nim Nokturn B-moll Chopina. Właśnie rozbrzmiewał moment, kiedy crescendem przechodził w dur. Może to był znak? Postanowiłem nacisnąć klamkę. Utwór został przerwany. Klamka odpuściła pod ciężarem mojej dłoni. Przy drzwiach nie widziałem obcych butów, na wieszaku nie wisiała żadna kurtka poza jego. On po prostu siedział w pokoju przed instrumentem plecami do mnie. Przez chwilę coś bardzo nieznośnego utknęło mi w gardle. Przez chwilę nie byłem w stanie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Przełknąłem ślinę. On znów zaczął. Kawałek dalej, gdzie wchodzi temat pierwszy. Grał aż do końca. A ja stałem i onieśmielony grą, której efekt był iście bazyliszkowy, nie byłem w stanie nawet się poruszyć czy chociaż westchnąć. Wstrzymałem oddech podczas ostatnich dźwięków. Takashi odwrócił się w moją stronę. Od razu uderzyło mnie to, że wyglądał tragicznie. Miałem ochotę podbiec do niego na kolanach i scałować niewidzialne łzy z oczu.
Bądź tygrysem. Jak miałem uchodzić za drapieżnego kota, kiedy pokonał mnie Chopin? W mojej głowie wciąż sączyła się cicha melodia. Dźwięki prawej i lewej dłoni mijały się aż do czasu, gdy motyw wchodził w dur.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytał Takashi z grymasem niezadowolenia na twarzy.
Jego głos sprawił, że moje serce zaczęło szaleńczo kołatać, kolana drżeć, a w gardle zrobiło się sucho. Crescendo.
- Dlatego, że zostawiłeś otwarte drzwi - odparłem.
- Nie chcesz mnie, sam to powiedziałeś zeszłej nocy - odparł gorzko i zagrał akord tristanowski.
- Tristan i Izolda kochali się ponad życie i śmierć.
- Właśnie to nadaje goryczy całej tej sytuacji - powiedział. - Mam ci powiedzieć dosadniej, żebyś się wyno... - urwał, kiedy obrócił się i zobaczył moją twarz tuż przy swojej.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem. Przez moment, jakiś skrajnie niepoliczalny ułamek sekundy w jego oczach widziałem satysfakcję. Mogło mi się wydawać, mogłem sobie uroić, bo przecież chciałem, żeby ze mną rozmawiał. Zagrał wstęp do Nokturnu Es-dur.
- Chopin był smutnym człowiekiem? - zapytałem, siadając obok niego. Grał dalej.
- Raczej zakochanym - odparł Saga. - Jak pieprzony ty, Shinji - uderzył dłońmi w klawiaturę. Z instrumentu wydobył się kakofoniczny akord przypadku. Wstał. - Tylko szkoda, że nie we mnie - powiedział mi prosto w twarz, a ja czując jego zapach tuż obok przez chwilę nie byłem w stanie powiedzieć niczego. Obszedł mnie i dotarł do kuchni.
- Nie chcesz chociaż wysłuchać mojego wytłumaczenia?
- Nie - uciął. - Koniec to koniec, sam to powiedziałeś.
Jego słowa mnie ubodły. Ale... on chyba po prostu inaczej nie potrafił.
- Tak łatwo nas skreślasz?
- Shinji - spojrzał na mnie, wlewając wodę do kubka. - Nie bądź dzieckiem. Już lepiej, żebyś wierzył w Kucyki Pony niż w miłość.
Usiadł w jednym końcu stołu, a ja naprzeciw niego.
- Ja nie zasługuję na kawę? - zapytałem.
- Nie - powiedział stanowczo. - Zdecydowanie nie zasługujesz, bo jesteś bardzo niegrzecznym tygrysem.
- Ty wcale nie jesteś lepszy - prychnąłem. Czułem się szczęśliwy, mogąc być z nim. Widziałem jego grdykę, cudowny nos, słyszałem głos, za którym przecież tak cholernie tęskniłem. Jego palce objęły kubek. Chyba zaniedbał swoje paznokcie, bo były trochę za długie. Na pewno niewygodnie mu się grało.
- A ty się marszczysz, staruchu - odparł. Rzeczywiście zmarszczyłem brwi. - No nieważne, o czym chciałeś rozmawiać? - spojrzał na mnie. Jego czekoladowe spojrzenie znów utkwione było tylko we mnie.
