niedziela, 4 sierpnia 2013

[One Shot] Grób naszej miłości (OMCxOMC)

Tytuł: Grób naszej miłości
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora:
Brak paringu, można sobie dopowiedzieć kogokolwiek.

Leżę w naszym wspólnym łóżku, choć przynajmniej ze względów gabarytowych prędzej nazwałbym je łożem. W tym samym miejscu, gdzie jeszcze noc temu kochaliśmy się namiętnie, wkładając w do całych siebie. Ja odbierałem porcję twoich uczuć, a ty moich. Zsynchronizowaliśmy się. Przez jeden moment byliśmy idealnie dopełnieni jako dwie połówki, które się odnalazły. Było pięknie.
Uśmiecham się do siebie. Dość niezauważalnie, tak tylko pod nosem. Jedna z moich dłoni spoczywa na rozgrzanym jeszcze prześcieradle obok. Jedyna oznaka po twojej obecności. Nie byłeś tu oczywiście pierwszy raz. Nie przynosiłeś jednak swoich kapci, ubrań, nie zostawiłeś ani jednej swojej rzeczy. Nawet włosów pod prysznicem nie zostawiłeś. Jedyny ślad twojej obecności pozostawał w moich słodkich wspomnieniach oraz tej cudownie rozgrzanej pościeli. Jeszcze przez chwilę poczułem woń twoich perfum. Wiedziałem, że zaraz zniknie. Rozpłynie się, jak ty.
- Zostań ze mną na zawsze. Ukryjmy się tu przed światem, bądźmy razem. Upoimy się samymi sobą i nie będziemy już potrzebowali nikogo ani niczego. Proszę, zostań…
- Nie mogę.
Pragnąłem tego z całego serca za każdym razem. Żeby został. Żeby jeszcze choć przez chwilę. Nie chciałem wypuszczać go z ramion, a on ciągle wychodził. Jego beznamiętne słowa doprowadzały mnie do skraju rozpaczy, załagodzić ten stan mógł jedynie wieczór, przepełniony wonią rozkoszy.
Nie mógł odejść. Tym razem to za bardzo bolało. Kolejny raz chciał mnie zostawić. To było takie frustrujące. Oddalał się ode mnie…a ja nie chciałem, żeby to robił. Dla naszego dobra musiałem coś z tym zrobić… Przygarnąłem go. Początkowo się miotał, ale przemówiłem mu do rozsądku. Posłuchał. Zawsze wzruszał mnie fakt, że…słuchał. Wreszcie mogliśmy być szczęśliwi.
Leżę na naszym wspólnym łożu. Wygląda zupełnie jak małżeńskie. Jest ogromne i tylko nasze. Rozgrzana pościel tuż obok mnie – dowód twojej obecności – tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że wrócisz. Tylko…dlaczego się wyrwałeś? Nie chciałeś moich ramion? Dlaczego wziąłeś tę cholerną lampę i rozbiłeś ją na mojej głowie, brocząc nasze łoże krwią naszej miłości?!

Leżę na naszym łożu, tonąc w krwi naszej miłości…

piątek, 2 sierpnia 2013

[1/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

Od autora: Bo wszystko ma swój koniec.

01. Nascency
Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno. Wpadał przez okno sypialni, rzucając srebrzysto-białe światło na ogromną dębową szafę. Widziałem smugę światła tylko kątem oka, gdyż cała moja uwaga skupiona była na leniwym, acz miarowym przeczesywaniu włosów ukochanego, który leżał z głową wspartą na moim torsie. Jedną ręką obejmował mnie w pasie.
Nie mogłem spać. Patrzyłem na jego pogrążoną w śnie twarz. Miał zamknięte powieki, pełne usta, trochę przesuszone. Był taki, jak zwykle, a mimo wszystko coś wzbudzało mój niepokój.
- To absurdalne – pomyślałem – boję się niczego. Przecież nic nie ma prawa się stać.
Dopiero wtedy, stłumiwszy duszące serce uczucie, udało mi się usnąć.
Dziwne.

