poniedziałek, 11 maja 2015

[3/x] "... and the worst thing is that I still love you" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Od autora: Dzień dobry, Moi Drodzy. Ostatnimi czasy strasznie zaniedbałam bloga, jednak mam dobrą wiadomość dla fanów tygrysich namiętności - wena wróciła, co więcej, małymi kroczkami wracam do pisania "... and the worst thing". Niestety mój napięty okres potrwa jeszcze trochę, ale już powolutku się rozluźnia. W związku z tym mam przyjemność zaprezentować Wam trzecią część drugiej serii mojego najdłuższego opowiadania. (Nigdy nie spodziewałabym się, że napiszę coś tak długiego i tak bardzo przywiążę się do swoich bohaterów!) Mam nadzieję, że wybaczycie mi ogromne odstępy czasowe pomiędzy notkami. Zapraszam.

*
03.
Szedłem, trzymając się nieznacznie z tyłu, odkuwając sobie brak bliskości kuszącego sąsiada sporadycznym spoglądaniem na jego zgrabny tyłek. Zdecydowanie zgrabny. Z moich ust wydostało się niekontrolowane westchnienie. Saga nawet na mnie nie spojrzał. Nie słyszał?
- Właściwie... - zacząłem.
- Długo przyjaźnisz się z Yuu? - zapytał. Miałem wrażenie, że stopniowo przyspiesza kroku.
- Ta-tak - odparłem skołowany. - Chodziliśmy razem do szkoły...
Nie powiedział już nic, tylko skręcił w którąś z bocznych uliczek i zniknął za drzwiami sklepu. Nie minęła nawet chwila, a wychodził z niego, zaciskając między wargami cienkiego papierosa i klepiąc się po kieszeniach.
- Cholera, masz ognia? - zapytał, znów zatrzymując na mnie swoją uwagę. Przeszedł mnie dreszcz. Wyjąłem z tylnej kieszeni spodni zapalniczkę i mu podałem. Kiedy zasłaniał końcówkę fajki dłonią i zapalał ją, kiedy przelotem oddawał mi zapalniczkę, by zaciągnąć się fajką, zaciskając usta na filtrze, gdy poruszała się przy tym jego grdyka... właśnie wtedy w mojej głowie pojawiło się tylko jedno słowo. Idealny. Nic nie opisywało go równie dobrze. Nawet jego trochę za duży nos miał w sobie coś perfekcyjnego. Przygryzłem wargę i spuściłem wzrok, kiedy zmroziło mnie jego spojrzenie. Musiałem za długo mu się przyglądać.
- Zintegruj się ze mną - powiedział prosto z mostu. Poczułem, jak moje serce bije mocniej i szybciej. Widziałem przed sobą jego czekoladowe oczy i lekki uśmiech na ustach. Aż wstrzymałem na chwilę oddech pod ciężarem tego jego spojrzenia.
- Zintegrować...? - zapytałem nieskładnie, niezdolny do czegokolwiek poza mozolnym i nieskutecznym uspokajaniem kołatającego serca.
- Tak, przejdźmy się po mieście, poznajmy okolicę... - nie widziałem intensywności jego spojrzenia, bo mój wzrok uparcie osuwał się na usta. Może nawet ładniejsze od Takashiego. Aż miałem ochotę zbadać ich smak, fakturę... Chwila. Czy on mnie właśnie zapraszał na wspólne włóczenie się po mieście? Cholera, on chciał spędzać ze mną czas... ale nie, tym razem nie dam się wciągnąć. Sprawa z Takashim była stara, ale pozostawiła po sobie niezatarte piętno. Tym razem po prostu nie będę tak głupi i nie zaangażuję się w coś, co nie ma prawa bytu. Przecież jestem już dorosły.
- Jasne - odparłem, uśmiechając się niewinnie, jakbym jeszcze przed chwilą nie wyobrażał sobie smaku jego ust. Zupełnie, jakbym wcale nie był gejem napalonym na przypadkowego kolegę, który nie musiał przecież podzielać moich preferencji. Podejrzewam, że cała ta moja wyolbrzymiona niewinność dała efekt uśmiechu godnego pedofila, w czym tylko przekonała mnie jego dziwna mina, z jedną brwią uniesioną. Zupełnie, jak Takashi...
- Więc... - odparł, ruszając przed siebie i przenosząc swoje spojrzenie na drogę. Zrównałem z nim kroku.
- Więc? - zapytałem, spoglądając na niego chyba trochę zbyt długo, bo i on podniósł na mnie swój wzrok, przeszywając czekoladową głębią ciemnych tęczówek. Kiedy pomyślałem o czekoladzie, przed moimi oczami momentalnie stanął on, zupełnie nagi, bruny od czekolady. Mój język sunący po jego gładkiej skórze i...
Wzdrygnąłem się chyba zbyt gwałtownie, przyciskając do siebie dłonie tkwiące we wnętrzu kurtki. Saga zatrzymał się.