- O nas - powiedziałem.
- Przecież nas zniszczyłeś - odparł lekko, zdawał się być wręcz znudzony, patrząc na swój palec, który zataczał koła na krawędzi kubka.
- Więc powstańmy na nowo.
Spojrzał na mnie. Nie spodziewał się takiej pewnej odpowiedzi.
Nokturn Des-dur rozwiązuje się na Tonikę, a my skończyliśmy kadencją zwodniczą - mówiłem dalej.
- A zaczęliśmy akordem tristanowskim.
- Ale żaden z nas nie lubi Wagnera, więc skończmy na Chopinie.
- I co potem? Może Penderecki?
Parsknąłem. Ta rozmowa miała wyglądać zupełnie inaczej.
- Nasza chronologia się popieprzyła, Takashi - powiedziałem. Jego imię w moich ustach brzmiało miękko, a ja nabrałem ogromnego wrażenia, że dawno go nie słyszałem.
- To ty nam wszystko popieprzyłeś, Torashi - mówił. - Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę bycia. Wiesz, na co ty mi pozwoliłeś? Mieszkałem dobry tydzień z zupełnie obcym kolesiem, pieprzyliśmy się na naszym łóżku i piliśmy kawę w naszych kubkach, Shinji. Spieprzyłeś. Ale nie, nie przerywaj mi - wtrącił, gdy tylko otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć. - Spieprzyłeś po całości dużo wcześniej, kiedy pozwoliłeś kolesiowi w barze dostawiać się do mnie, Shoyi przyjeżdżać po mnie, a mi wychodzić. Kiedy pozwoliłeś na to, bym uciekł razem z Kyo i żebym dał się pieprzyć Hazukiemu. To wszystko jest twoją winą. Wpadłeś w jakąś pieprzoną rutynę pozwalania mi na wszystko. A ja czasem lubię czuć, że należę do swojego tygrysa.
Z wrażenia opadły mi usta. Miałem je nieestetycznie rozdziawione. W mojej głowie szumiała cisza. To była kadencja zwodnicza. Choć dla mnie brzmiało raczej jak modulacja, ale z pogwałceniem wszelkich zasad jej przeprowadzania - była zupełnie niespodziewana, a miała stać się jeszcze gorsza.
- I to z kolei jest moją winą, Torashi. Wiedziałem, że jak będziesz na mnie zły, dasz się oprzeć. Że pojedziesz do Daisuke, potem trafisz do Toshiyi. Później jeszcze Hikaru. Zdradziłeś mnie, Shinji. Zrobiłeś wszystko, bo ja tego chciałem.
Siedziałem tam blady jak ściana, a on mówił jak gdyby nigdy nic. Przysunął mi swój kubek z kawą.
- Teraz rozumiesz? Do jakiej skrajności mnie doprowadziłeś, bym musiał robić to wszystko?
Siedziałem wciąż, choć chyba lepiej czułbym się, gdybym po prostu stracił przytomność. Muzyka ucichła.
- Ty to wszystko...? - zapytałem oniemiały.
- Tak - powiedział i widząc moją bierność, przewrócił oczami, podniósł się z krzesła, ujął kubek w rękę, po czym wcisnął go mi. - Pij - odparł, a ja piłem. - Wiesz, dlaczego to wszystko zrobiłem, popaprańcu? - zapytał, patrząc na mnie, a ja odstawiłem kubek i pokręciłem głową. - Bo cię kocham. Ja, Takashi Sakamoto, kocham takiego idiotę jak ty, Amano. Co prawda ostatnia akcja Toshiyi była niezaplanowana. Naprawdę mieliśmy dziś kulturalnie wypić kawę - powiedział i zamilkł na chwilę. - Widziałeś to? - zapytał po chwili i dłonią dotknął mojego policzka.
- Co? - zapytałem marszcząc brwi. Chyba dochodziłem do siebie.
- Widziałeś, w co popadaliśmy?
Nie, nie widziałem - miałem ochotę odpowiedzieć, ale tylko mocniej zmarszczyłem brwi.
- Gdybym tego nie zrobił, znienawidzilibyśmy się. A teraz możemy jak feniks powstać z popiołów. Sam to zauważyłeś. Dalej, Torashi - mówił, ciepłą dłonią delikatnie gładząc powierzchnię mojego policzka. -  Daj się zakochać raz jeszcze - szeptał. A ja byłem skończony, od kiedy tylko tam wszedłem. Już wtedy zamieniłem się w zakochanego idiotę. Bo kim innym mógłby być taki nieporadny i zupełnie niedomyślny tygrys?
