sobota, 6 czerwca 2015

[1/12] "Give me a sign" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Give me a sign
Paring: Tora/Saga (Alice Nine) - paring główny, Kaoru/Die (Dir en grey), z czasem zapewne będzie ich więcej
Gatunek: -
Rating: ?
Ostrzeżenia: na razie ich nie ma
Od autora: Po prostu zapraszam :)

*
Brzdęk odkładanej łyżeczki, trzask zamykanej szafki. Odgłos mieszania, łyżeczka rytmicznie obija się o kubek - raz na cztery. Kiedy tego słucham, czuję się jak paralita, który ma problem z tylko jednym kierunkiem. To tak, jakby łyżeczka dążyła do lewej strony za wszelką cenę aż nie dotkie kubka, osiągając spełnienie. Ot, wysublimowany kaprys łyżeczki. On też był jak taka pieprzona łyżeczka - myślę, chwytając kubek za uszko i zanosząc go do tętniącego pustką salonu. Stawiam na stoliku i siadam na kanapie. Już dawno wynieśliśmy się z ciasnych kawalerek, jednak nawet to nie zachęciło Takashiego do częstszych powrotów. Takashi niczym łyżeczka - myślę, siadając niemal bezwładnym ruchem ciała na kanapę. Patrzę w okno. Spycha mnie na krańce wytrzymałości, żeby przywrócić do równowagi paroma nie-do-końca-czułymi słówkami i pełnymi miłości gestami, ostatecznie zawsze kończymy w łóżku, pieprząc się jak króliki. Pozwala mi być na górze. Kawa zatacza koła. Kręci się jak karuzela. Jak ja. Zawsze pozwalam mu wracać, nieważne, jak bardzo by mnie nie zranił. Zawsze dosięgam jego ust i zostawiam na nich swoją miłość, ciągle i ciągle. Gdyby metaforyczne serce nie posiadało umiejętności regeneracji, pewnie skończyłbym na psychotropach, które wyprałyby ze mnie wszelkie emocje. Takashi, Takashi, Takashi - w mojej głowie tkwiła wciąż ta sama mantra, zataczając się niczym kawa. Dość. Przykrywam kubek własną dłonią. Na paznokciach widnieją resztki czarnego lakieru.
*
Wyszedłem, po prostu wyszedłem. Wyobrażając sobie Takashiego, który wraca do domu i zastaje tylko głuchą ciszę, na jaką ja byłem skazany przez te wszystkie lata. Widząc jego zaskoczoną minę, wyobrażając sobie, jak chwyta za telefon i dzwoni do mnie. Mówi, że mam wracać, natychmiast, bo nie może beze mnie żyć. Otworzyłem oczy. Przede mną widniała ulica pełna ludzi, pochłoniętych swoimi sprawami. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na mój pozdzierany lakier na paznokciach. Poszedłem przed siebie. Wmieszałem się w tłum. Wyróżniać mnie mogła jedynie zwykła szara torba sportowa z czerwonym paskiem nadziei.
Stojąc na klatce schodowej przed apartamentem Daisuke i Kaoru, przed oczami miałem Takashiego, który przekracza próg domu, zrzuca z siebie kurtkę, podąża do salonu i chwyta kartkę, na której widnieje napis "odchodzę". A co, jeśli weźmie mnie na poważnie? Jeśli wcale nie zadzwoni, tylko wyrzuci ją do kosza i przejdzie z tym do porządku dzien...
- Co to miało być?! Kajdanki?! - usłyszałem znajomy głos zza drzwi. To był Daisuke.
- No wybacz, Toshiya mówił, że mu się zwierzałeś i... - drugi głos, przyciszony, spokojniejszy, zapewne należał do Kaoru.
- A co mnie obchodzi, co mówił Toshiya?! - wrzeszczał dalej Die. - Masz to wyrzucić!
- Nie wyrzucę...
- Ty...
- Amano? Co ty tu robisz? - usłyszałem przed sobą znajomy głos. Tym razem głośno i wyraźnie. Zawahałem się. Przede mną stał Kaoru. Miał kruczoczarne włosy i poranny zarost. Na siebie zarzucił jedynie bokserki i bezrękawnik. Stał przede mną boso.
