środa, 10 czerwca 2015

[3/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Wena nie opuszcza, a tygrysia ciekawość okazuje się być całkiem motywująca. Zapraszam~

Tym razem obiad miał zrobić Die, a ponieważ w ich domu magicznie zabrakło środków czystości i paru innych niebywale ważnych przyrządów, ja w roli tragarza wybrałem się z Kaoru do sklepu.
- Dlaczego nie kazaliście mi gotować obiadu? - zapytałem, by tylko zagłuszyć niekomfortową ciszę.
- Żebyś nas zatruł za powierzenie ci dzisiejszych porządków? Podziękuję - odparł z uśmiechem. W jego oku pojawił się jakiś błysk sympatii. Chyba wcale nie o mnie chodziło. - Poza tym lubię kuchnię Die'a - dokończył. Wyszło szydło z worka.
Na mojej twarzy także zagościł uśmiech. Spojrzałem na trzymany w dłoniach telefon i odblokowałem go.
- Do łazienki też z nim chodzisz? - zapytał zgryźliwie lider.
- Tak - odparłem, spoglądając w okno. - Chyba tak.
- Jeśli do dziś nie napisał, to chyba nie jest tego wart - powiedział, rozglądając się przed skręceniem na parking sklepu.
- On nie, ale jego dłonie tak - odparłem.
Uśmiechnął się.
- Więc walcz, tygrysie - odrzekł, po czym zaciągnął ręczny i spojrzał wprost na mnie.
Oczywiście to mi przydzielony został obowiązek noszenia koszyka z zakupami i chodzenia za liderem. On jedynie wrzucał produkty do koszyka i prowadził mnie w coraz głębsze odmęty sklepu.

- Ja... - zacząłem, kiedy znów siedzieliśmy w samochodzie. - Odszedłem od niego. To miał być koniec. Walka nie ma sensu, gdy walczę tylko ja.
Kaoru westchnął i wydał z siebie tylko krótki pomruk:
- Hm...
Nastała jedna z tych niezręcznych chwil milczenia, w trakcie których nikt nie wie co powiedzieć, a atmosfera gęstnieje do stopnia groźnego dla życia. Słowa muszą zostać wypowiedziane, jakiekolwiek by one nie były.
- Zdradzał mnie - wykrztusiłem z siebie. - Wracał cuchnący kimś obcym, z cudzym włosami na koszulce i spermą na udach.
Słyszałem, jak Kaoru z cichym świstem wciąga powietrze głęboko do płuc.
- A ja dawałem mu wracać...
- I na tym polega twój problem - wtrącił się Niikura. - To twoja wina.
Spojrzałem na niego z niezrozumieniem. Naprawdę zamierzał zwalać to na mnie?
- Hę? - zapytałem tylko, przybierając minę, która zapewne swoją śmiesznością przypominała wyraz twarzy, jakiego nie powstydziłby się leniwiec.
- Pozwoliłeś mu wracać. Trzeba było go odrazu ukrócić.
Zamrugałem raz, drugi. Nie dowierzałem, że powiedział mi coś takiego, jednak ostatecznie uśmiechnąłem się pod nosem. No tak, w końcu właśnie w ten sposób postąpiłby lider. Gdybym tamtej nocy przespał się z Daisuke, on z całą pewnością wyznaczyłby kochankowi godzinę policyjną. Parsknąłem. Naprawdę wyobraziłem sobie Kaoru w policyjnej czapce i z czarną pałką w ręce czekającego przed drzwiami.
- Całe pięć minut spóźnienia, dzisiaj będzie dildo - mówił Kaoru w mojej głowie. To było dla mnie stanowczo za wiele. Moja twarz stała się czerwona jak burak, a w oczach zbierały się łzy od powstrzymywanego śmiechu. Sam nie wiedziałem, czy śmieszniejsza była wizja Kaoru-policjanta czy może skruszonego Daisuke. Czy naprawdę tak zachowuje się ktoś, kto dopiero odszedł od miłości swojego życia? Od Sagi - czystej perfekcji?
- Chcę się dzisiaj napić - stwierdziłem zanim Kaoru zdążył zapytać o mój gwałtownie pogarszający się stan. - Może małe przyjęcie z okazji przybycia nowego współlokatora?