- Jesteś idiotą, Takashi - powiedziałem. - Obaj jesteśmy.
Przykryłem jego dłoń swoją i uśmiechnąłem się do niego.
Obszedłem stół w rekordowym czasie i pochwyciłem go w ramiona. Wtedy usłyszałem cichy szept przy własnym uchu:
- Brakowało mi cię tak bardzo... Nie zatracaj się już nigdy, tygrysie.

poniedziałek, 6 lipca 2015

[11/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Wiem, że w gruncie rzeczy poprzednia część nie ma za wiele wyświetleń ani żadnych komentarzy, ale wczoraj udało mi się napisać tak dużo, że mam ochotę wstawić wszystko od razu.
W tym rozdziale pojawiają się przekleństwa, zresztą nie ma co się Shinjiemu dziwić.
Zapraszam~

*
Ułożyłem dłoń na klamce i jeszcze raz spojrzałem za siebie. Wziąłem wszystkie swoje ubrania, a telefonu nie było na łóżku, pod łóżkiem, w łóżku, na półeczce, w szufladzie półeczki, pod półeczką, w szafie ani na podłodze. Byłem bliski zrywania paneli, ale powstrzymała mnie przed tym racjonalna myśl, że telefon może być w salonie albo innym pomieszczeniu. W najgorszym wypadku mógł zostać skonfiskowany przez Toshiyę. Od razu w mojej głowie pojawiła się wizja, w której pijany jak nieszczęście próbuję wybrać numer do Takashiego, a basista, u którego stołowałem się w ciągu ostatnich dni, konfiskuje mi zabawkę i chowa ją do kieszeni. Było to całkiem realne, choć niepoparte żadnym realnym wspomnieniem. Westchnąłem i nacisnąłem klamkę. Korytarz był biały i malutki. Naprzeciwko mnie znajdowały się uchylone drzwi do łazienki, zza których wyglądał na mnie kot. Po lewej stronie zaś widniało otwarte wejście, z którego sączyły się smugi światła. Bez namysłu poszedłem tam, a za mną podążył koci strażnik. Uśmiechnąłem się do towarzysza i obadałem teren. Salon był niewielki - kanapa, mały stolik, telewizor, jakiś regał z książkami. Dzielił on pomieszczenie z kuchnią. Widząc ściany pomieszczeń, stwierdziłem, że ten jegomość ma bzika na punkcie bieli. Może terapeuta nakazał mu wystrój kolorystycznie podobny do szpitalnego - pomyślałem zgryźliwie i wyszedłem na balkon równie kamerany, jak całe mieszkanko. A po gospodarzu ani śladu. Westchnąłem i zerknąłem na kota. Był czarny i miał białe skarpetki. On także patrzył na mnie.
- No to zostaliśmy sami, stary - odparłem, ale kot wciąż tylko się we mnie wpatrywał. - Chciałeś kiedyś opróżnić lodówkę swojego pana? - zapytałem go z uśmiechem, lecz on wciąż tylko patrzył. Poszedłem więc do lodówki, ale ta świeciła pustkami. Postanowiłem więc poszukać swojego telefonu. Przeszukałem blaty, stół, wszystkie półki, kanapę na wierzchu i w środku, telewizor i każdą półkę na regale. Ostatecznie po prostu położyłem się na kanapie, okładając dłońmi czoło. Przede mną usiadł kot i przekręcił głowę w bok, obserwując mnie. Wyciągnąłem do niego rękę, lecz on odsunął się. Później powąchał ją przez chwilę i zaczął się łasić. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem go. On wtedy wskoczył na mój brzuch i mruczał. Pomyślałem, że dotychczas byłem dokładnie taki sam - jak ufny, udomowiony kot. Postanowiłem sobie też, że kiedy spotkam się z Takashim, będę tygrysem. Uśmiechnąłem się do siebie i wtedy uświadomiłem sobie, że byłem z nim umówiony na osiemnastą. Z przerażeniem zweryfikowałem brak jakiegokolwiek zegarka w pobliżu, żeby ostatecznie włączyć telewizor. Na szczęście była dopiero dwunasta. Kiedy podszedłem do okna, zobaczyłem jakieś budynki, ludzi i ulice, które zionęły obcością. O dziwo nigdy nie byłem w tej części miasta. To był najwyższy czas, żeby wrócić do Toshiyi i przygotować się przed spotkaniem. Jednak nie obyłoby się bez problemów, gdyż drzwi, nieważne, jak nie próbowałbym ich obsłużyć, wciąż pozostawały zamknięte.
