środa, 18 grudnia 2013

[8/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

08.

- Ślicznie razem wyglądacie.
Odskoczyliśmy od siebie z Yuu, po czym próbując się odwrócić, zrobiłem piruet tak widowiskowy, że prawie wylądowałem na szanownych czterech literach, jakimś niejasnym cudem tylko utrzymując równowagę. Musiało to wyglądać bardzo komicznie. Na twarzy Sakamoto jednak nie pojawił się uśmiech rozbawienia, tylko ten, który przykleił sobie do twarzy także wtedy, gdy widziałem go za pierwszym razem - uśmiech cynika.
- To nie... - zająkał się Aoi.
- Świergoczcie dalej, gołąbeczki - powiedział, wkładając fajkę do ust, po czym zapalił ją. W jego ruchach ukryta była jakaś gracja, coś niesamowitego. Wszystko robił z niebywałym wyczuciem. - Udam, że tego nie widzę - powiedział rzeczywiście zwracając wzrok w innym kierunku. Choć dałbym sobie tłuszcz zabrać, że jego wzrok przesunął się na moją sylwetkę i właśnie przez ten jeden moment błysnęło w jego oczach coś krytycznego.
Nogi nie miękły mi już w kolanach, choć osy wciąż wykazywały się typową złośliwością. Cudownie.
- Nie mamy się ku so... - zaczął się tłumaczyć Yuu. Zdenerwowałem się (w końcu po co mamy mu się z czegokolwiek tłumaczyć?) i mu przerwałem:
- Co cię obchodzi, co i z kim robimy?!
Spojrzał na mnie momentalnie samym wzrokiem wgniatając w ziemię. Poczułem się jak mrówka. Uśmiechnął się.
- Powinieneś oficjalnie zostać tygrysem - powiedział, idąc do śmietnika, by zgasić fajkę. Odetchnąłem.
Spojrzałem na Yuu.
- Gwoli ścisłości - odezwał się jeszcze Takashi - mnie nic, ale Haruki z całą pewnością.
Yuu momentalnie stał się czerwony jak piwonia i otworzył usta, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Takashi wszedł z powrotem do klubu.
- Haruki tam jest? - spojrzał na mnie i zapytał widocznie poruszony. Wciąż był czerwony. Zacząłem się zastanawiać, czy wyglądałem tak samo idiotycznie, gdy uciekałem od Takashiego.
- Nie wiem, wracam do domu - powiedziałem, odwróciłem się i poszedłem. Aoi przez chwilę się wahał, po czym wrócił do klubu.
W domu czekała na mnie rodzicielka z kolejną porcją pozytywnych wiadomości, które zaczynały się od "Dlaczego tak późno...?!", przez "... papierosami i alkoholem...", aż do "Idź już do siebie, twoja babcia nigdy nie chciałaby zobaczyć cię takim."
Potem zamknąłem się w pokoju i położyłem spać. Nie pozwalał mi na to jedynie uporczywy ścisk w brzuchu.Właściwie nie wiedziałem, czym był spowodowany - położyłem się spać tak, jak zawsze. Tak samo też wyłączyłem swoje myśli, gdy nagle poczułem to...
Byłem zmęczony i chciało mi się spać, ale nie mogłem. Przeleżałem całą noc w łóżku i zasnąłem dopiero po czwartej. Po trzech godzinach wparowała mama ze swoim typowym komunikatem.
To był czas otworzenia ciężkich jak głazy powiek i zebrania resztek zwiotczałego ciała o masie chyba dwukrotnie większej niż normalnie z łóżka. Z dumą mogę przyznać, że udało mi się to już pół godziny później. Niestety mama na przepełniona dumą nie wyglądała.
Gdy dotarłem już do szkoły, Sakamoto stał przed szkołą i wyraźnie mnie oczekiwał. Był jak zwykle schludny, idealny i pachnący. Nie było po nim widać żadnego skutku poprzedniego wieczora. Podszedłem do niego i przywitałem się, on odpowiedział tym samym.
