wtorek, 19 listopada 2013

[1/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine)

01.

Wstałem jak zwykle znudzony. Tryskając równie szarą radością, wstałem z miękkiego łóżka tylko po to, żeby przeżyć ostatni tydzień roku szkolnego. Zjadłem takie samo śniadanie, jak co dzień, umyłem zęby w identyczny sposób, w jaki robię to od lat i tradycyjnie spóźniłem się na ostatni autobus, który dowiózłby mnie do szkoły przed rozpoczęciem zajęć. Gdy czekałem na kolejny, nagle w mojej głowie coś zaświtało. Można to porównać z uczuciem doznania objawienia czy cudu. Dokładnie tak. Złączyły się dwa elementy puzzli i jakże pozytywna wiadomość, iż właśnie dziś mają przyjechać zarozumiałe dzieciaki z Fukushimy objawiła mi się niczym Archanioł Gabriel. Poczułem się wspaniały, mimo że Matki Boskiej nie przypominałem w żadnym stopniu. Westchnąłem tylko. Spóźnienie wydawało się niezłym rozwiązaniem, choć wiedziałem, że przeciąganie tego, niczego nie rozwiąże. Właściwie nawet nie byłem pewny, dlaczego mają przyjeżdżać, jednak wysłuchiwanie „oto cudowna szkoła, powinniście uczyć się tak, jak oni. Spójrzcie, jacy są nieziemsko snobistyczni” było ponad moje siły. Przetarłem oczy, a przede mną pojawił się autobus. Westchnąłem po raz kolejny i zarzucając torbę na ramię, wsiadłem do środka.
Do szkoły dojechałem dopiero piętnaście minut po ósmej czyli dokładnie kwadrans po rozpoczęciu zajęć integracyjnych. Niespecjalnie się spiesząc, skierowałem się od razu w stronę auli. Wszedłem po cichu i usiadłem na najbliższym krześle przy drzwiach. Właśnie dyrektor wygłaszał przemówienie, dokładnie takie, jakie wyobrażałem sobie czekając, aż tu dotrę. Brakowało tylko słowa „snobistyczni”. Chwilę później zaprosił tych z Fukushimy na scenę i przedstawił każdego po kolei. Zmarszczyłem brwi, gdy doszedł do „Takashiego Sakamoto”. Nie spodobał mi się od samego początku. Wyglądał, jakby na wszystkich patrzył z góry. Przewróciłem oczami i spojrzałem na Yuu, który złapał ze mną kontakt wzrokowy. Skinąłem w jego stronę, a on uśmiechnął się do mnie. Jego obecność była zawsze jakimś pozytywem. Dyrektor gadał i gadał…skończył dopiero o dziewiątej i wtedy też rozeszliśmy się do klas. Tam czekało nas kolejne przemówienie – tym razem ze strony wychowawcy. Wyłączyłem się, patrząc za okno. Wiśnia już przekwitła i za szklaną powierzchnią rozpościerała się tętniąca żywą zielenią przestrzeń. Miałem ochotę wyrwać się i poprzebywać trochę na słońcu. Jeszcze lepsza byłaby wizja przycupnięcia pod drzewem i pogrania na akustyku. Szkoła momentami była naprawdę problematyczna. Nawet Aoi zginął mi gdzieś w tłumie, więc nie zdążyłem zamienić z nim ani słowa. To mój przyjaciel, jest rok starszy. Spotkaliśmy się po raz pierwszy, kiedy ja dołączyłem do pierwszej klasy. On już tu chodził i dobrze się uczył, choć nie miał przyjaciół. Poznaliśmy się właściwie na kółku muzycznym. On też grał na gitarze, więc nie było nam trudno znaleźć wspólny język. Pomyślałem, że dawno razem nie graliśmy i wypadałoby to zmienić.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos wychowawcy:
- Amano Shinji zrobi zaś projekt z Takashim Sakamoto.
- Jaki projekt? – spojrzałem spłoszony na nauczyciela fizyki…a może raczej zniesmaczony. Robienie czegokolwiek z którymkolwiek z tych snobów napełniało mnie obrzydzeniem.
- Projekt edukacyjny. Zapraszam Amano, wylosuj swój temat – powiedział, wskazując na pudełko, wypełnione zapewne karteczkami. Świetnie. Tylko tego mi brakowało, żebym musiał coś jeszcze robić tuż przed końcem roku szkolnego. Wstałem i wyjąłem karteczkę, rozwinąłem ją…czułem na sobie wzrok dwudziestu dwóch par ciekawskich oczu i wcale nie było to komfortowe, więc wróciłem na miejsce i przeczytałem zawartość kartki.
„Biologia – fauna w wiosennej odsłonie”
To był jakiś żart. Niestety, jak się później okazało, projekt sam w sobie był moim najmniejszym zmartwieniem.

poniedziałek, 18 listopada 2013

[0/15] "...and the worst thing is that I love you" (Alice Nine) - prolog

Przed Wami twór dość świeży, ponieważ rozpoczęłam go wczoraj. Jak na razie nie zdradzam paringu. Oto prolog, życzę miłej lektury ^^