Kaoru się zgodził. Nie wiem, jakie nieistniejące siły perswazji zadziałały, ale może po prostu podkusiła go wizja rozluźnienia się i nieprzejmowania piątym kołem u wozu? Die także wyjątkowo dobrze przyjął ten pomysł.
Właśnie wtedy, gdy siedzieliśmy przy stole i piliśmy zwykłe piwo sprzedawane w puszkach. Przede mną siedział Die, Kaoru zniknął w łazience. Andou otwierał kolejną puszkę. W momencie, kiedy spragniony zapomnienia chciałem pociągnąć kolejny łyk, nastąpił nagły zwrot akcji, a przynajmniej tak mi się wydawało. Mój wzrok spoczął na leżącym tuż obok telefonie. Zawibrował, informując o przybyciu nowej wiadomości. Wtedy rozległo się też ciche syknięcie piwa otwieranego przez Die'a i szmer otwieranych przez Kaoru drzwi. Poczułem się sparaliżowany. Takashi nie dawał o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Drżącymi dłońmi wziąłem telefon i odblokowałem go.
Tylko do końca tygodnia rabat -50% na wszystkie produkty marki Nike w sieci sklepów...
To był jeden z tych momentów, kiedy jedynym słusznym działaniem okazywało się opróżnienie zawartości stojącej nieopodal puszki. A później kolejnej i kolejnej. Die spojrzał znacząco na Kaoru.
- Co napisał? - zapytał Die, zwracając się do mnie.
- Jest obiżka na najka w tym sklepie - zacząłem pijacko zawodzić.
- Co on napisał? - dopytywał.
- Takashi nic, to reklama - powiedziałem i zacząłem chichotać jak ropucha. Pijana ropucha.
Daisuke tylko westchnął zrezygnowany i oparł się o Kaoru. Lider zaś mruknął pod nosem i po chwili namysłu powiedział:
- Młody, chcesz go odzyskać?
- Co, najka? Ale ja już mam najki - mówiłem, kołysząc się. Może nie byłem aż tak nawalony, ale nie chciałem myśleć o Takashim. A na pewno nie miałem nastroju na poważne rozmowy.
- Weź go na dwór, zrobię kawę i wezmę tabsy, zaraz go ogarniemy - odrzekł Kaoru do Die'a. Andou tylko skinął głową i zaczął mnie zbierać z podłogi. Zaprowadził mnie na balkon, gdzie uwiesilem się na balustradzie. Die zapalił.
- Nie udawaj już - powiedział, wydmuchując spomiędzy warg kłąb dymu. Westchnąłem, wyciągając w jego kierunku dłoń. Położył na niej paczkę papierosów. Pianissimo Peche.
- Od kiedy ty, do cholery, palisz Pianissimo Peche?! - obruszyłem się, a serce zaczęło mi walić jak oszalałe
- Nie palę, ale ty musisz się z niego wyleczyć.
Obok papierosów położył zapalniczkę.
- Chyba jednak wolę się stąd rzucić...
- To się rzucaj, ale najpierw zapal jednego, dobrze ci zrobi - powiedział, paląc swój nikotynowy rulonik.
Otworzyłem je, a pod moim nosem uniósł się kłębuszek niewidzialnego dymu, który roztaczał wspomnienia wspólnych poranków, gdy zapach tytoniu wybudzał mnie ze snu i nagimi stopami kroczyłem po chłodnej podłodze w stronę kameralnego balkonu. Wyciągnąłem jednego z papierosów i wsadziłem go do ust. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, Die sam zręcznie mi go zapalił. Zaciągnąłem się. Tak samo, jak wtedy, gdy podsuwał mi go Takashi. Ze swoich ust do moich. I zaciągałem się nim tak głęboko, jakbym wzdychał z tęsknoty za jego ciałem ostatniej nocy. Poranne słońce paliło moją twarz, a chłód poranka szczypał  ramiona. On wydawał się nieczuły na te pogodowe niuanse, ale ja po prostu obejmowałem go w pasie, przytulając się do jego pleców. Paliliśmy razem. Raz on raz ja. Żaden papieros nigdy nie był tak smaczny, jak ten wyjęty spomiędzy jego miękkich warg. Odsunąłem papierosa i otworzyłem oczy. Było kompletnie ciemno, na niebie skrzyły tylko pojedyncze gwiazdy. Księżyc skrył się gdzieś za chmurami, a ja zostałem sam. Papieros w mojej dłoni spalił się do połowy. Wstrząsnął mną chłód nocy i wróciłem do salonu.
- Namyśliłeś się? - zapytał Kaoru.
- Nie wiem, Niikura, ale chyba powinienem iść już spać - odpowiedziałem.