- Dzisiaj idziemy w plener, tygrysie - powiedział, przybierając znów typowy uśmieszek. Coś w jego oczach błysnęło niezdrowo. Zadrżałem niekontrolowanie, co on, sądząc po wyrazie twarzy, niewątpliwie zauważył.
To był zdecydowanie jeden z tych dni, kiedy kompletnie nie miałem humoru, a jego osoba, wobec której byłem bardzo niezdecydowany, tylko wprawiała mnie w gorszy stan.
- Masz zamiar fotografować ptaszki i żuczki czy poderwać dziewczynę i miziać się na łonie natury? - wypaliłem, dobrze widząc jego wcześniejsze zapędy.
Uniósł brew, jak zawsze.
- Głodnemu chleb na myśli, może jednak powinieneś się zobaczyć dziś z Yuu? - odpowiedział, wyjmując z prostej czarnej torby na ramię aparat. - Chodź już tygrysie, niestety zostaję ci tylko ja - powiedział z udawanym żalem, zanim jeszcze zdążyłem wymyślić ripostę i ruszył od razu w stronę lasu. Poszedłem za nim po prostu milcząc. Zapanowała nieznośna, krępująca cisza. Postanowiłem ją przerwać pierwszym pytaniem, jakie przyszło mi do głowy:
- Co się wczoraj działo?
Sakamoto szedł dalej, zupełnie nieporuszony. Rejestrowałem każdy jego ruch. Miałem wrażenie, że wszystkie z nich, co do jednego, są idealnie odegrane.
- Wczoraj... gdy poszedłeś, to właściwie nic szczególnego. Macie ładne kelnerki w tym klubie... - na jego twarzy pojawiał się znikomy uśmiech, podczas gdy ja coraz bardziej pochmurniałem. Kątem oka obserwowałem, jak pracuje jego wydatna grdyka. Zawsze mi się to podobało. Takashi po prostu kontynuował - Kto by pomyślał, że w takiej wiosce...
- Kto by pomyślał, że można być takim cholernie seksownym idiotą. - powiedziałem to na głos?
Na szczęście Sakamoto podszedł do krzaków przy lesie i wyjrzał znad nich. Przyłożył dyskretnie aparat do oka. Chyba mnie nie słyszał. Odetchnąłem z ulgą i podszedłem do niego. Spod moich stóp rozległ się trzask łamanej gałęzi - wtedy też usłyszałem, jak coś zwinnie ucieka po ściółce leśnej. Sakamoto spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Masz - podał mi aparat. Spojrzałem na niego. Miałem małe wyrzuty sumienia. Nawet nie wiedziałem, czy mówił poważnie. - No bierz - powtórzył, a ja niepewnie wziąłem aparat. - Teraz patrz: tutaj - teatralnym gestem wskazał las - mamy znaleźć przynajmniej przykład ssaka i ptaka, dobrze by było jeszcze gada. Pamiętaj, że jak nie zdobędziesz tych fotografii, nie zdasz roku - uśmiechnął się z całą masą sympatii. Odpowiedziałem wyrazem twarzy niewspółmiernie mniej sympatycznym.
Westchnąłem.
- Właściwie mógłbym sobie stąd iść, więc doceń, że dotrzymuję ci towarzystwa i do dzieła - poklepał mnie po ramieniu, jakby chciał zagrzać mnie pocieszyć. Poczułem się przez to tylko gorzej - co zapewne było zamierzone. Wcale mi się to nie podobało.
Buszowaliśmy w leśnym gąszczu. Przez chwilę poczułem się, jakbyśmy zostali cofnięci w czasie i rozwoju. Sakamoto coś nucił. Po chwili rozpoznałem "The first time" U2. Przez głowę mi przeszło, że jeszcze nigdy nie słyszałem tak cudownie łamanej angielszczyzny.
- U2 - spojrzałem na niego.