Siedemnastego listopada miał nastąpić kolejny (już osiemset osiemdziesiąty trzeci) szary dzień. Była to niedziela – dzień, w którym szykowałem się do wyprowadzki. Co za tym szło, musiałem robić porządki w moim małym gniazdku i przy okazji przekopywałem się przez emanujące sentymentem relikty przeszłości. Postanowiłem zacząć od bardzo niepozornej półki z szufladami przy biurku jednak po ataku tony kartek, rysunków, ołówków, opakowań strun, kartek urodzinowych i innych najpotrzebniejszych śmieci na świecie, przeniosłem swój wzrok na półkę przy łóżku. Wydawała się lepszą alternatywą. Gdy ją otworzyłem, ukazała mi się teczka ze starymi rysunkami. Na jej widok uśmiechnąłem się pod nosem, ale odłożyłem ją na bok, zaś moim oczom ukazał się zeszyt. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Wziąłem stary brulion o brązowej okładce do ręki i przyjrzałem mu się. Wcale nie miałem ochoty do niego zaglądać. Nawet odłożyłem go grzecznie na wysłużoną, granatową teczkę. To naprawdę nie była moja wina, że już po chwili wodziłem wzrokiem po tekście z zachłannością co najmniej taką, z jaką osiemset osiemdziesiąt trzy dni temu…

niedziela, 13 października 2013

[9/9] "Efemerycznie" Kaoru(Dir en grey)xTsurugi(Sadie)

Bardzo dziękuję, Amidamaru. Wielokropki postaram się poprawić i bardzo Ci dziękuję za tę uwagę oraz za cały komentarz, aż się wzruszyłam ; ;
W gruncie rzeczy ostatni rozdział miałam już wcześniej napisany i gdyby nie Twój komentarz, pewnie by tu nie zagościł.
Ostatni rozdział nie jest absolutnie niczym odkrywczy, ale przecież całe opowiadanie miało być "lekkie, łatwe i przyjemne". Zapraszam na końcówkę:



Patrzyłem oniemiały na sylwetkę Tsurugiego. Przyszedł po resztę rzeczy? Milczał, patrząc na mnie. Bynajmniej nie wyglądał, jakby przyszedł po resztę rzeczy z uwagi na dwie wielkie wypchane torby, które miał ze sobą. W jego oczach ujrzałem smutek. Mimowolnie wstałem, podszedłem do niego i przygarnąłem, by przytulić. Nawet nie myślałem, co robię. Nawet nie wiedziałem, czy to mój skołatany umysł płata takie figle, lecz ciepło ciasno wtulonego we mnie ciała mówiło coś zupełnie innego. 
- Kao… - zaczął, a ja milczałem, czekając cierpliwie, aż kontynuuje. – Gdy byłem z Mao… gdy zaczął mnie całować, rozbierać i… - przerwał, a we mnie zaczęło wrzeć. - … uprawialiśmy seks… - westchnąłem głośno, lecz Tsurugi kontynuował po kolejnej chwili milczenia - … ja zrozumiałem, że nie kocham jego, tylko ciebie, Kaoru. 
Zamarłem. W głowie miałem kompletny mętlik, choć wszystko sprowadzało się do jednej optymistycznej myśli - kocha mnie. Przez chwilę stałem jak wryty, by spojrzeć w jego oczy i pocałować prosto w usta. Oddał pocałunek, a ja go pogłębiłem. Gest ten wyrażał tęsknotę ostatnich chwil. Nie zwracając już uwagi na nic, daliśmy się pochłonąć. Trafiliśmy do krainy zmysłów, niczym nabuzowane hormonami dzieciaki. Nawet mi to nie przeszkadzało. On sam pociągnął mnie do sypialni, położył się, wciągnął mnie na siebie i zaczął pospiesznie rozbierać. Chaotyczne ruchy miały w sobie jednak jakiś element czułości. Nigdy wcześniej nie kochaliśmy się tak świadomie, bez ukłucia żalu, wynikającego z efemeryczności każdego gestu, chwili bliskości. Od teraz wiedzieliśmy, że nietrwała „wieczność” stoi przed nami otworem. Wiedziałem to przede wszystkim ja. Kochaliśmy się, jak nigdy dotąd. 

Leżałem, obejmując go w pasie z głową wspartą na torsie. Słyszałem jego jeszcze trochę za szybko bijące serce. Uśmiechnąłem się, czując smukłe palce, błądzące w kosmykach moich włosów. 
- Tsu – wymruczałem. 
- Taak? – zapytał z nutką radości w głosie. Nie musiałem na niego patrzeć, by wiedzieć, że się uśmiecha. 
- Wyrzucił cię? 
Usłyszałem jego ciche westchnięcie. 
- Właściwie po tym, jak my… z Mao… przyszedł Mizuki… 
Spojrzałem na niego, opierając się brodą o jego mostek. Uniosłem do góry jedną brew. 
- I? 
- Wtedy się kłócili… aż mnie wyrzucili... 
Zbił mnie z tropu. 
- I przy… 
- Nie – przerwał mi – to nie tak. Uświadomiłem sobie to już wcześniej, zanim jeszcze Mizuki wszedł… zresztą… n​ie mówmy już o tym… bo ja kocham tylko Ciebie, Kaoru. 
Uśmiech zakochanego idioty wrócił na moją twarz. Pomimo świadomości, że zaraz zniknie, bo jest równie efemeryczny jak my, pozwoliłem głupiej radości mną zawładnąć.