- Co jest? - zapytał.
Świetnie. Jeszcze trochę i weźmie mnie za paranoika.
- Nic, wszystko dobrze.
Ruszyliśmy znów. Spojrzałem w dół i z ulgą spostrzegłem, że bardzo nieprzyzwoity widok zakrywa moja wisząca luźno kurtka. Odetchnąłem dyskretnie i starałem się skupić na prostym chodzeniu pomimo nóg miękkich w kolanach. W ogóle na chodzeniu. Zdawało mi się cudem, że moje nogi po prostu się nie pouginały przez tę miękkość, a ja nie upadłem jakby ktoś podciął mi łydki. Bogowie, o czym ja myślę? Jestem tutaj, teraz, z nim... Saga szedł, patrząc na wszystko dookoła, co nie było mną. Z uwagą obserwował mijane sklepy, szyldy i przechodniów, a nawet niebo, które tego dnia miało niespotykanie ładnie błękitny kolor. Zawsze miałem pecha do facetów. Do dziewczyn zresztą też, a może po prostu nigdy nie lubiłem ich tak, jak Takashiego?
- O czym myślisz, że tak ciężko wzdychasz?
- O miłości swojego życia, która spieprzyła z niego szybciej niż do niego wlazła.
- A to ciekawe - Saga utkwił we mnie pełne napięcia spojrzenie. Jego adoracja była czymś cudownym (nawet, jeśli to tylko spojrzenie), zresztą on cały był, ale czy ja właśnie powiedziałem to na głos?
- Nic takiego - zaoponowałem od razu.
- Jak już zacząłeś, to musisz skończyć - powiedział, a ja kątem oka widziałem rysujący się na twarzy uśmiech.
- A co dostanę w zamian? - zapytałem.
Poczułem jego wzrok głęboko utkwiony we mnie, jakby sam chciał wydobyć spomiędzy płatów mojego zdezorientowanego mózgu pożądaną informację. Przecież nie dam tak łatwo za wygraną. Tym bardziej, że gość miał w sobie coś magnetycznego. Aż miałem ochotę się z nim podroczyć. Saga...
- Zależy czego chcesz - odbił piłeczkę, przyglądając mi się najwyraźniej z narastającym zainteresowaniem.
Wyraźnie mnie podrywał. Czy tylko ja to widziałem? Bogowie, że jestem gejem uświadomił mnie Takashi. Oczywiście nie stało się to od razu po spotkaniu go ani po jego odejściu. Po prostu kiedy uprawiałem seks ze swoją ówczesną dziewczyną, szczytując, z moich ust wyrwało się jego imię. Wyrzuciła mnie i kazała nie pokazywać się więcej na oczy. Od tamtej pory nie spotkałem się już z żadną dziewczyną. Przez cały czas czułem się jak jedyny gej na świecie, bo przecież nawet Yuu, poza swoim małym skokiem, był hetero. Wolałem nie przyznawać się do orientacji i skończyć jako samotny niewyżyty gej. Pragnąłem poświęcić się pracy i na dobre zapomnieć o Takashim, a wraz z nim pogrzebać moje życie uczuciowe. Teraz nagle spotykam jego, Sagę, jakiś chodzący pieprzony ideał o kuszących wargach, który także wygląda na zainteresowanego. Jednak czy na pewno? Zlustrowałem go wzrokiem. Może to tylko pozór, nowy sposób na dziewczyny, cokolwiek? A może moja nadzieja na rozpoczęcie nowego etapu w życiu, zamknięcie cudownych wspominek pieprzonego Takashiego, który po prostu odszedł. Tak, to zdecydowanie był pomysł.
Naglące spojrzenie Sagi przyprawiło mnie o nieznośne uczucie gorąca przeszywające od koniuszków palców stóp aż po czubek głowy.
Gdyby Takashi chciał wrócić, już dawno by to zrobił.
- Nie wiem, na ile mogę sobie pozwolić - wyeksponowałem krzywe uzębienie i przystanąłem, a on ze mną. Gdzieś na niebie zawył ptak. Na ulicy obok mknęły samochody, a ludzie omijali nas. Staliśmy i patrzyliśmy sobie badawczo w oczy, dopóki jakiś biznesmenik nie wpadł na mnie i nie zaczął przepraszać, kłaniając się nisko. Kiedy moje oczy spoczęły na Sadze, jego spojrzenie utkwione było gdzieś w dali, a na twarzy widniał mały uśmieszek, jakby stwierdzał "a więc to tak, rozumiem". Nie rozumiałem go zupełnie. Był dla mnie zagadką, której pokusa poznania była tak ogromna, że...
- Jeśli chcesz mnie zaciągnąć do łóżka, możesz powiedzieć wprost - odrzekł jakby nigdy nic, po prostu ruszając przed siebie. Stałem z otwartymi ustami, nie wiedząc w czym utkwić wzrok. Moje nogi niczym kamień stopiły się z chodnikiem.
Odwrócił się.
- No to jak, idziesz?