- Tak - odpowiedział, również zerkając w moją stronę.
- Wolę cięższe brzmienia, ale grają nieźle - odparłem. - Mają świetnego wokalistę.
- Tak - przez chwilę wydawało mi się, że patrzy na mnie jakoś przychylniej.
Wtedy gdzieś w oddali przebiegł jeleń.
- Wracajmy - odparł Takashi - to zaczyna być nudne.
- Ale... - spojrzałem na niego, a przez moją twarz przeszło chyba istne przerażenie, gdyż Sakamoto zaczął się gromko śmiać.
- Mam plan B - powiedział i poczułem, jak wyciąga mnie za rękę w stronę wyjścia z lasu, przy okazji odbierając mi aparat.

- Czego jeszcze słuchasz? - zapytałem w drodze do szkoły.
- Różnie. Lubię porządnego rocka.
- To tak jak ja - westchnąłem i zamilkłem na chwilę. Czułem się dziwnie spięty i nie chciałem dopuścić do gęstej atmosfery. - Grasz na czymś?
- Na basie.
Spojrzałem na niego z pełną świadomością niezdrowo świecących oczu. Uniósł brew, zerkając na mnie.
- Zawsze chciałem grać na basie - wyjaśniłem - tylko nigdy nie było mnie stać, więc jestem skazany na starego Ibaneza po ojcu.
- Zagrajmy kiedyś razem - odparł tak po prostu. "Razem" w jego ustach brzmiało nadnaturalnie. Jako słowo traciło swoje "zwyczajne" znaczenie, a zdobywało coś rangi świętości. Czułem, jak coś w moim wnętrzu znów niebezpiecznie się przewraca. W głowie zaczęły się kumulować irracjonalne podejrzenia - nie chciałem się przecież skompromitować... ale przecież miało to nastąpić "kiedyś" - uspokoiłem się w myślach.
- Dobrze - odpowiedziałem niepewnie. Zaśmiał się. - Właściwie gdzie idziemy?
- Do biblioteki.
- Hę? Po co?
Przewrócił oczami.
- W każdej szkolnej bibliotece są albumy ze zdjęciami poszczególnych gatunków, geniuszu.
Pod wpływem palącego spojrzenia poczułem się naprawdę głupi. Nagle coś się rozjaśniło.
- Ale... w takim razie po co w ogóle szliśmy do lasu?
- Tygrysy czasem muszą zasmakować trochę dzikich terenów - zaśmiał się, gdy przechodziliśmy przez bramę.
Zaprowadziłem go do biblioteki. Jak zwykle w powietrzu unosiła się woń staroci i kurzu. Kobieta, która obsługiwała okazała się nie być tą, którą widziałem rok wcześniej (czyli kiedy ostatnio tu byłem) - dość starą, spracowaną i zmęczoną. Zastąpiono ją "nowym modelem" czyli uroczą brunetką w wystarczająco długiej szarej spódnicy i koszuli. W jej stroju nie było nic wyzywającego, a mimo to przykuwała uwagę swoją wymiarowością. Najwidoczniej spostrzegł to także Takashi, gdyż bardzo szybko zapomniał o moim istnieniu, by zapytać ją o regał z poszukiwaną lekturą. Ona wskazała mu tylko regał, przepraszając i mówiąc, że ma sporo pozycji do wprowadzenia, a chciała wyjść tego dnia wcześniej. Miałem ochotę rzucić zgryźliwy komentarz, że "kolega chętnie panią odprowadzi", ale bałem się, że rzeczywiście to zrobi i zostanę sam.
Kluczyliśmy wśród regałów, zapełnionych kolorowymi okładkami - szara, szara, niebieska, dla odmiany szara, zielona...
- Tutaj - Takashi zatrzymał się i zaczął przeglądać tytuły na okładkach. Stałem kawałek za nim. Z braku laku, patrzyłem właśnie na niego. Był chudy, choć gdzieś pod ubraniem rysowały się zalążki mięśni...