Lider zdziwił się, ale skinął jedynie głową, posprzątał szybko niepotrzebne puszki i uciekli z Die'm do siebie. Zostałem sam. Ze swoimi myślami, pustym telefonem, paczką Pianissimo Peche i zakrytym chmurami księżycem. Bez Takashiego i spojrzenia jego czekoladowych oczu, utkwionego tylko we mnie. Bez jego dłoni błądzących ślepo pod moją koszulką, prowokując ciało do niekontrolowanych drżeń. Gdzie się podziały nasze szczęśliwe dni, Takashi?

wtorek, 9 czerwca 2015

[2/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Nowy rozdział na życzenie pewnego Tygrysa <3

- Jeden dzień - zawyrokował Kaoru.
- Mówiłeś, że zgadzasz się na tydzień! - wzburzył się Die, a Niikura tylko westchnął rozdzierająco. Cała ta scena wyglądała iście groteskowo. Od kiedy lider był taki miękki?
- Ewentualnie - podkreślił Kaoru przez zęby, patrząc na kochanka.
Naprawdę trudno było mi powstrzymać wybuch śmiechu. Na tyle, że zakrywałem usta dłonią i czułem gorąco napływające do twarzy.
- Z czego ty się śmiejesz? - zapytał rozeźlony Kaoru, przenosząc wzrok na mnie.
- Wyglądacie jak stare dobre małżeństwo - wreszcie to z siebie wydusiłem i zacząłem się śmiać. Na twarzy Die'a także pojawił się uśmiech, a i Kaoru zdawał się mniej ponury. Daisuke spojrzał na niego znacząco.
- Tydzień, ale nie więcej - oświadczył lider.
- Dziękuję - odparłem i odetchnąłem z ulgą. Dobrze wiedziałem, że pozostawiona na blacie kartka zamknęła na zawsze drzwi powrotne do domu. Nie przeszkadzało mi to jednak w ciągłym zerkaniu na telefon.
- Ale w zamian za to musisz zrobić kolację - powiedział Kaoru, a ja byłem świadom, że nie pozostało mi nic innego jak po prostu przystać na jego warunki.