sobota, 9 maja 2015

[One Shot] "Śpiący tygrys" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Śpiący tygrys
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: fluff
Rating: G
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Bardzo miniaturkowa miniaturka. Sielski obraz, napisany w przerwie pomiędzy stresem a stresem. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Enjoy~

*
Czasem po prostu zasypiał, jak dzisiaj, w tygrysim rozleniwieniu i z okularami na nosie, groteskowo przybierając minę naburmuszonego pięciolatka. Parsknąłem tylko, bo przecież nie wypadało mi się rozczulać nad dzikim kotem. Zsunąłem okulary z jego nosa i odkładałem na najbliższy stolik. Nie brałem go romantycznie z kanapy na ręce i nie zanosiłem na łóżko, przy okazji wywracając siebie, tygrysa i wazę jego matki, która z całą pewnością pomimo sympatycznych wizyt w progach rodziny Amano i wspólnego oglądania zdjęć młodego tygrysa, przestałaby mnie lubić. Zamiast tego po prostu orkywałem go kocem. Zrobiłem to, delikatne wsuwając brzegi koca pod jego ciało, by je owinąć. Wtedy kot zaczął mruczeć, przewracając się na bok.
- Ochh, Takashi - wymruczał tylko, by pogrążyć się z powrotem w onirycznej krainie.
- Ciekawe o czym śnisz, mały zboku - zaśmiałem się, obserwując jego marszczące się brwi. Jakby coś w tym stanie rozumiał.
- Ja nie jestem zboczony - odparł jakby w półśnie.
Roześmiałem się.
- To ty nie śpisz?
- Nie.
- Czyli za oszukiwanie mnie mogę oblać cię kubłem zimnej wody.
- I tak tego nie zrobisz - odparł z udawaną pewnością i nadzieją, że nie ujrzałem jego uchylających się powiek. Na pewno chciał podejrzeć, czy czasem nie wykonuję jakichś podejrzanynch ruchów.
Jednak ujrzenie śpiącego tygrysa w pełnej krasie nie było takim łatwym osiągnięciem.
Usiadłem na kanapie i położyłem dłoń na jego brzuchu. Zerknął na mnie spod ledwo rozwartych powiek z nieukrywanym zaskoczeniem.
- A co chcesz zrobić teraz?
Prychnąłem. Jak to co chcę zrobić. Nie minęło dużo czasu, gdy ściągnąłem z niego koc, a w zamian za to usiadłem na jego biodrach.
- Teraz ja będę musiał cię wystarczająco rozgrzać, tygrysie.
Uśmiechnąłem się do niego i zacząłem chłodnymi dłońmi badać fakturę jego rozgrzanego brzucha.
- Zobaczymy czy będziesz lepszy od koca - powiedział, choć w jego już szerzej otwartych oczach widziałem iskierkę szczęścia. Taki właśnie był cały tygrys - bezgranicznie ufny i oddany, choć czasem szamotał się jak motyl w sieci. Zupełnie niepotrzebnie, bo z mojej sieci żaden motyl nie ma szans na ucieczkę, dopóki sam nie wezmę go w dłonie i nie wypuszczę.
- Ale wiesz, że za kłamstwo grozi kara?
- Jaka kara? - zapytał, marszcząc zabawnie brwi.
- Dziś jesteś udomowionym kotem, a ja zdominuję cię swoim temperamentem - odparłem, uśmiechając się do niego tak, by jego ciało wypełniło nieznośne gorąco. Dobrze wiedziałem, jak działały na niego nawet najdrobniejsze z moich gestów. Cały tygrys. Zupełnie jak udomowiony kot.