Wspiął się na palce po jedną z książek.
... do tego dochodził jeszcze bardzo zgrabny tyłek.
Na samą myśl krew zaczęła odpływać mi do głowy. Właśnie ten moment Sakamoto wybrał, by się odwrócić. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się - Czy uważasz, że powinniśmy wspomnieć o okresie godowym, tygrysie?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

[7/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

07.

Paliłem. Moje dłonie drżały. Myśli wiły się w ekstazie, plątały w niezdecydowaniu i dusiły. Po pierwszym papierosie zapragnąłem drugiego... nie, ja go potrzebowałem bardziej niż powietrza (a przynajmniej tak mi się w tamtej chwili zdawało).
Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Czułem powiew chłodnego letniego powietrza na twarzy. Było już ciemno, choć nie kontrolowałem godziny - wiedziałem tylko, że już dawno zaszło słońce. Nie znałem dnia, miesiąca, roku, przez chwilę nawet zapomniałem, jak się nazywam. Trząsłem się - drżały moje palce, dłonie, ręce, nogi, (dziwnie miękkie) kolana, tułów, głowa, nawet cholerne wnętrzności mi drżały. Coś, co ludzie nazywają sercem, bardziej przypominało stado rozwścieczonych os, które próbowały za wszelką cenę wydostać się z mojego wnętrza. Jeszcze nigdy nie czułem tak nieprzyjemnego ścisku w żołądku i... o nie.
Po pierwszej paczce, uznałem że niezbędne do życia jest mi kolejne dwadzieścia sztuk tytoniowych ruloników, więc poszedłem przed siebie w poszukiwaniu sklepu. Przeszedłem może kilkanaście metrów, gdy poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Wzdrygnąłem się przestraszony i odwróciłem gwałtownie do tyłu. Odetchnąłęm z ulgą. Aoi.
- Co ty tu robisz? - zapytał, marszcząc brwi. - Nie powinieneś być w środku?
- Wyszedłem po fajki, skończyły mi się - oznajmiłem. Starałem się opanować drżenie i udawało mi się to coraz lepiej, choć przy tak miękkich kolanach powinienem już dawno się przewrócić. Dziwiłem się samemu sobie. Najwidoczniej Aoi nie zauważył żadnej większej zmiany w sposobie mojego chodu, co tylko mnie trochę uspokoiło. Westchnąłem głęboko i tak niekontrolowanie, że wręcz wbrew swojej woli. Czułem na sobie wzrok Yuu, którym próbował wwiercić się w moją czaszkę i znaleźć w zwojach tego, co dawniej nazywano mózgiem - informację o tym,co mnie trapi.
- Chodźmy już - odrzekłem skrępowany tym stanem rzeczy. Aoi na szczęście odwrócił wzrok, więc odetchnąłem cicho z ulgą. O dziwo byłem w stanie już prawie normalnie chodzić. Spacerowaliśmy obok siebie w ciszy. Dookoła nas też nie było zbyt żywo, raz na jakiś czas drogą obok przejeżdżał pojazd - zazwyczaj samochód osobowy, poza tym ulica była raczej opustoszała. Miałem chwilę, żeby ochłonąć. Wtedy wyjątkowo dobrze poczułem chłodne powietrze na twarzy.
- Coś się między wami stało? - wypalił Yuu prosto z mostu. Skrzywiłem się i spojrzałem na niego, otwierając oczy najszerzej jak mogłem.
- Co się miało stać? Chyba cię coś...
- Sakamoto mówił, że rozlałeś piwo i wyleciałeś...
- Ciągle Sakamoto i Sakamoto... nie, Takashi - przerwałem mu. - O co wam chodzi? Jeśli chcesz, to sobie idź do tego pieprzonego Takashiego, a mnie zostaw w spokoju. Tylko się nie zdziw, jak poleci do niego Haruki - zacząłem iść szybciej. Z nieba siąpił drobny deszczyk. Wsadziłem ręce do kieszeni marynarki i szedłem sprawnie, mając nadzieję, że Aoi odpuści.