- Co za palant - mruknąłem ze złością. Wtedy poczułem konieczność spełnienia jednej z podstawowych ludzkich potrzeb, więc poszedłem do łazienki. Gdy z niej wyszedłem, usłyszałem, że ktoś krząta się po kuchni. Pomyślałem, że pewnie ten idiota wrócił i podążyłem w tamtą stronę. Wcale się nie myliłem. Rozpakowywał zakupy, a nieopodal krzątał się kot z uniesionym ogonem.
- Co ty do cholery robisz?
- Huh? - spojrzał na mnie zaskoczony.
- Zamknąłeś mnie tu! I gdzie jest mój telefon? - uderzyłem dłońmi w blat.
Przygryzł dolną wargę i zajął z powrotem zakupami, starając na mnie nie patrzeć.
- Hej, o co ci chodzi?! - Wydarłem się na niego.
- Przestań na mnie krzyczeć! - odezwał się, patrząc na mnie. W oczach miał łzy.
- Ty chyba jesteś niezrównoważony - odparłem i przypomniałem sobie o szpitalnej bieli pomieszczenia, co objawiło się parsknięciem. - Gdzie jest mój telefon? - zmarszczyłem brwi, obchodząc blat i zbliżając się do niego.
- Nie wiem - załgał. Przełknął nerwowo ślinę, cofając się do lodówki. Kiedy nie miał już jak uciec, chwyciłem go za ubrania i przydusiłem do lodówki. Jęknął i spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
- Masz mnie stąd wypuścić, oddać telefon i wskazać drogę powrotną do centrum, rozumiesz? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby. On tylko pokiwał nerwowo głową. Kiedy go puściłem, odetchnął.
- Ja po prostu... - zaczął drżącym głosem, po czym po prostu wybuchnął płaczem, przywierając do mojego ramienia. Odruchowo, choć trochę niepewnie, objąłem go i przedostaliśmy się na kanapę.
Kiedy trochę się uspokoił, pociągając nosem zaczął opowiadać o kochanku, który go zdradził i porzucił. Stary, oklepany jak świat scenariusz.
- I to z kobietą! - mówił, a ja tylko spoglądałem na niego z udawanym współczuciem i poklepywałem po ramieniu. Cała ta sytuacja była dla mnie żenująca, ale przynajmniej widziałem drogę do wydostania się stąd.
W pewnym momencie, gdy tak zawodził, zacząłem mu naprawdę współczuć.
- Wiesz... w sumie, to ja też przeżyłem zdradę - zacząłem. - Ale niejedną. Takashi nagminnie mnie zdradzał. Cholera, możemy zapalić? - zapytałem, a gospodarz przytaknął. Wydmuchał nos i wyszliśmy na balkon. Obaj zapaliliśmy te same Pianissimo, choć wydmuchiwane z jego ust pachniały inaczej niż gdy robił to Takashi. Mimo to owiała mnie chmura sentymentu i doprowadziła do nostalgicznej paplaniny. Nie spodziewałem się, że takie wygadanie coś da. Dało i to całkiem dużo. Spotkawszy kogoś, kto mnie rozumiał, przestałem czuć tak ogromny ciężar. Mimo wszystko, cieszyłem się, że go spotkałem.
- Wiesz... jesteś do niego trochę podobny - powiedział, wpatrując się w martwe budynki. Spojrzałem na niego uważniej, a on także skierował swój wzrok na mnie. - Do mojego byłego. Od razu cię zauważyłem. Potem, jak wylałeś na mnie tego drinka... wyżyłem się na tobie, wyobrażając sobie, że to podobieństwo czyni cię chociaż cząstką niego.
- Było minęło - odparłem i uśmiechnąłem się do niego. On odwzajemnił ten gest i wskazał mi drogę powrotną. Gdy zakładałem buty, z tylnej kieszeni spodni wyciągnął mój telefon i podał mi go. Za jego plecami siedział ciekawski kot.
- Ja... przepraszam - wydusił z siebie, gdy stałem w progu. - I dziękuję - dokończył, po czym pocałował mnie w policzek.