wtorek, 14 kwietnia 2015

[One Shot] "Rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom" [Kyo/Saga] (Dir en grey/Alice Nine)

Tytuł: Rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom
Paring: Kyo (Dir en grey)/Saga (Alice Nine)
Gatunek: Chyba powinnam stworzyć własny xD
Rating: 12+
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Ten paring to nie jest żaden żart. Zainteresowanych zapraszam do lektury~
PS. Nawet ich pseudonimy do siebie nie pasują. xD

*
Widział go chyba raz. Wiedział, do jakiej należał wytwórni, nawet kto zauważył jego zespolik. Nigdy nie interesowały go jednak zakrawające na muzykę popularną brzmienia, więc nie wnikał w to. Jego twarz mogła pojawiać się na ogromnych bilboardach czy na okładkach gazet, jednak niczym niewzruszony Tooru starał się nie zwracać uwagi na środki masowego przekazu niezwiązane bezpośrednio z nim samym lub jego zespołem. Taki już właśnie był - twardo stąpający po ziemi, choć publicznie jego poglądy bywały bardzo radykalnie traktowane. A czasem po prostu kłamał. Taki już był Tooru. Pan niczym niewzruszony, w stylowym garniturze oczywiście specjalnie zaprojektowanym dla szanowanego muzyka, lawirował pomiędzy mniej lub bardziej przypadkowymi gośćmi, czasem sekundę dłużej przykuwając uwagę do jednej z niebrzydkich kobiet, których na przyjęciu było co niemiara. Właśnie gdzieś z kolorowego tłumu wyrosła sylwetka dojrzałego mężczyzny w kwiecie wieku, w nienagannym stroju, z worami pod oczami od przepicia - Kyo aż za dobrze je znał, by nie poznać przyczyny ich powstania - i niezwykle urokliwym uśmiechem. Chyba właśnie ten uśmiech pogrążył Tooru kompletnie. Odwzajemnił grymas (bo inaczej nie dało się nazwać miny, która pojawiła się na twarzy wokalisty), czym wywołał u swojego rozmówcy wybuch śmiechu. Skojarzył mu się wtedy z wysypującymi się koralikami. Sam nie wiedział, skąd w jego głowie takie dziwne myśli. Przestąpił z nogi na nogę. Jego garnitur był wyjątkowo wygodny. Zlustrował wzrokiem stojącego przed nim mężczyznę z niejednej okładki. Był chuderlawy, wręcz trochę kościsty. Miał karykaturalnie duży nos i wystającą grdykę. Do tego perfekcyjnie wyregulowane brwi i delikatny makijaż. Typ idealny dla zakompleksionej panienki szukającej wrażeń. Rewelacyjnie.
- A to jest Sakamoto, poznajcie się - powiedział Daisuke i zanim Tooru zdążył jakkolwiek zaoponować, ten już kluczył gdzieś pomiędzy tłumem w stronę Kaoru rozmawiającego z dziewczyną odzianą w wyjątkowo wydekoltowaną sukienkę. Zmarszczył się jakoś tak nienaturalnie. Tooru mógł przypominać w tamtej chwili żółwia, niewiele go to interesowało. Za to coraz mniej podobała mu się perspektywa spędzenia nocy w tłumie kompletnie obcych wykrzywionych w konwulsjach własnych sztuczności ludzi.
- Chyba nie najlepiej się tu czujesz - odrzekł Sakamoto z szarmanckim uśmiechem. - Ja także nie przepadam za przeludnionymi przyjęciami pełnymi wymuszonej sztuczności. Może urwiemy się szybciej i wyskoczymy na piwo?
No tak, z tą twoją śliczną buźką dopasowanie do wystawnego bankietu, przyjęcia czy cholera wie co to jest, na pewno stanowi problem... - pomyślał Tooru, lecz tylko uśmiechnął się paskudnie do towarzysza rozmowy i odrzekł:
- Ty stawiasz.