- Hej, Shinji - oczywiście nie odpuścił i poleciał za mną. Chwycił mnie za ramię, zatrzymując i odwracając do siebie. - O co ci chodzi?
- O to, żebyś sobie poszedł do tego pieprzonego Takashiego, cholernego ideału, pierdolonej perfekcji. Proszę, na pewno jest lepszym przyjacielem, kochankiem, uczniem, nawet człowiekiem na pewno jest lepszym! Więc nie wiem, czego TY ode mnie chcesz, skoro tuż przed tobą jest taki pieprzony ideał w ludzkiej postaci? - byłem zły, oddychałem ciężko, mój głos załamał się pod koniec i odwróciłem wzrok. - Puść mnie już, chcę wracać.
- Ale Shinji, ty jesteś o niego po prostu zazdrosny.
Fakt, byłem...
- I co z tego? I tak jest ode mnie lepszy.
Yuu uśmiechnął się, kręcąc głową.
- Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak na ciebie wpływał.
- Co? - uniosłem wzrok na niego. Uśmiechał się, patrząc na mnie. To był szczery uśmieszek kogoś nieznacznie (trochę tylko) poruszonego.
- Dawno nie byłeś taki szczery i pełen życia - w jego oczach błyszała prawdziwa radość. Czułem jak robię się czerwony na policzkach (a może już wcześniej byłem?). Gdy zacząłem coś burczeć pod nosem, Aoi dźgnął mnie palcem w mój okropny brzuch.
- Ej, co ty robisz? - odtrąciłem jego dłoń, ale on zaczął mnie łaskotać. Ciszę wypełnił mój śmiech, przeplatany prośbami, by przestał. Zawtórował mi rozbawiony Aoi. Nagle usłyszałem znajomy głos za plecami:


- Ślicznie razem wyglądacie.

niedziela, 1 grudnia 2013

[6/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

06.

Weszliśmy z powrotem do klubowej sali. O dziwo okazała się nie być tak zadymiona, jak mi się zdawała za pierwszym razem. Było wręcz całkiem znośnie - tym bardziej, że zmianie uległ podkład muzyczny na kawałek z nutką jazzu, który z dwojga złego był o wiele lepszy od komercyjnej "łupanki".
Rozejrzałem się po sali. Było sporo osób, w środku platforma do tańczenia, dookoła kanapy i stoliki. Lampy na suficie rozpraszały neonowe światło w odcieniu fioletu. Na stołach dodatkowo były lampki, dające zwykłe, białe światło. Szukałem wzrokiem Aoiego, ale zanim jeszcze zdołałem objąć całą salę wzrokiem, poczułem znów ten subtelny dotyk, którym muśnięto wnętrze mojej dłoni. Przeszedł mnie dreszcz, a moje ciało instynktownie podążyło za dotykiem, jakby chcąc go złapać, by doświadczyć jeszcze choć przez chwilę... Zobaczyłem Takashiego i speszyłem się. Nie wiedziałem, o co chodziło, ale nie podobało mi się to. Wlasciwie o czym ja myślałem? Miałem tylko przyjść na piwo, żeby jak najpóźniej wrócić do domu - do znerwicowanej matki, wiecznie nieobecnego ojca i brata-lizusa. Rodzinka idealna. Jak z marzeń...niestety musiały być to marzenia ściętej głowy lub osobowości o bardzo czarnych myślach, gdyż swoją rodzinną miłością przypominaliśmy raczej Addamsów.
Sakamoto szedł gdzieś, był odwrócony do mnie plecami. Mimo trochę przyjemniejszych brzmień, muzyka wciąż próbowała zagłuszyć wszystko, co tylko się dało, więc nie mogłem go w żaden sposób zawołać. Z kolei zgubienie go byłoby w tej sytuacji jedną z najgorszych opcji. Poszedłem więc za jego szczupłą sylwetką. Wtedy pomyślałem, że jest tak chudy, iż obejmując mógłbym go zgnieść...a może po prostu u mnie występował nadmiar "ciała"? Nieważne...