- Tak... to... cześć - wydukałem i pobiegłem schodami w dół, zupełnie ignorując obecność windy tuż przed moim nosem.
Zza chmur wydobywało się słońce. Odetchnąłem świeżym powietrzem i podążyłem w stacji kolejowej. Telefon zakomunikował wybicie godziny trzynastej trzydzieści oraz przybycie nowej wiadomości od nieznanego numeru. Zmarszczyłem brwi i otworzyłem ją.
Dziękuję.

Uśmiechnąłem się pod nosem, kręcąc głową. Nastał czas, by pojechać do Toshiyi, wykąpać się i przebrać.
Jechałem przez około pół godziny, a gdy w końcu dostałem się do mieszkania basisty, mieszkanie okazało się zamknięte. Szarpałem się z drzwiami przez kilka minut, by ostatecznie po prostu przekląć pod nosem. Wezbrała we mnie złość, lecz powstrzymałem ją. Sięgnąłem telefon i zadzwoniłem do tego patyczka ze szparkami. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci... Oczywiście nie odebrał. Przekląłem pod nosem i postanowiłem pojechać do Daisuke. Oczywiście znów straciłem na tym trochę czasu i nim się zorientowałem, było już po piętnastej, a bateria w telefonie błagała o dostęp do prądu. Stałem przed mieszkaniem Kaoru i Die'a, słysząc jak krzątają się w środku. Kiedy zadzwoniłem do drzwi, doszły do mnie ciężkie kroki Kaoru i rzeczywiście otworzył, a raczej szarpnął lider. Nie wyglądał na zadowolonego. Wydarł się i zanim zdążyłem cokolwiek wyartykułować, zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Zapukałem do nich.
- Kaoru? Die? Halo, możecie mi otowrzyć? - zacząłem uderzać najpierw dłonią, a później pięścią w drzwi. Ostatecznie uderzyłem w nie z impetem i podparłem ścianę niedaleko wejścia do mieszkania i wyciągnąłem z kieszeni fajki. Wtedy ujrzałem otwarte drzwi naprzeciw. W ich progu stała starsza kobieta ze zmarszczonymi brwiami, kręcąca głową z dezaprobatą:
- Wy młodzi kochankowie, gejuchy, hałasu chociaż nie róbta! - powiedziała, a ja westchnąłem rozdzierająco i po prostu ruszyłem schodami w dół. Wypadłem z budynku i zapaliłem w spokoju, choć ręka trzęsła mi się jakbym był nieźle pod wpływem.
Niebo się chmurzyło, a mi brakowało jedynie tego, by się rozpadało. Nie minęło dużo czasu, a drzwi obok mnie otworzyły się i z budynku wypadł Die. Początkowo mnie nie zauważył, tak leciał przed siebie, ale postąpił kilka kroków i odwrócił się. Zobaczył mnie stojącego przy ścianie i chyba się przeraził, bo na jego twarzy zaigrało zaskoczenie pomieszane ze strachem.
- Shinji - powiedział cicho i zaczął do mnie podchodzić, gdy z nieba lunął deszcz. Podszedł szybko do mnie, choć wystarczyła chwila, by z jego włosów spływały krople deszczu. Staliśmy pod niewielkim daszkiem, obejmującym wyjście i przestrzeń obok niego. Die przeklął.
Uśmiechnąłem się do niego, a on skonsternowany biedak, przez chwilę nie wiedział, czy mam zamiar się roześmiać czy może zacząć płakać.
- Wyglądasz strasznie... - odparł.
- Bo tak się czuję - rzekłem z westchnieniem i zerknąłem na zegarek. - A do spotkania z Takashim zostały mi dwie godziny. Byłem już u Toshiyi, ale go nie zastałem, teraz Kaoru... co się w ogóle stało zeszłej nocy?
Daisuke przez chwilę patrzył na mnie kompletnie skonsternowany.
- To ty niczego nie pamiętasz? - zapytał, a ja pokręciłem głową.
- Jako ostatni pamiętam moment, gdy Toshiya próbował grać na konsoli stopami.
Die zamrugał. Raz, drugi trzeci.
- No powiedz mi w końcu! - upomniałem się.
- Wyszliśmy do klubu.
- No tyle to ja się mogłem domyślić po tym, że obudziłem się u tego psychola w łóżku.