Nie miał wyrzutów sumienia, wyciągając pieniądze od kogoś mniej znanego, wpływowego i zamożnego. Sam zaproponował, więc Kyo mógł wytyczyć warunki.
Oczywiście wylądowali w jakimś obskurnym lokalu godnym atencji Tooru może jakieś dwadzieścia lat wcześniej - takie skojarzenie narzuciło się wokaliście, kiedy przekroczyli próg pub'u. W głośnikach rozbrzmiewały jakieś rockowo-metalowe starocie. Metallica, Rolling Stones, Red Hot Chili Peppers, a nawet trochę Coopera. Wstrząsnął nim nagły napad kaszlu, gdy zupełnie przypadkowo zaciągnął się mieszanką papierosowego dymu, alkoholowych oparów i smrodu starej piwnicy. Klimatycznie. Jego sceptycyzm zmalał, gdy usiedli przy stoliku i kolana same zaczęły podrygiwać w rytm przyjemnej muzyki. Czuł na sobie wzrok tego szczeniaka. Kyo dobrze wiedział, jak kończą się takie wypady na jedno piwo - zwracaniem treści pod klubem przy opieprzającym go Kaoru, który później bierze go na ręce i zawozi do swojego domu "żeby nie wywołać niepotrzebnego skandalu". Oczywiście tylko w towarzystwie Daisuke, który zabijałby go samym spojrzeniem, a w myślach z całą pewnością przerabiałby na mielonkę. Istnieje jeszcze jeden scenariusz, kiedy Kyo opamięta się z alkoholem we właściwym momencie i ląduje w jakimś obskurnym motelu. Ale chłopaczek, którego Daisuke przedstawił jako Sakamoto, nie był powabną panienką z dużymi piersiami. Przeciwnie.
- Co przywiało tak znanego muzyka jak ty na przyjęcie tego typu? - zapytał, popijając łyka ze swojego kufla. Robił to wszystko z jakąś okropną gracją. Scenariusz drugi stawał się coraz bardziej prawdopodobny.
- Obowiązki i lider suszący głowę - Kyo znów przywołał na twarzy swój przeuroczy uśmiech, którym wystraszyłby nawet najsympatyczniejszego labradora.
Sakamoto odpowiedział zawadiackim grymasem i pociągnął temat.
Po dwóch godzinach i kilku kuflach, Tooru stwierdził, że Sakamoto, a właściwie Takashi, wcale nie jest taki zły. Dużo wie o muzyce, a jego zawadiacki uśmiech całkiem zaczął mu się podobać. Zdążył już przyrzec, że kupi najnowszy album Alice Nine, przyjdzie na ich koncert, a nawet będzie krzyczał pod samą sceną. Oczywiście wszystko w żartach i odpowiednim stanie upojenia alkoholowego. 
Kiedy wyszli, a właściwie wytoczyli się z do dziś dla Tooru bezimiennego pubu, byli już najlepszymi przyjaciółmi.
- Czyli jednak mnie lubisz? - zapytał Takashi, zdecydowanie mniej pijany, choć nie można by rzec, że nieogarnięty poalkoholowym stanem wesołości.
- No jasne, uwielbiam - odrzekł Tooru z głupawym pijackim uśmieszkiem.
- Mimo tych złowrogich spojrzeń, które na początku rzucałeś? - Sakamoto przystanął, a wraz z nim zatrzymał się starszy od niego muzyk.
- Jakich złowrogich? Spodobałeś mi się od samego początku - odrzekł Kyo, zbliżając się do towarzysza. - Lubię takich wymuskanych grzecznych chłopców - dodał i zostawił na wargach Sagi pijacki odcisk własnych ust.
Gdy Tooru chciał odsunąć się od towarzysza, Takashi nie pozwolił mu na to, przyciągając wokalistę do siebie, by pogłębić pocałunek. Całowali się tak pijacko, niechlujne - jak to robią dwaj mężczyźni utopieni w alkoholowej ekstazie. Gdy rozdzielili się, Saga wpadł na genialny pomysł.
- Hej kocie - odezwał się do starszego. Już wcale nie był taki grzeczny. - Kupmy wino, wynajmijmy pokój i zajmijmy się ważniejszymi sprawami.
Zanim do Kyo dotarły słowa wypowiedziane przez młodszego mężczyznę, już ochoczo kiwał głową. Wylądowali w dwudziestoczterogodzinnym sklepie na rogu. Zza lady łypała na nich młoda kasjerka, trochę przestraszona. Na szczęście ich nie rozpoznała, może było za ciemno, a może oni zbyt pijani by nadać im jakąkolwiek formę. W każdym razie Saga wybrał półwytrawne czerwone wino i sam za nie zapłacił - w końcu to on miał stawiać.
Kiedy zaczął rozglądać się w poszukiwaniu partnera, tamten gdzieś zniknął. Takashi zmarszczył czoło, podziękował i schowawszy portfel do kieszeni, wyszedł ze sklepu. Nawet nie zdążył dobrze się rozejrzeć, gdy w jego kieszeni zaczął wibrować telefon. Wyciągnął go, odrzucił przychodzące połączenie, wyłączył i wtedy jak spod ziemi wyrósł Kyo. Na jego twarzy błąkał się uśmiech pięciolatka, który zburzył koledze jego zamek z piasku, a w ręce trzymał czerwoną różę obwiązaną kiczowatą różową wstążeczką w kropki.
- To dla ciebie za dzisiejszy wieczór - odrzekł, zasłaniając usta dłonią, by nie wybuchnąć śmiechem. Takashi zrobił to za niego.
- Poczekaj tygr... - urwał, pąsowiejąc na chwilę, by przywołać na twarz poprzedni uśmiech. -... kocie. Dasz mi ją, jak będziemy na miejscu - puścił oczko wokaliście i ruszyli na podbój Shibuyi. Takashi dobrze wiedział, w którą stronę podążyć. Nie minęło dużo czasu, gdy zaczęli mijać finezyjne budynki rodem wyjęte z różnych miast świata i epok. Saga wszedł do jednego z tych normalniejszych przypominającego wręcz nowoczesny biurowiec. Podszedł do automatu, uiścił opłatę i z butelką w ręce podążył do pokoju. Rzucił Kyo tylko jedno znaczące spojrzenie, którego wymowa pozostała przez wokalistę od razu zrozumiana.
Pokój był zwyczajny. Jak każdy hotelowy posiadał duże łóżko, jakiś stoliczek z krzesłami i osobne drzwi do łazienki. Był schludny i przyjemnie pachniał świeżością. Muzycy w zupełnie naturalny sposób po prostu usiedli na łóżku. Saga zza pazuchy swojego płaszcza wyjął otwieracz i zaczął mocować się z korkiem wina, a Tooru położył się, układając obok różę i patrzył na basistę. Obserwował jego zgrabne palce. Na jego twarzy sam rozciągał się szeroki uśmiech, nawet nie był w stanie nad nim zapanować. Wyciągnął dłoń i z typową pijacką niezdarnością dotknął jego uda. Saga spojrzał na niego dokładnie w tym momencie, kiedy korek wyszedł z szyjki ciemnej butelki.
- Nie mamy kieliszków - odparł Kyo z udawanym wyrzutem, w rzeczywistości wciąż nie mogąc powstrzymać głupawego uśmieszku.
- Będziemy musieli wypić z szalenie nieromantycznego gwinta - odrzekł Saga, upijając łyk. Strużka bordowego napoju spłynęła z jego kącika do brody.
Właśnie wtedy w głowie Tooru zaczęły rodzić się niebezpieczne myśli. Myślał o spijaniu czerwonego wina z ust młodszego, o tym jak bardzo pedalsko gładka jest jego wydepilowana skóra i jak gorące wnętrze... Już wtedy Kyo był stracony.