Obudziłem się. Otworzyłem powoli oczy, rozglądając dookoła, ale czułem tylko ciepło, bijące jeszcze z miejsca obok na łóżku, natomiast Akiego ujrzałem dopiero w drzwiach. Stanął, patrząc na mnie niepewnie. Uśmiechnąłem się do niego, usiadłem i skinąłem głową, by podszedł. Zachwiał się i zaczął zbliżać w moją stronę. Gdy tylko znalazł się w zasięgu moich rąk, złapałem jego dłoń, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem łapczywie. Poczuwszy lekkie drżenie jego ciała, zacisnąłem mocniej palce na jego dłoni. Zaczął się rozluźniać, a ja przybliżyłem się do niego, całując pełne wargi. Wsunąłem między nie język i zacząłem penetrować ich wnętrze. Cudowna chwila. Jedna z tych, które lubiłem najbardziej, gdy mogłem znajdować się zupełnie blisko, nie czując bijącego od niego strachu. Widziałem to już na samym początku, gdy tylko go poznałem. Pierwszy raz zdarzyło się, żebym odczuwał aż tak ogromną potrzebę pomocy komuś. Jemu. Czułem się, jak dziecko, pobudzony hormonami nastolatek, poddając przyjemnemu ciepłu i endorfiną, która rozlewała się po całym moim organizmie. Było pięknie.
Położyłem się na nim, nie przestając całować. Splotłem palce naszych dłoni tuż przy jego twarzy. Byliśmy nadzy. Oderwałem się od jego ust i zacząłem wargami pieścić resztę ciała. Słyszałem ciche jęki. Ja i on byliśmy szczęśliwi, więc nie było w tym nic złego.
Dyszałem, wychodząc z niego i kładąc się obok. Przytulił się do mnie niemal od razu. Właśnie wtedy czułem się panem całego świata.
- Hazuki? – usłyszałem cichy głos.
- Tak? – mruknąłem zadowolony.
- Kocham cię – powiedział ledwo słyszalnie.
Uśmiechnąłem się niekontrolowanie szeroko.
- Zdecydowanie nie pasujesz na zakonnicę, kocie.
Zamilkł.
- Chodź pod prysznic.
- Uhm.
Poszliśmy. Najpierw ja, potem on. Otworzyłem drzwi do kabiny i wpuściłem go, po czym sam dołączyłem. Odkręciłem wodę i przywarłem do jego warg. Woda, spływająca po naszych ciałach tylko wzmagała wrażenia. Kochaliśmy się po raz drugi.
Umyłem dokładnie jego ciało, potem on zrobił to samo z moim. Na jego twarzy prawie w ogóle nie pojawiał się uśmiech.
Gdy go wycierałem, spojrzał na mnie nieśmiało. Pierwszym słowem, który cisnęło się na moje usta było uroczy.
Właściwie to on nauczył mnie szczęścia. Wcześniej żyłem dla siebie, ze sobą…wydawało mi się, że dobrze radzę sobie w życiu, a właśnie ta zwyczajna egzystencja jest szczęściem. Nic bardziej mylnego. Prawdziwą radość z istnienia odnalazłem właśnie w nim.
- Czy… czy ty, Hazuki, na pewno chcesz być ze mną? Ja… nie potrafię kochać.
- Jasne, że chcę. Przecież widzę, że na mnie lecisz, zakonnico – zaśmiałem się, on też. – Miałeś bardzo zgrabny tyłek w tym habicie – uśmiechnąłem się i pocałowałem go namiętnie. Lubiłem zatracać się w uczuciu bliskości jego ust, ciała czy nawet swoistej synchronizacji naszych organizmów. To wszystko było tak przepiękne, słodkie i mdłe, że aż można było tym rzygać, lecz ja zachłysnąłem się ślepym szczęściem miłości, które nie przepada za wymiocinami.
Kochaliśmy się – nie, nie uprawialiśmy seksu. Nigdy tego nie robiliśmy. Zawsze się kochaliśmy. Nieważne, czy to ja jego, czy w późniejszym okresie on mnie…nigdy nie było to mechaniczne, gdyż każdy ruch wypełnialiśmy uczuciami.
Konflikty żegnaliśmy dość szybko. Zdarzyło się, że zbił lustro, by się pociąć. Już nawet nie pamiętam o co poszło, lecz od tamtej pory nie spuszczałem go z oczu.
Było cudownie. Idealnie. Niczym słodycz…ale nieporównywalna do ciastek czy bzów. Słodycz, której smakuje podniebienie serca. Słodycz, która jednocześnie jest…trucizną.