- Dlaczego nazywasz Toshiyę psycholem, on tylko chciał cię rozluźnić, dorzucając ci... - Daisuke urwał, widząc moją minę. Na pewno nie przypominałem Miss Japonii, a mina Die'a mówiła, że bliżej mi było już do tego pieprzonego bazyliszka.
- Niczego nie pamiętam, bo Toshiya dołożył mi jakieś pierdolone piguły, jakbym był jakąś pieprzoną cnotką niewydymką z pierwszego lepszego klubu dla niewyżytych starców? - wysyczałem przez zęby.
- No tak jakoś... - odpowiedział Die i widząc moje pełne wściekłości spojrzenie, kierowane prosto w niego, od razu sprostował - Ale my nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Ja nie zdążyłem zareagować, a Kaoru nawet niczego nie widział.
- Ukręcę mu łeb. Jak Boga...
- Jesteś niewierzący - wtrącił Daisuke.
- No i co?!
- To nie koniec - powiedział gitarzysta i poczekał aż odetchnę.
- Co jeszcze? - zapytałem, uspokoiwszy się w stopniu, w jakim może się uspokoić rozjuszony mężczyzna, którego ego zostało naruszarpnięte tak mocno, jak nigdy przedtem.
- Poszliśmy do tego klubu i tam... spotkaliśmy Takashiego - powiedział, a ja zostałem wbity w ziemię. Strach przeszył mnie jak strzała i na ułamek sekundy zatrzymał serce - więc ty, chcąc wywołać jego zazdrość, pocałowałeś mnie. A on też był z jakimś facetem. Blondynem chyba.
Upadłem na kolanach i zastygłem w dramatycznej pozie.
- A potem przypałętał się ten drugi, który potem miał zabrać cię do siebie, ale Toshiya mówił, że cię odbił i... - Die urwał i ukucnął obok mnie.
Po moich policzkach płynęły dramatyczne łzy, a żeby dodać tej scenie jeszcze więcej dramaturgii, deszcz zaczął padać pod kątem i się z tymi łzami mieszał.
Zawsze miałem szansę uciec, zapomnieć, wrócić do zdradzonego kochanka w mieszkaniu o psychodelicznie białych ścianach.
- Die - odparłem. Spojrzał na mnie z powagą, w jego oczach widziałem, że oczekuje najgorszego. - Musisz mnie zawieźć do Takashiego.

niedziela, 5 lipca 2015

[10/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry. Przed Wami kolejna część "Give me a sign", myślę że przedostatnia będą jeszcze dwie, chyba że wyrazicie chęć, abym dodała jedną mega notkę z połączonymi rozdziałami.
Zapraszam~

*
- Wszystko świetnie, tylko Starbucks'ów w samym Tokyo jest 283 - powiedział Toshiya.
- To żaden problem - odparłem. - Z Takashim chodziliśmy tylko do jednego.
Spojrzałem na Toshiyę. Zacząłem się śmiać. Przed oczami miałem wszystkie te dni spędzone u Die'a i Kaoru, później próbę powrotu i pobyt w czterech ścianach Toshiyi. Nie chciało mi się wierzyć, że to już koniec, choć tęskniłem za Takashim, jak cholera. Nie mogłem uwierzyć, że położymy się na naszym wspólnym łóżku, że będziemy się kochać, a ze snu wybudzi mnie zapach jego porannego papierosa. Drżącą dłonią powędrowałem do kieszeni spodni i wyjąłem z niej paczkę papierosów. Równie rozedrganymi rękami wsadziłem rulonik między wargi i zapaliłem. Pianissimo Peche brzmiało prawie jak Sakamoto Takashi. Westchnąłem. Dopiero po chwili ujrzałem parę wpatrzonych we mnie oczu i skonsternowanego Toshiyę.
- Wiesz już, jaki był twój błąd? - zapytał Toshiya.
- Nie trzymałem go krótko? Przestałem dbać o atrakcyjność?
Basista pokręcił głową z uśmiechem.
- Musicie pogadać - odparł.
Kiedy wypaliłem do końca papierosa, zalegliśmy przed telewizorem, oglądając jakieś głupie programy i komentując je. Popijaliśmy przy tym oczywiście piwo i śmialiśmy się do rozpuku. Później przenieśliśmy się na konsolę. Prawie jak mojego pierwszego dnia tutaj. Wieczorem wpadli Kaoru i Die. Jak stwierdzili, przyszli "zobaczyć, jak sobie radzimy". Gdy Toshiya z Kaoru zabrali się za browary, my z Die'm wyszliśmy zapalić. Na dworze było pochmurno, z nieba lekko siąpił deszcz, choć w każdej chwili mogło lunąć. Zarzuciliśmy na głowy kaptury i ruszyliśmy przed siebie.