Po posiłku Kaoru uciekł do sypialni, a Die stał przy mnie, kontrolując, bym dokładnie umył wszystkie naczynia. A właściwie po prostu wiedział, jak bardzo potrzebowałem rozmowy.
- Tu - wskazał talerz odłożony na suszarkę. - Zostawiłeś kropkę.
Pochyliłem się nad talerzem i zobaczyłem mikroskopijną plamkę. Przewróciłem oczami.
- Od kiedy jesteś takim perfekcjonistą? - zapytałem, biorąc do ręki talerz.
- Od czasu, gdy mieszkam z Kaoru - powiedział, a na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech.
Zerknąłem na telefon leżący przy zlewie.
- Shinji - zaczął Daisuke. - Jesteś pewny, że to koniec?
Spojrzałem na niego trochę skołowany.
- Tak - odparłem, wracając z powrotem do naczyń.
- I co teraz? Będziesz do końca życia czekał na wiadomość od niego? - zapytał, wpatrując się we mnie uważnie.
- Nie wiem, Daisuke. Po prostu musiałem uciec, wyjść i go zostawić, bo inaczej gorycz pochłonęłaby mnie całego, Shinji by umarł. Doszło do jakiegoś pieprzonego apogeum - gwałtownym ruchem ręki wyłączyłem wodę i spojrzałem na niego. - Kocham go, nadal. Jak nikogo innego. Ale moje serce by pękło, gdybym po prostu nie wyszedł.
Die westchnął i wpatrywał się we mnie chwilę, by ostatecznie uśmiechnąć się przyjaźnie.
- Powodzenia - odparł, klepiąc mnie po ramieniu.
- Die! - rozległo się wołanie Kaoru z sypialni.
- Czego chcesz? - odparł Daisuke z udawaną urazą, a na jego twarzy błąkał się uśmiech. Było widać, że kochał Kaoru. Podczas przebywania w ich towarzystwie, bliskość pomiędzy nimi była nienachalna. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Może rozłożysz naszemu gościowi kanapę i przyjdziesz do łóżka? - zapytał a raczej rozkazał lider
Die przewrócił oczami.
- Nie wytrzymałby nocy beze mnie - stwierdził i puścił mi oczko. Uśmiechnąłem się, a z sypialny wydobył się kolejny krzyk:
- Wszystko słyszę!

Nigdy nie uważałem się za księżniczkę na ziarnku grochu, ale perspektywa tygodniowego spania na niewygodnej kanapie, której sprężyny objęły za swój życiowy cel wbijanie się w moje plecy, nie wyglądała zachęcająco. Żaden z gitarzystów Dir en grey'a nie pokusił się na zamontowanie w salonie zasłon, przez co wścibski księżyc wpadał przez okno i świecił wprost na moją twarz. Ja z kolei w swojej bezsenności za najciekawsze zajęcie uznawałem odblokowywanie telefonu i blokowanie go z powrotem. Jakby nagle miało to spowodować przyjście wiadomości od Takashiego. Liczyłem na to, że zadzwoni albo napisze. Choćby miał na mnie nawrzeszczeć albo powiedzieć To koniec i się rozłączyć. Ale telefon milczał, a ja nabierałem gorzkiego jak czekoladowy kolor jego oczu wrażenia, że jednak byłem dla niego nic nieznaczącym zbitkiem organów, który zawsze witał go nagrzanym miejscem w łóżku i poranną kawą. Zawsze czekał i wybaczał. Dość tego - stwierdziłem, odkładając telefon na ziemię i otaczając poduszkę ramionami. Kuriozalnie nie mogłem przestać myśleć o jego miękkich wargach, chłodnych, lekko stwardniałych opuszkach błądzących po rozgrzanym ciele i wyciągniętej szyi, która tylko błagała, by pozostawić na niej jakiś ślad.
Północ - wrzeszczał nocny ptak szybujący pomiędzy budynkami Tokyo.

W nocy obudził mnie odgłos pukania. Dosłownego pukania. Szczerze liczyłem na to, że sypialnia jest wygłuszona, jednak płonne były moje nadzieje. Jak bardzo by się nie starali, pojękiwania, odgłos ust odłączanych od skóry, szelest pościeli i sapanie pozostaną jeszcze długo w mojej pamięci.