Zaprowadził mnie do Aoiego.
- Ile można było czekać? - uśmiechnął się przyjaźnie i dopił piwo z kufla. Sakamoto od razu usiadł na miejscu naprzeciw, ja usiadłem przed nim, a obok Yuu.
- Ty zdrajc...
- Nie spieszyliście się, aż mi zaschło w gardle - wyjaśnił, przerywając mi. Przy Sakamoto wydawał się inny. Wcale mi się to nie podobało.
- Shinji tygrysie, upoluj nam piwo - wtrącił się Takashi, lustrując mnie swoim głębokim spojrzeniem. To wcale nie było przyjemne, powodowało wręcz, że miałem ochotę jak najszybciej iść. Jak można być tak sugestywnym? Wstałem bez słowa i poszedłem. Nawet nie wysiliłem się na komentarz. Gdy się odwróciłem, widziałem jak Saga nachyla się nad Aoim i mówi mu coś do ucha. Wcale mi się do nie podobało.
Gdy poszedłem po piwo, barman zlustrował mnie wzrokiem. Było w tym coś karcącego. Kolejna osoba patrzyła na mnie z góry. Podszedłem do niego chłodno, po prostu złożyłem zamówienie. On zaczął nalewać do jednego kufla, później ktoś go zawołał z zaplecza. Nawet nie przeprosił, tylko po prostu bez słowa sobie poszedł. Wtedy oparłem się plecami o bar i spojrzałem na roztańczony tłum. Gdzieś za nim siedzieli Sakamoto i Yuu, ale nie mogłem ich dojrzeć. Nawet, gdyby nie przeszkadzała mi w tym masa ludzi, ze swoją krótkowzrocznością dojrzałbym tylko kilka rozmazanych plam. Westchnąłem i spojrzałem znów w kierunku baru. Nikt za nim nie stał. Przygryzłem wargę. Niecierpliwiłem się. Nie przepadałem za "samotnością w tłumie", a im dłużej tam stałem, tym większe ogarniało mnie wrażenie, że stanie się coś co najmniej niepożądanego. Wtedy pomyślałem o godzinie. Była dziewiętnasta. O czym ja myślę? To przecież bez znaczenia.
Kiedy odwróciłem się po raz drugi w stronę baru, piwa znów były nalewane.
- Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blady - powiedział barman. Początkowo wydawał się nieuprzejmy i wręcz arogancki...może sobie ze mnie żartował?
- Wszystko dobrze, dziękuję - odpowiedziałem bez ceregieli i wziąłem od niego kufle. Ominąłem roztańczony tłum szerokim łukiem i doszedłem do naszego stolika. Siedział tam tylko Yuu. Co za dziwny dzień. Postawiłem piwa na stole.
- Gdzie Sakamoto? - zapytałem, stawiając jego trunek naprzeciw swojego.
- Mówił, że zaraz wróci.
Przytaknąłem i zająłem się kontemplacją piwa. Milczałem.
- Shin - odezwał się Yuu.
- Hm?
- Co sądzisz o Takashim?
Zakrztusiłem się. Zacząłem kaszleć, Yuu zaczął mnie klepać po plecach.
- Co mam sądzić? - powiedziałem po chwili. - Jest denerwujący, patrzy na wszystkich z góry.
I ma wyjątkowo delikatne dłonie...
- ...jest arogancki i nie zwraca uwagi na innych...
Przez chwilę miałem głupie wrażenie, że to będzie jedna z tych idiotycznych scen rodem z filmów - Yuu mnie podpuścił, a Takashi stał za mną i wszystkiemu się przysłuchiwał. Aż odwróciłem się niespokojnie do tyłu, ale za mną nikt nie stał.