- Błagam - zaczął Die, patrząc na mnie jak szczeniaczek. Rozbawiło mnie to. - tylko mi nie mów, że zrobiłeś przy nim coś głupiego.
- Poza przeleceniem przypadkowego gościa w klubie, to nie.
Papieros wypadł Die'owi spomiędzy warg. Zatrzymał się, patrząc jak postępuję kilka kroków do przodu i obracam się do niego. Wlepiał we mnie oczy z rozdziawionymi ustami.
- Żartujesz, prawda? - powiedział.
- Nie, nie żartuję - odparłem, przewracając oczami. - Zostawiłem go, jestem wolny.
- Ale... Chyba wy razem nie...
- Chodźmy dalej, Die - puściłem mu oczko, a on tylko odchrząknął, westchnął głęboko i zrównał ze mną kroku. Ruszyliśmy naprzód.
- Widzę, że wciąż je palisz - odparł Daisuke, wskazując ruchem głowy na paczkę wystającą z mojej kieszeni.
- Tak, Pianissimo. To trochę ironiczne, bo z tymi wszystkimi targającymi mną emocjami powinienem być raczej fortissimo.
- Przeciwieństwa się dopełniają - rzucił sentencjonalnie, po czym zaczęliśmy się śmiać.
- Naprawdę wciąż wierzysz w takie bzdury? - zapytałem, ocierając gorzkie łzy spod oczu.
- Nie, już nie - odpowiedział, zerkając za siebie w okno domu Toshiyi, jakby spodziewał się wyglądającego z okna Kaoru. Uśmiechał się.
- Nadal próbujecie swoich sił w eksperymentowaniu z nowymi doznaniami? - rzuciłem sugestywnie. Jestem pewien, że gdyby Die pił teraz kawę, oplułby się nią. Parsknąłem śmiechem.
- Za to, co dla ciebie zrobiliśmy, powinieneś nas całować po rękach! - powiedział, po czym zacisnął usta w wąską szparkę.
- Nie martw się, tylko żartuję.
- Zmieniłeś się, Shinji.
Uraczyłem go spojrzeniem pełnym szczerego zaskoczenia.
- Zmieniłem? - zapytałem inteligentnie.
- Tak, zmieniłeś. Kiedy do nas przyszedłeś, byłeś na skraju załamania, a teraz się śmiejesz. Jednak seks swoje robi. - puścił do mnie oczko, a ja nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok.
- Chyba powinniśmy już wracać - zmieniłem temat, a on wybuchnął śmiechem.
Zawróciliśmy. Rozmawialiśmy jeszcze o jakichś bzdurach - zmianie mojej fryzury czy konflikcie z Kyo. Kiedy dotarliśmy z powrotem, zarówno Toshiya, jak i Kaoru byli już po pierwszym kuflu i lekko rozweseleni, zapraszali nas do siebie. Trudno było im odmówić.
Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem.

Świadomość przywracało mi natrętne pulsowanie w głowie. Przychodziła wraz z narastającym w skroniach bólem i poczuciem skamieniałego ciała. Prawie jak po ataku bazyliszka. Prawie, bo wątpię, żeby legendarny potwór zabawiał się z czterema pijanymi muzykami. Przetarłem oczy i otworzyłem je. Uderzyła mnie jasność pomieszczenia, w którym przebywałem, więc zmrużyłem oczy. Wyglądały pewnie jak szparki Toshiyi, kiedy się uśmiechał. Odkryłem się niezdarnie. Moje dłonie były jak gumowe drągi, nad którymi posiadałem względną kontrolę. Kołdra spłynęła na podłogę. Jęknąłem męczeńsko i podniosłem się do siadu, ale był to zdecydowanie zły pomysł, więc skończyłem z powrotem w pozycji horyzontalnej. Dopiero wtedy zarejestrowałem, że jestem kompletnie nagi. Otworzyłem szerzej oczy i spojrzałem na sufit. Coś tu było nie tak. Rozejrzałem się na boki i czułem, jak blednę. To nie był pokój Toshiyi. Ani salon Die'a. Ani nawet sypialnia Takashiego i moja. To był zupełnie obcy pokój, którego ściany były białe pokryte poziomymi paskami szarymi i zielonymi. Po mojej prawej stronie stała biała półeczka, a kawałek dalej znajdowała się wbudowana szafa i ustawione do niej prostopadle ogromne okno. Podniosłem się gwałtownie do siadu, czego pożałowałem, choć zawładnął mną strach.