Kiedy otworzyłem oczy, na głowie miałem poduszkę, a na niej z kolei spoczywała kołdra. Nie wiem, jakim cudem nie udusiłem się tej nocy. Ziewnąłem rozdzierająco i poczułem, jak ktoś dźga mnie w plecy. Kiedy się odwróciłem, nade mną stał Kaoru z niezapalonym papierosem w ustach. Wyjął go i odparł z krzywym uśmiechem. Wiedziałem, że nie będzie zadowolony z mojego towarzystwa. To był kolejny moment, kiedy zacząłem żałować prośby o nocleg... a właściwie szantażu.
- Jak ci się spało, tygrysku?
Już miałem zapytać, jakiej zabawki używali tej nocy, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
- Dobrze - odrzekłem. - A wam?
- Całkiem nieźle, ale musisz już wstać gosposiu. Dom sam się nie wysprząta - powiedział i zanim zdążyłem zaoponować, wyszedł na balkon.
Dlaczego niby miałbym im robić za pieprzoną sprzątaczkę? Usiadłem i przeczesałem dłonią włosy. Do salonu na szczęście wkroczył Die.
- Daisuke - zwróciłem się do niego. - Od kiedy przyjechałem do was jako sprzątaczka?
Die powstrzymał wybuch śmiechu, po czym odpowiedział:
- Wybacz, Amano. Taki był warunek Kaoru.
- I dlaczego ja dowiaduję się o tym dopiero teraz?! - oburzyłem się, wstając. Kołdra spłynęła na podłogę.
- Bo nigdy byś się nie zgodził - odrzekł jak gdyby nigdy nic uradowany Die.
- I jak, wyjaśnione? - zapytał lider, wchodząc do pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi. - No to świetnie - mówił dalej, nawet nie czekając na moją odpowiedź. - W takim razie my spadamy do pracy, a ty się wszystkim zajmiesz. Chyba nie spodziewałeś się, że będziesz tu pomieszkiwał za piękne oczy, darmozjadzie - mówił, kierując się do wyjścia.
- Jesteś świetnym przyjacielem, Andou - powiedziałem przez zaciśnięte zęby, a oni po prostu wyszli. Daisuke pomachał mi na pożegnanie z uśmiechem. Chyba jednak szantaż nie był najlepszym pomysłem.
Po umyciu się i zjedzeniu śniadania, spędziłem kolejną godzinę na szukaniu środków czystości. Może lepszym pomysłem byłoby pojechanie do Shou albo Hiroto? Telefon leżał na blacie, wciąż tak samo milczący.

Gdy gitarzyści wrócili do mieszkania, było już czysto, a ja siedziałem z kubkiem herbaty na kanapie przed włączonym telewizorem i przełączałem kanały w poszukiwaniu choć chwili rozrywki. Programy z każdym wydawały mi się coraz głupsze. Im dalej tym gorzej - stwierdziłem załamany i zerknąłem na telefon, lecz on wciąż świecił pustkami.
Niewiele czasu minęło od zgrzytu klucza w zamku do momentu, gdy przede mną stali dwaj sztucznie uśmiechnięci gitarzyści, których miałem ochotę własnoręcznie udusić. Odwróciłem się z powrotem do telewizora. Na ekranie z kolei uśmiechały się dzieweczki z jakiegoś girlsband'u.
- Shinji - zaczął Die.
- Nie, nie zacznę pucować wam butów - powiedziałem, przewracając oczami. Z zacięciem przełączyłem kanał.

- Znaleźliśmy kogoś, kto cię przygarnie - dokończył, a ja odwróciłem się w ich stronę. Ich uśmiechy wyglądały groźnie nienaturalnie, więc zwątpiłem w potencjalnie dobry obrót wydarzeń. Przełknąłem nerwowo ślinę. Zacisnąłem w dłoni wciąż milczący telefon...

sobota, 6 czerwca 2015

[1/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Give me a sign
Paring: Tora/Saga (Alice Nine) - paring główny, Kaoru/Die (Dir en grey), z czasem zapewne będzie ich więcej
Gatunek: -
Rating: ?
Ostrzeżenia: na razie ich nie ma
Od autora: Po prostu zapraszam :)