Kiedy do zakamarków domowej przestrzeni zaczął dochodzić szczęk otwieranego zamka drzwi wejściowych, Shinji leżał w łóżku. Był przykładnie ubrany w tradycyjną piżamkę z bardzo grzeczną książką w nienagannych dłoniach. Wyglądał przykładnie, ładnie, ale obrzydliwie grzecznie i wymuskanie. Był nienaturalny. Kiedy Takashi wkroczył do pokoju, zlustrowało go spojrzenie znad okularów. Sakamoto miał ochotę zrzygać mu się na twarz. Dobrze wiedział, skąd te pokłady fałszywości. Shinji nigdy taki nie był.
Takashi podszedł do niego sprawnie, wyrwał mu z rąk książkę, szybkim ruchem boleśnie zrzucił z nosa okulary i pozostawił odcisk czerwonych od wina ust na jego wargach. Nie miał zamiaru przepraszać, choć pachniał obcymi męskimi perfumami, a spomiędzy jego ust wyzierała obrzydliwa alkoholowa woń. Shinji wiedział, a Takashi był tej wiedzy świadomy. Hedonizm umierał w konfrontacji z Shinjim, by po upojnej nocy narodzić się na nowo. Takashi nie znał innej drogi, by osiągnąć wolność, a Amano wcale nie miał ochoty dłużej się na to godzić. Jednak nie był w stanie opanować zapadającego się w materacu ciała i mrowiących opuszków palców błagających jedynie o to, by poczuć miękkość włosów Sagi.