Co się właściwie stało?!
W mojej głowie głowie kłębiły się myśli. Od tych pozytywnych, że wynajęliśmy z Toshiyą pokój w jakimś hotelu, po te bardziej pesymistyczne, iż zaraz drzwi otworzy Daisuke aż po te, które aż strach przywoływać - że przespałem się z jakimś nieznajomym gościem, który może mieć HIVa albo - co gorsza - z kobietą. Panika przejęła kontrolę nad moimi gumowymi rękami, którymi panicznie szukałem telefonu - pod poduszką, na półce - gdziekolwiek. Wtedy usłyszałem kroki dobiegające z korytarza. Klamka opadła powoli w dół, a drzwi lekko zaskrzypiały. W progu stał on - koleś pachnący Pianissimo, którego przeleciałem w klubie. Stał tam z kubkiem kawy i talerzem na tacy, a ujrzawszy mnie, uśmiechnął się. Odetchnąłem z ulgą i opadłem z powrotem na łóżko.
- Za dużo wypiłeś, tygrysie? - zapytał.
Moje oczy automatycznie otworzyły się szerzej. Skierowałem ku niemu zaskoczone spojrzenie. Poznał mnie? Odchrząknąłem.
- Cieszysz się, że to ja otworzyłem drzwi? - zapytał, siadając na brzegu dwuosobowego łóżka.
- Cieszę się, że nie masz cycków - odparłem bez namysłu i spojrzałem na niego. Chyba palnąłem coś głupiego, bo podniosł się i ułożył tacę ze śniadaniem na półeczce, a włosy zasłaniały tego twarz.
- Powinieneś zjeść albo chociaż wypić kawę, wczoraj sporo wypiłeś.
Spojrzałem na niego.
- No co ty.
- Usiądź - odparł stanowczo, choć z dozą czułości. Co jak co, ale tego awanturnika o czułość bym nie posądził. Czyżby typ tsundere? Mimo wszystko posłuchałem go i usiadłem. On tylko położył mi tacę na nogach i usiadł w nogach łóżka.
- A ty? - zapytałem.
- Już jadłem.
- Mhm - mruknąłem tylko i postanowiłem bliżej poznać się z kawą. Była smaczna, mocna i idealna na kaca. Chyba znał się na rzeczy. Kiedy zabrałem się za jedzenie zwykłej kanapki, on patrzył na mnie jak zaczarowany. - Hm? Chcesz czegoś? - zapytałem.
- Nie - odwrócił twarz w stronę okna. Włosy zasłoniły jego policzki, ale wiedziałem, że się rumieni. Nigdy nie spodziewałbym się, że znajdę kogoś żywcem wziętego z mangi shounen-ai. Nie, żebym takowe czytał.
- Ok - wzruszyłem ramionami i wróciłem do konsumpcji. Po posiłku poczułem się lepiej. On wziął tacę z resztkami, a ja oparłem się o chłodną ścianę za mną. Odetchnąłem i rozejrzałem się raz jeszcze. Na podłodze porzucone były moje ubrania i jakiś party box. Po raz kolejny zadałem sobie pytania o wydarzenia zeszłej nocy, lecz nie byłem w stanie przypomnieć sobie niczego. Postanowiłem poczekać na kolegę zeszłej nocy. Przyszedł.
- Czy my... - zacząłem i urwałem. Po iskierkach w jego oczach byłem pewien, że wie, co mam na myśli.
- Czy my co? - zapytał, unosząc brwi do góry i zakładając ramiona na piersiach.
- No wiesz... zeszłej nocy...
- Co zeszłej nocy? - zgrywał głupa. Westchnąłem z irytacją i spojrzałem mu w oczy.
- Uprawialiśmy seks? - zapytałem, a mężczyzna zrobił się czerwony niczym piwonia.
- Jesteś idiotą! - krzyknął i zniknął wraz z hukiem zamykanych drzwi. Westchnąłem z irytacją.
To nie będzie łatwe - pomyślałem, po czym wstałem i zebrałem swoje rzeczy z podłogi.