- Nie chciałem przysparzać kłopotu, ale... - mój wzrok powędrował do jego oczu. - Mogę porozmawiać z Daisuke?
Wpuścił mnie bez słowa. Widziałem tylko, jak marszczy brwi, najpewniej nierozumiejąc. Nie przejąłem się tym za bardzo, po prostu wszedłem. Daisuke wyszedł z sypialni, wiążąc włosy i odgarniając je z twarzy.
- O, Shinji - zdziwił się, widząc mnie z torbą, kompletnie skołowanego. Miał na sobie same bokserki. Jego tors był całkiem ładny, jednakże nic nie było w stanie przytłoczyć perfekcyjnego ciała Takashiego. - Coś się stało? - zapytał. Oczami wyobraźni widziałem, jak jego ciało pulsuje przyspieszonym ze złości tętnem.
- Właściwie... - mój wzrok zabłądził w okolicach ściany. - Tak.
Dziwiłem się, dlaczego poszedłem akurat tam. Wiedziałem, że Die miał własne życie, własnego Kaoru, ale... po prostu przyszedłem.
Kaoru zamknął drzwi. Słyszałem szelest materiału. Wiedziałem, że zakłada ręce na piersiach. Na pewno nie był z tej sytuacji zadowolony. Co ja robiłem?
Die spojrzał na mnie badawczo. Nie musiało minąć wiele, by wiedział, o co chodzi.
- Chciałbym... - zacząłem.
- Kaokao - Die mi przerwał. - Nie chciałbyś przebrać się w swój ulubiony dres i skoczyć  po bułeczki - zaszydził, uśmiechając się. Czy oni byli w trakcie kłótni?
- Pójdę, Andou, ale jak wrócę, wszystko ma być wyjaśnione - poszedł i zniknął za drzwiami sypialni. Die zaprowadził mnie do salonu, uprzednio biorąc nadmiar mojego odzienia i zostawiając w przedpokoju. Salon był przestrzenny i przyjemny. Urządzony w minimalistycznym europejskim stylu.
- Usiądź, napijesz się czegoś?
- Wody - odparłem, a Die zniknął w kuchni.
Kiedyś spotkaliśmy się z Die'm na jakiejś popijawie. Takashi wtedy nie pojawił się w ogóle albo zniknął, nie pamiętam. Fakty tamtej nocy zamazywały się w mojej pamięci wraz z sukcesywnie rosnącymi we krwi promilami. Gadaliśmy bardzo długo, chyba nawet prawie się ze sobą przespaliśmy, ale ostatecznie wyrzuty sumienia zabuzowały w głowie mocniej od alkoholu. Wiedziałem, że oznaczałoby to koniec Takashiego i mnie. Nie przyjąłby mnie z powrotem śmierdzącego obcymi perfumami, oblepionego cudzą spermą. Klamka nie uginałaby się pod ciężarem mojej dłoni. Zostałbym sam.
Zaborczość Takashiego mogła wydawać się bardzo toksyczna, ale... zależało mi na nim.
- Więc? - zapytał Die, wchodząc do pokoju ze szklanką wody w jednej ręce i parującym kubkiem w drugiej.
- Nie wrócił - odparłem ze wzrokiem wbitym w blat stołu.
Daisuke spojrzał na mnie uważniej, pochylając się, jakby chciał spojrzeć w moją twarz, wwiercić się w mózg i wyciągnąć z niego wszystkie niejasne informacje.
- I? - zapytał w końcu.
- No i odszedłem. Zostawiłem kartkę z napisem "odchodzę" i poszedłem - kiedy zerknąłem w stronę przyjaciela, ujrzałem tylko jego pełne pobłażania spojrzenie. - Co? - zapytałem inteligentnie, a on załamał ręce.
- Ty tylko udajesz czy naprawdę jesteś taką sierotą? - przewrócił oczami. - Ja rozumiem, że...
- Nie - przerwałem mu. - Nie rozumiesz.
Przez chwilę nasze spojrzenia krzyżowały się, wytwarzając napięcie w atmosferze pomiędzy nami. Przez chwilę pomyślałem, że chciałbym go przelecieć i wrócić do Takashiego z zapachem cudzej spermy, obcymi perfumami wyzierającymi spomiędzy końcówek potarmoszonych włosów oraz malinkami na szyi. W pomiętolonych ubraniach, bez krawata zgubionego gdzieś po drodze. Tak, jak on wracał do mnie.