*
Brzdęk odkładanej łyżeczki, trzask zamykanej szafki. Odgłos mieszania, łyżeczka rytmicznie obija się o kubek - raz na cztery. Kiedy tego słucham, czuję się jak paralita, który ma problem z tylko jednym kierunkiem. To tak, jakby łyżeczka dążyła do lewej strony za wszelką cenę aż nie dotkie kubka, osiągając spełnienie. Ot, wysublimowany kaprys łyżeczki. On też był jak taka pieprzona łyżeczka - myślę, chwytając kubek za uszko i zanosząc go do tętniącego pustką salonu. Stawiam na stoliku i siadam na kanapie. Już dawno wynieśliśmy się z ciasnych kawalerek, jednak nawet to nie zachęciło Takashiego do częstszych powrotów. Takashi niczym łyżeczka - myślę, siadając niemal bezwładnym ruchem ciała na kanapę. Patrzę w okno. Spycha mnie na krańce wytrzymałości, żeby przywrócić do równowagi paroma nie-do-końca-czułymi słówkami i pełnymi miłości gestami, ostatecznie zawsze kończymy w łóżku, pieprząc się jak króliki. Pozwala mi być na górze. Kawa zatacza koła. Kręci się jak karuzela. Jak ja. Zawsze pozwalam mu wracać, nieważne, jak bardzo by mnie nie zranił. Zawsze dosięgam jego ust i zostawiam na nich swoją miłość, ciągle i ciągle. Gdyby metaforyczne serce nie posiadało umiejętności regeneracji, pewnie skończyłbym na psychotropach, które wyprałyby ze mnie wszelkie emocje. Takashi, Takashi, Takashi - w mojej głowie tkwiła wciąż ta sama mantra, zataczając się niczym kawa. Dość. Przykrywam kubek własną dłonią. Na paznokciach widnieją resztki czarnego lakieru.
*
Wyszedłem, po prostu wyszedłem. Wyobrażając sobie Takashiego, który wraca do domu i zastaje tylko głuchą ciszę, na jaką ja byłem skazany przez te wszystkie lata. Widząc jego zaskoczoną minę, wyobrażając sobie, jak chwyta za telefon i dzwoni do mnie. Mówi, że mam wracać, natychmiast, bo nie może beze mnie żyć. Otworzyłem oczy. Przede mną widniała ulica pełna ludzi, pochłoniętych swoimi sprawami. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na mój pozdzierany lakier na paznokciach. Poszedłem przed siebie. Wmieszałem się w tłum. Wyróżniać mnie mogła jedynie zwykła szara torba sportowa z czerwonym paskiem nadziei.
Stojąc na klatce schodowej przed apartamentem Daisuke i Kaoru, przed oczami miałem Takashiego, który przekracza próg domu, zrzuca z siebie kurtkę, podąża do salonu i chwyta kartkę, na której widnieje napis "odchodzę". A co, jeśli weźmie mnie na poważnie? Jeśli wcale nie zadzwoni, tylko wyrzuci ją do kosza i przejdzie z tym do porządku dzien...
- Co to miało być?! Kajdanki?! - usłyszałem znajomy głos zza drzwi. To był Daisuke.
- No wybacz, Toshiya mówił, że mu się zwierzałeś i... - drugi głos, przyciszony, spokojniejszy, zapewne należał do Kaoru.
- A co mnie obchodzi, co mówił Toshiya?! - wrzeszczał dalej Die. - Masz to wyrzucić!
- Nie wyrzucę...
- Ty...
- Amano? Co ty tu robisz? - usłyszałem przed sobą znajomy głos. Tym razem głośno i wyraźnie. Zawahałem się. Przede mną stał Kaoru. Miał kruczoczarne włosy i poranny zarost. Na siebie zarzucił jedynie bokserki i bezrękawnik. Stał przede mną boso.