                                                                                                                                  Następny rozdział >>

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

[One Shot] "Uniesienia" [OMC/OMC]

Tytuł: Uniesienia
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora:Od autora: Przedstawiam idiotyzm chwili:

Kiedy zobaczyłam ich po raz pierwszy na żywo razem, poczułam zgęstniałą między nimi atmosfera. Nawet nie musieli spoglądać w swoim kierunku, by odczuć, że znają się od dawna i jest między nimi swoista chemia. Podeszłam do jednego z nich. Uśmiechnął się sympatycznie.
- A więc to on… - zaczęłam zamyślona.
- Tak – odpowiedział zupełnie naturalnie.
- Ale... Czuć coś między wami.
- Nami?
- Między tobą a nim – wskazałam ruchem głowy na basistę, który właśnie stroił instrument.
- Ach – przez jego twarz przemknął wyraz pełen zrozumienia i powiedziałabym, że z nutką pobłażania.
- Jakaś…chemia.
- Wiem – powiedział niemal natychmiast. Patrzył na mnie z typowym dla siebie spokojem, jakże kontrastującym z chaotyczną wręcz wypowiedzią. Jego wzrok, zamknięty w przestrzeni moich oczu był tak intensywny, że aż się wzdrygnęłam. – Wiem – powtórzył już spokojniej. Wtedy poczułam przyjemne ciepło w sercu. Wiedziałam, że nie mogę tego tak zostawić, a uwielbiałam swatać kunktatorskie pary, bo przecież platoniczność miłości nigdy nie trwa wiecznie.
- Więc dlaczego nie spróbujesz z nim o tym porozmawiać? – uśmiechnęłam się, snując w głowie plan.
- Rozmawiałem – odparł mój towarzysz rozmowy. Cała sytuacja stawała się dla mnie coraz bardziej ekscytująca.
- I…? – zapytałam, zupełnie nieświadoma niezdrowo błyszczących oczu i minimalizowania dystansu między mną a rozmówcą.
- On to odwzajemnia – każda jego wypowiedź brzmiała coraz ciszej.
- I nie jesteście razem? – podniecenie nie ustępowało. Wiedziałam, że znalazłam się w idealnym miejscu i o akuratnym czasie, aby coś zaradzić.
- Nie.
- Dlaczego? – ja, w przeciwieństwie do niego, coraz bardziej podnosiłam ton głosu.
- Bo kocha kogoś bardziej.
Na te słowa ekscytacja zniknęła, niczym porwana przez podmuch wiatru. Dopiero zauważyłam, że z tego wszystkiego przybliżyłam się do kolegi tak, iż przyparłam go do ściany. Postanowiłam natychmiastowo zmienić ten stan rzeczy, odsuwając się od niego i pozwalając swobodniej stanąć. Zrobiło mi się okropnie głupio. Sama nie wiedziałam, skąd wzięła się moja reakcja.
- Kogo? – zapytałam cichutko, podnosząc na niego nieśmiało wzrok. Jego wyraz twarzy wciąż był tak samo statyczny, przyozdobiony przelotnym uśmiechem.
- Muzykę.
Przyjrzałam mu się uważniej. Podejrzewam, że moja mina w tamtej chwili, wyrażająca kompletne osłupienie, musiała być zdecydowanie komiczna. On się nie zaśmiał, tylko spojrzał w jego stronę.
- Jak to muzykę?
- Kocha ją bardziej ode mnie. Dlatego ja powiedziałem, że będę czekał.
Wtedy poczułam, jak moje serce mięknie. Do oczu zaciekle chciały napłynąć łzy, ale powstrzymałam je, pociągając nosem.
- To piękne… - powiedziałam drżącym głosem.
Mój rozmówca spojrzał na niego i uśmiechnął się, usłyszawszy cichą wibrację powietrza, wypływającą spod jego palców.