- Nie rozumiesz - powtórzyłem. - On mnie zdradza. Obiecywał, że się zmieni, że będzie inaczej. Po czym wracał pachnąc kimś innym, z zaschniętą spermą pomiędzy udami - mimowolnie skrzywiłem się na samo wspomnienie. - I tak za każdym razem, jak w jakimś pieprzonym kołowrotku.
- Próbowałeś z nim o tym rozmawiać? - odparł bardziej przejęty. Choć może bardziej zdenerwowany był tym, iż Kaoru mógł w każdej chwili wrócić.
- Jasne.
Spojrzałem na samotnie stojącą szklankę na blacie stołu i wtedy poczułem suchość w gardle, więc wziąłem ją i wypiłem zawartość duszkiem.
- Miałem dość, wyniosłem się. To koniec - powiedziałem.
- Jesteś pewny? - zapytał z powagą.
- Tak - odparłem bez chwili namysłu. Widziałem, jak Daisuke przysuwa kubek z napojem do ust. - I potrzebuję lokum - wraz z wypowiedzeniem przeze mnie tych słów, Daisuke zaczął sę krztusić, a na mojej twarzy pojawił mimowolny uśmiech. Komizm tej sytuacji był zbyt przerysowany. Mój uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- Wykluczone - rzekł stanowczo, po czym zakasłał jeszcze kilka razy.
- Ale...
- Nie da rady, Shinji. Choćbym pałał do ciebie sympatią jak stąd do księżyca, nie ma mowy, by Kaoru zgodził się na coś takiego.
- Czyli rozumiem, że wasze zabawy BDSM nie są tajemnicą? - naprawdę nie chciałem tego robić, ale tym razem nie miałem wyboru. Nie mogłem teraz wrócić do Takashiego ani nie miałbym gdzie się podziać. Widziałem wściekłość w oczach Daisuke, ale... to było moje jedyne koło ratunku.
- Śpisz na kanapie - odparł podenerwowany. - I ani słowa Kaoru, coś z tym zrobię - wstał i skierował się do kuchni, lecz w ostatniej chwili odwrócił się do mnie - i wisisz mi ogromną przysługę - odparł trochę bardziej przyjaźnie. Pokiwałem głową i odetchnąłem, kiedy poszedł.
Kaoru wrócił niedługo później. Chciałem wstać, ale Daisuke zatrzymał mnie ruchem ręki.
- Kochanie, zostaw zakupy w korytarzu - powiedział. - Shinji na pewno je rozpakuje - odparł głośniej, więc gdy tylko usłyszałem zamykane drzwi sypialni za nimi, poszedłem po nie. Nie zdążyłem nawet dojść do kuchni, gdy usłyszałem wrzask Kaoru.
- Nie ma takiej opcji! - krzyczał.
Postanowiłem po prostu ustosunkować się do prośby, przez kolejne piętnaście minut poznając zawartość ich kuchni. To będzie ciężka noc, jednak nie zamierzałem rezygnować i wracać do mieszkania. Za oknem zmierzchało, spojrzałem na zegarek. Było późno, Takashi pewnie wrócił do domu i znalazł kartkę pozostawioną na kuchennym blacie, lecz mój telefon wciąż milczał.

Wtedy usłyszałem skrzypnięcie klamki i dźwięk otwieranych drzwi. Zobaczyłem Kaoru, a za nim pokornie szedł Daisuke. Spojrzał na mnie z miną zbitego psa. To nie mogło wyrokować niczego dobrego.

poniedziałek, 11 maja 2015

[3/x] "... and the worst thing is that I still love you" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry, Moi Drodzy. Ostatnimi czasy strasznie zaniedbałam bloga, jednak mam dobrą wiadomość dla fanów tygrysich namiętności - wena wróciła, co więcej, małymi kroczkami wracam do pisania "... and the worst thing". Niestety mój napięty okres potrwa jeszcze trochę, ale już powolutku się rozluźnia. W związku z tym mam przyjemność zaprezentować Wam trzecią część drugiej serii mojego najdłuższego opowiadania. (Nigdy nie spodziewałabym się, że napiszę coś tak długiego i tak bardzo przywiążę się do swoich bohaterów!) Mam nadzieję, że wybaczycie mi ogromne odstępy czasowe pomiędzy notkami. Zapraszam.