- Nie chciałem przysparzać kłopotu, ale... - mój wzrok powędrował do jego oczu. - Mogę porozmawiać z Daisuke?
Wpuścił mnie bez słowa. Widziałem tylko, jak marszczy brwi, najpewniej nierozumiejąc. Nie przejąłem się tym za bardzo, po prostu wszedłem. Daisuke wyszedł z sypialni, wiążąc włosy i odgarniając je z twarzy.
- O, Shinji - zdziwił się, widząc mnie z torbą, kompletnie skołowanego. Miał na sobie same bokserki. Jego tors był całkiem ładny, jednakże nic nie było w stanie przytłoczyć perfekcyjnego ciała Takashiego. - Coś się stało? - zapytał. Oczami wyobraźni widziałem, jak jego ciało pulsuje przyspieszonym ze złości tętnem.
- Właściwie... - mój wzrok zabłądził w okolicach ściany. - Tak.
Dziwiłem się, dlaczego poszedłem akurat tam. Wiedziałem, że Die miał własne życie, własnego Kaoru, ale... po prostu przyszedłem.
Kaoru zamknął drzwi. Słyszałem szelest materiału. Wiedziałem, że zakłada ręce na piersiach. Na pewno nie był z tej sytuacji zadowolony. Co ja robiłem?
Die spojrzał na mnie badawczo. Nie musiało minąć wiele, by wiedział, o co chodzi.
- Chciałbym... - zacząłem.
- Kaokao - Die mi przerwał. - Nie chciałbyś przebrać się w swój ulubiony dres i skoczyć  po bułeczki - zaszydził, uśmiechając się. Czy oni byli w trakcie kłótni?
- Pójdę, Andou, ale jak wrócę, wszystko ma być wyjaśnione - poszedł i zniknął za drzwiami sypialni. Die zaprowadził mnie do salonu, uprzednio biorąc nadmiar mojego odzienia i zostawiając w przedpokoju. Salon był przestrzenny i przyjemny. Urządzony w minimalistycznym europejskim stylu.
- Usiądź, napijesz się czegoś?
- Wody - odparłem, a Die zniknął w kuchni.
Kiedyś spotkaliśmy się z Die'm na jakiejś popijawie. Takashi wtedy nie pojawił się w ogóle albo zniknął, nie pamiętam. Fakty tamtej nocy zamazywały się w mojej pamięci wraz z sukcesywnie rosnącymi we krwi promilami. Gadaliśmy bardzo długo, chyba nawet prawie się ze sobą przespaliśmy, ale ostatecznie wyrzuty sumienia zabuzowały w głowie mocniej od alkoholu. Wiedziałem, że oznaczałoby to koniec Takashiego i mnie. Nie przyjąłby mnie z powrotem śmierdzącego obcymi perfumami, oblepionego cudzą spermą. Klamka nie uginałaby się pod ciężarem mojej dłoni. Zostałbym sam.
Zaborczość Takashiego mogła wydawać się bardzo toksyczna, ale... zależało mi na nim.
- Więc? - zapytał Die, wchodząc do pokoju ze szklanką wody w jednej ręce i parującym kubkiem w drugiej.
- Nie wrócił - odparłem ze wzrokiem wbitym w blat stołu.
Daisuke spojrzał na mnie uważniej, pochylając się, jakby chciał spojrzeć w moją twarz, wwiercić się w mózg i wyciągnąć z niego wszystkie niejasne informacje.
- I? - zapytał w końcu.
- No i odszedłem. Zostawiłem kartkę z napisem "odchodzę" i poszedłem - kiedy zerknąłem w stronę przyjaciela, ujrzałem tylko jego pełne pobłażania spojrzenie. - Co? - zapytałem inteligentnie, a on załamał ręce.
- Ty tylko udajesz czy naprawdę jesteś taką sierotą? - przewrócił oczami. - Ja rozumiem, że...
- Nie - przerwałem mu. - Nie rozumiesz.