- Nie o to... - Yuu westchnął. - Chodzi o Haruki - zaczął cicho. Wtedy uświadomiłem sobie, że muzyka nie była tak głośna, jak na początku. Dało się rozmawiać. - Jest zakochana w Sakamoto...
Patrzyłem na niego.
- Odpuść sobie - zawyrokowałem. - On nie jest typem, z którym można się mierzyć. Trzeba go po prostu ignorować.
- Wiesz... w sumie... Słyszałem to tylko od osoby postronnej... czy mógłbyś z nią porozmawiać?
Widziałem jej wzrok w pizzerii. Spojrzenie Sakamoto też.
- Sakamoto to dupek, nie zawracaj sobie nią głowy, jeśli jest zainteresowana nim - powiedziałem z przekonaniem, choć wcale przekonany nie byłem.
- Chyba masz rację - odparł Yuu. - Idę po kolejne - uniósł do góry kufel na znak, że potrzebuje dolewki. Skinąłem tylko głową i rozsiadłem się wygodniej na kanapie.
Spojrzałem na sufit. Był oklejony nierównomierną tapetą. Westchnąłem i zamknąłem oczy. Chyba naprawdę nie czułem się najlepiej. Nagle poczułem czyjeś chłodne, przesiąknięte zapachem tytoniu dłonie, zasłaniające moje oczy. W głowie już miałem standardową formułkę "zgadnij kto to". Nie usłyszałem niczego. Czułem tylko delikatne dłonie. Zniknęły one równie szybko, jak się pojawiły. Za to usłyszałem przed sobą głos.
- Może wolisz wrócić już do domu? - sarknął, zerkając na mój pełny kufel, po czym pociągnął ze swojego spory łyk.
Zrobił to w szaleńczo efektownie. Nie wiem, co było w tych gestach i całej jego pieprzonej osobie, ale moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Widziałem w głowie obraz przystawiającej się do niego Haruki. To było z lekka ponad moje siły. Poprawiłem się i uśmiechnąłem trochę nerwowo.
- Jasne, że nie. Czekałem na was - powiedziałem, uciekając wzrokiem przed jego intensywnym spojrzeniem, jako pretekst uznając rozejrzenie się w poszukiwaniu Aoiego. Właściwie dlaczego ja się przed nim tłumaczyłem?
Nie chciałem wcale na niego patrzeć, ale mój wzrok sam podążył w jego kierunku, gdy zamaszystym gestem chwytał kufel. Prychnął i w okropny, wręcz obrzydliwie seksowny (o tak, to słowo samo nasuwało mi się na język - i tylko to) sposób pociągnął kilka łyków ze swojego kufla, opróżniając go do końca. Siedziałem przed nim z niefrasobliwie rozdziawionymi ustami. Po chwilę dopiero uświadomiłem sobie, że mój wzrok jest zbyt natarczywy, że on to spojrzenie odwzajemnia, że zdaje się czytać ze mnie jak z książki, patrząc tylko swoimi czekoladowymi oczami prosto w moje. O tak, jego oczy można porównać do gęstej, półpłynnej czekolady - wirującej, niczym ruchome piaski. Można było w nich ugrzęznąć na dobre, ale niczego się w konsekwencji w nich nie dojrzało. Pozostawało tylko utonąć.
Kiedy wyrwany ze stanu otumanienia (co się ze mną działo?), wstałem gwałtownie i do dziś nie wiem jak przewróciłem kufel tak, że jego zawartość rozlała się po stole. Takashi siedział. Przesunął się tylko zręcznie od strumyczka piwa, powoli spływającego w jego stronę.
- Muszę iść zapalić - burknąłem pod nosem i wyszedłem pospiesznie, uderzając się jeszcze w kolano o kant stołu. Słyszałem tylko zalążek kompletnie sztucznego i jakby szyderczego śmiechu. Uciekłem w najżałośniejszy z możliwych sposobów.