*
03.
Szedłem, trzymając się nieznacznie z tyłu, odkuwając sobie brak bliskości kuszącego sąsiada sporadycznym spoglądaniem na jego zgrabny tyłek. Zdecydowanie zgrabny. Z moich ust wydostało się niekontrolowane westchnienie. Saga nawet na mnie nie spojrzał. Nie słyszał?
- Właściwie... - zacząłem.
- Długo przyjaźnisz się z Yuu? - zapytał. Miałem wrażenie, że stopniowo przyspiesza kroku.
- Ta-tak - odparłem skołowany. - Chodziliśmy razem do szkoły...
Nie powiedział już nic, tylko skręcił w którąś z bocznych uliczek i zniknął za drzwiami sklepu. Nie minęła nawet chwila, a wychodził z niego, zaciskając między wargami cienkiego papierosa i klepiąc się po kieszeniach.
- Cholera, masz ognia? - zapytał, znów zatrzymując na mnie swoją uwagę. Przeszedł mnie dreszcz. Wyjąłem z tylnej kieszeni spodni zapalniczkę i mu podałem. Kiedy zasłaniał końcówkę fajki dłonią i zapalał ją, kiedy przelotem oddawał mi zapalniczkę, by zaciągnąć się fajką, zaciskając usta na filtrze, gdy poruszała się przy tym jego grdyka... właśnie wtedy w mojej głowie pojawiło się tylko jedno słowo. Idealny. Nic nie opisywało go równie dobrze. Nawet jego trochę za duży nos miał w sobie coś perfekcyjnego. Przygryzłem wargę i spuściłem wzrok, kiedy zmroziło mnie jego spojrzenie. Musiałem za długo mu się przyglądać.
- Zintegruj się ze mną - powiedział prosto z mostu. Poczułem, jak moje serce bije mocniej i szybciej. Widziałem przed sobą jego czekoladowe oczy i lekki uśmiech na ustach. Aż wstrzymałem na chwilę oddech pod ciężarem tego jego spojrzenia.
- Zintegrować...? - zapytałem nieskładnie, niezdolny do czegokolwiek poza mozolnym i nieskutecznym uspokajaniem kołatającego serca.
- Tak, przejdźmy się po mieście, poznajmy okolicę... - nie widziałem intensywności jego spojrzenia, bo mój wzrok uparcie osuwał się na usta. Może nawet ładniejsze od Takashiego. Aż miałem ochotę zbadać ich smak, fakturę... Chwila. Czy on mnie właśnie zapraszał na wspólne włóczenie się po mieście? Cholera, on chciał spędzać ze mną czas... ale nie, tym razem nie dam się wciągnąć. Sprawa z Takashim była stara, ale pozostawiła po sobie niezatarte piętno. Tym razem po prostu nie będę tak głupi i nie zaangażuję się w coś, co nie ma prawa bytu. Przecież jestem już dorosły.
- Jasne - odparłem, uśmiechając się niewinnie, jakbym jeszcze przed chwilą nie wyobrażał sobie smaku jego ust. Zupełnie, jakbym wcale nie był gejem napalonym na przypadkowego kolegę, który nie musiał przecież podzielać moich preferencji. Podejrzewam, że cała ta moja wyolbrzymiona niewinność dała efekt uśmiechu godnego pedofila, w czym tylko przekonała mnie jego dziwna mina, z jedną brwią uniesioną. Zupełnie, jak Takashi...
- Więc... - odparł, ruszając przed siebie i przenosząc swoje spojrzenie na drogę. Zrównałem z nim kroku.
- Więc? - zapytałem, spoglądając na niego chyba trochę zbyt długo, bo i on podniósł na mnie swój wzrok, przeszywając czekoladową głębią ciemnych tęczówek. Kiedy pomyślałem o czekoladzie, przed moimi oczami momentalnie stanął on, zupełnie nagi, bruny od czekolady. Mój język sunący po jego gładkiej skórze i...
Wzdrygnąłem się chyba zbyt gwałtownie, przyciskając do siebie dłonie tkwiące we wnętrzu kurtki. Saga zatrzymał się.
- Co jest? - zapytał.