Przez chwilę nasze spojrzenia krzyżowały się, wytwarzając napięcie w atmosferze pomiędzy nami. Przez chwilę pomyślałem, że chciałbym go przelecieć i wrócić do Takashiego z zapachem cudzej spermy, obcymi perfumami wyzierającymi spomiędzy końcówek potarmoszonych włosów oraz malinkami na szyi. W pomiętolonych ubraniach, bez krawata zgubionego gdzieś po drodze. Tak, jak on wracał do mnie.
- Nie rozumiesz - powtórzyłem. - On mnie zdradza. Obiecywał, że się zmieni, że będzie inaczej. Po czym wracał pachnąc kimś innym, z zaschniętą spermą pomiędzy udami - mimowolnie skrzywiłem się na samo wspomnienie. - I tak za każdym razem, jak w jakimś pieprzonym kołowrotku.
- Próbowałeś z nim o tym rozmawiać? - odparł bardziej przejęty. Choć może bardziej zdenerwowany był tym, iż Kaoru mógł w każdej chwili wrócić.
- Jasne.
Spojrzałem na samotnie stojącą szklankę na blacie stołu i wtedy poczułem suchość w gardle, więc wziąłem ją i wypiłem zawartość duszkiem.
- Miałem dość, wyniosłem się. To koniec - powiedziałem.
- Jesteś pewny? - zapytał z powagą.
- Tak - odparłem bez chwili namysłu. Widziałem, jak Daisuke przysuwa kubek z napojem do ust. - I potrzebuję lokum - wraz z wypowiedzeniem przeze mnie tych słów, Daisuke zaczął sę krztusić, a na mojej twarzy pojawił mimowolny uśmiech. Komizm tej sytuacji był zbyt przerysowany. Mój uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- Wykluczone - rzekł stanowczo, po czym zakasłał jeszcze kilka razy.
- Ale...
- Nie da rady, Shinji. Choćbym pałał do ciebie sympatią jak stąd do księżyca, nie ma mowy, by Kaoru zgodził się na coś takiego.
- Czyli rozumiem, że wasze zabawy BDSM nie są tajemnicą? - naprawdę nie chciałem tego robić, ale tym razem nie miałem wyboru. Nie mogłem teraz wrócić do Takashiego ani nie miałbym gdzie się podziać. Widziałem wściekłość w oczach Daisuke, ale... to było moje jedyne koło ratunku.
- Śpisz na kanapie - odparł podenerwowany. - I ani słowa Kaoru, coś z tym zrobię - wstał i skierował się do kuchni, lecz w ostatniej chwili odwrócił się do mnie - i wisisz mi ogromną przysługę - odparł trochę bardziej przyjaźnie. Pokiwałem głową i odetchnąłem, kiedy poszedł.
Kaoru wrócił niedługo później. Chciałem wstać, ale Daisuke zatrzymał mnie ruchem ręki.
- Kochanie, zostaw zakupy w korytarzu - powiedział. - Shinji na pewno je rozpakuje - odparł głośniej, więc gdy tylko usłyszałem zamykane drzwi sypialni za nimi, poszedłem po nie. Nie zdążyłem nawet dojść do kuchni, gdy usłyszałem wrzask Kaoru.
- Nie ma takiej opcji! - krzyczał.
Postanowiłem po prostu ustosunkować się do prośby, przez kolejne piętnaście minut poznając zawartość ich kuchni. To będzie ciężka noc, jednak nie zamierzałem rezygnować i wracać do mieszkania. Za oknem zmierzchało, spojrzałem na zegarek. Było późno, Takashi pewnie wrócił do domu i znalazł kartkę pozostawioną na kuchennym blacie, lecz mój telefon wciąż milczał.

Wtedy usłyszałem skrzypnięcie klamki i dźwięk otwieranych drzwi. Zobaczyłem Kaoru, a za nim pokornie szedł Daisuke. Spojrzał na mnie z miną zbitego psa. To nie mogło wyrokować niczego dobrego.