Świetnie. Jeszcze trochę i weźmie mnie za paranoika.
- Nic, wszystko dobrze.
Ruszyliśmy znów. Spojrzałem w dół i z ulgą spostrzegłem, że bardzo nieprzyzwoity widok zakrywa moja wisząca luźno kurtka. Odetchnąłem dyskretnie i starałem się skupić na prostym chodzeniu pomimo nóg miękkich w kolanach. W ogóle na chodzeniu. Zdawało mi się cudem, że moje nogi po prostu się nie pouginały przez tę miękkość, a ja nie upadłem jakby ktoś podciął mi łydki. Bogowie, o czym ja myślę? Jestem tutaj, teraz, z nim... Saga szedł, patrząc na wszystko dookoła, co nie było mną. Z uwagą obserwował mijane sklepy, szyldy i przechodniów, a nawet niebo, które tego dnia miało niespotykanie ładnie błękitny kolor. Zawsze miałem pecha do facetów. Do dziewczyn zresztą też, a może po prostu nigdy nie lubiłem ich tak, jak Takashiego?
- O czym myślisz, że tak ciężko wzdychasz?
- O miłości swojego życia, która spieprzyła z niego szybciej niż do niego wlazła.
- A to ciekawe - Saga utkwił we mnie pełne napięcia spojrzenie. Jego adoracja była czymś cudownym (nawet, jeśli to tylko spojrzenie), zresztą on cały był, ale czy ja właśnie powiedziałem to na głos?
- Nic takiego - zaoponowałem od razu.
- Jak już zacząłeś, to musisz skończyć - powiedział, a ja kątem oka widziałem rysujący się na twarzy uśmiech.
- A co dostanę w zamian? - zapytałem.
Poczułem jego wzrok głęboko utkwiony we mnie, jakby sam chciał wydobyć spomiędzy płatów mojego zdezorientowanego mózgu pożądaną informację. Przecież nie dam tak łatwo za wygraną. Tym bardziej, że gość miał w sobie coś magnetycznego. Aż miałem ochotę się z nim podroczyć. Saga...
- Zależy czego chcesz - odbił piłeczkę, przyglądając mi się najwyraźniej z narastającym zainteresowaniem.
Wyraźnie mnie podrywał. Czy tylko ja to widziałem? Bogowie, że jestem gejem uświadomił mnie Takashi. Oczywiście nie stało się to od razu po spotkaniu go ani po jego odejściu. Po prostu kiedy uprawiałem seks ze swoją ówczesną dziewczyną, szczytując, z moich ust wyrwało się jego imię. Wyrzuciła mnie i kazała nie pokazywać się więcej na oczy. Od tamtej pory nie spotkałem się już z żadną dziewczyną. Przez cały czas czułem się jak jedyny gej na świecie, bo przecież nawet Yuu, poza swoim małym skokiem, był hetero. Wolałem nie przyznawać się do orientacji i skończyć jako samotny niewyżyty gej. Pragnąłem poświęcić się pracy i na dobre zapomnieć o Takashim, a wraz z nim pogrzebać moje życie uczuciowe. Teraz nagle spotykam jego, Sagę, jakiś chodzący pieprzony ideał o kuszących wargach, który także wygląda na zainteresowanego. Jednak czy na pewno? Zlustrowałem go wzrokiem. Może to tylko pozór, nowy sposób na dziewczyny, cokolwiek? A może moja nadzieja na rozpoczęcie nowego etapu w życiu, zamknięcie cudownych wspominek pieprzonego Takashiego, który po prostu odszedł. Tak, to zdecydowanie był pomysł.
Naglące spojrzenie Sagi przyprawiło mnie o nieznośne uczucie gorąca przeszywające od koniuszków palców stóp aż po czubek głowy.
Gdyby Takashi chciał wrócić, już dawno by to zrobił.
- Nie wiem, na ile mogę sobie pozwolić - wyeksponowałem krzywe uzębienie i przystanąłem, a on ze mną. Gdzieś na niebie zawył ptak. Na ulicy obok mknęły samochody, a ludzie omijali nas. Staliśmy i patrzyliśmy sobie badawczo w oczy, dopóki jakiś biznesmenik nie wpadł na mnie i nie zaczął przepraszać, kłaniając się nisko. Kiedy moje oczy spoczęły na Sadze, jego spojrzenie utkwione było gdzieś w dali, a na twarzy widniał mały uśmieszek, jakby stwierdzał "a więc to tak, rozumiem". Nie rozumiałem go zupełnie. Był dla mnie zagadką, której pokusa poznania była tak ogromna, że...
- Jeśli chcesz mnie zaciągnąć do łóżka, możesz powiedzieć wprost - odrzekł jakby nigdy nic, po prostu ruszając przed siebie. Stałem z otwartymi ustami, nie wiedząc w czym utkwić wzrok. Moje nogi niczym kamień stopiły się z chodnikiem.
Odwrócił się.
- No to jak, idziesz?

sobota, 9 maja 2015

[One Shot] "Śpiący tygrys" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Śpiący tygrys
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: fluff
Rating: G
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Bardzo miniaturkowa miniaturka. Sielski obraz, napisany w przerwie pomiędzy stresem a stresem. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Enjoy~

*
Czasem po prostu zasypiał, jak dzisiaj, w tygrysim rozleniwieniu i z okularami na nosie, groteskowo przybierając minę naburmuszonego pięciolatka. Parsknąłem tylko, bo przecież nie wypadało mi się rozczulać nad dzikim kotem. Zsunąłem okulary z jego nosa i odkładałem na najbliższy stolik. Nie brałem go romantycznie z kanapy na ręce i nie zanosiłem na łóżko, przy okazji wywracając siebie, tygrysa i wazę jego matki, która z całą pewnością pomimo sympatycznych wizyt w progach rodziny Amano i wspólnego oglądania zdjęć młodego tygrysa, przestałaby mnie lubić. Zamiast tego po prostu orkywałem go kocem. Zrobiłem to, delikatne wsuwając brzegi koca pod jego ciało, by je owinąć. Wtedy kot zaczął mruczeć, przewracając się na bok.
- Ochh, Takashi - wymruczał tylko, by pogrążyć się z powrotem w onirycznej krainie.
- Ciekawe o czym śnisz, mały zboku - zaśmiałem się, obserwując jego marszczące się brwi. Jakby coś w tym stanie rozumiał.
- Ja nie jestem zboczony - odparł jakby w półśnie.
Roześmiałem się.
- To ty nie śpisz?
- Nie.
- Czyli za oszukiwanie mnie mogę oblać cię kubłem zimnej wody.
- I tak tego nie zrobisz - odparł z udawaną pewnością i nadzieją, że nie ujrzałem jego uchylających się powiek. Na pewno chciał podejrzeć, czy czasem nie wykonuję jakichś podejrzanynch ruchów.
Jednak ujrzenie śpiącego tygrysa w pełnej krasie nie było takim łatwym osiągnięciem.
Usiadłem na kanapie i położyłem dłoń na jego brzuchu. Zerknął na mnie spod ledwo rozwartych powiek z nieukrywanym zaskoczeniem.
- A co chcesz zrobić teraz?
Prychnąłem. Jak to co chcę zrobić. Nie minęło dużo czasu, gdy ściągnąłem z niego koc, a w zamian za to usiadłem na jego biodrach.
- Teraz ja będę musiał cię wystarczająco rozgrzać, tygrysie.
Uśmiechnąłem się do niego i zacząłem chłodnymi dłońmi badać fakturę jego rozgrzanego brzucha.
- Zobaczymy czy będziesz lepszy od koca - powiedział, choć w jego już szerzej otwartych oczach widziałem iskierkę szczęścia. Taki właśnie był cały tygrys - bezgranicznie ufny i oddany, choć czasem szamotał się jak motyl w sieci. Zupełnie niepotrzebnie, bo z mojej sieci żaden motyl nie ma szans na ucieczkę, dopóki sam nie wezmę go w dłonie i nie wypuszczę.
- Ale wiesz, że za kłamstwo grozi kara?
- Jaka kara? - zapytał, marszcząc zabawnie brwi.
- Dziś jesteś udomowionym kotem, a ja zdominuję cię swoim temperamentem - odparłem, uśmiechając się do niego tak, by jego ciało wypełniło nieznośne gorąco. Dobrze wiedziałem, jak działały na niego nawet najdrobniejsze z moich gestów. Cały tygrys. Zupełnie jak udomowiony kot.