piątek, 2 sierpnia 2013

[1/3] Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno... (HazukixAki)

Od autora: Bo wszystko ma swój koniec.

01. Nascency
Tamtej nocy księżyc świecił bardzo jasno. Wpadał przez okno sypialni, rzucając srebrzysto-białe światło na ogromną dębową szafę. Widziałem smugę światła tylko kątem oka, gdyż cała moja uwaga skupiona była na leniwym, acz miarowym przeczesywaniu włosów ukochanego, który leżał z głową wspartą na moim torsie. Jedną ręką obejmował mnie w pasie.
Nie mogłem spać. Patrzyłem na jego pogrążoną w śnie twarz. Miał zamknięte powieki, pełne usta, trochę przesuszone. Był taki, jak zwykle, a mimo wszystko coś wzbudzało mój niepokój.
- To absurdalne – pomyślałem – boję się niczego. Przecież nic nie ma prawa się stać.
Dopiero wtedy, stłumiwszy duszące serce uczucie, udało mi się usnąć.
Dziwne.

Obudziłem się. Otworzyłem powoli oczy, rozglądając dookoła, ale czułem tylko ciepło, bijące jeszcze z miejsca obok na łóżku, natomiast Akiego ujrzałem dopiero w drzwiach. Stanął, patrząc na mnie niepewnie. Uśmiechnąłem się do niego, usiadłem i skinąłem głową, by podszedł. Zachwiał się i zaczął zbliżać w moją stronę. Gdy tylko znalazł się w zasięgu moich rąk, złapałem jego dłoń, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem łapczywie. Poczuwszy lekkie drżenie jego ciała, zacisnąłem mocniej palce na jego dłoni. Zaczął się rozluźniać, a ja przybliżyłem się do niego, całując pełne wargi. Wsunąłem między nie język i zacząłem penetrować ich wnętrze. Cudowna chwila. Jedna z tych, które lubiłem najbardziej, gdy mogłem znajdować się zupełnie blisko, nie czując bijącego od niego strachu. Widziałem to już na samym początku, gdy tylko go poznałem. Pierwszy raz zdarzyło się, żebym odczuwał aż tak ogromną potrzebę pomocy komuś. Jemu. Czułem się, jak dziecko, pobudzony hormonami nastolatek, poddając przyjemnemu ciepłu i endorfiną, która rozlewała się po całym moim organizmie. Było pięknie.
Położyłem się na nim, nie przestając całować. Splotłem palce naszych dłoni tuż przy jego twarzy. Byliśmy nadzy. Oderwałem się od jego ust i zacząłem wargami pieścić resztę ciała. Słyszałem ciche jęki. Ja i on byliśmy szczęśliwi, więc nie było w tym nic złego.
Dyszałem, wychodząc z niego i kładąc się obok. Przytulił się do mnie niemal od razu. Właśnie wtedy czułem się panem całego świata.
- Hazuki? – usłyszałem cichy głos.
- Tak? – mruknąłem zadowolony.
- Kocham cię – powiedział ledwo słyszalnie.
Uśmiechnąłem się niekontrolowanie szeroko.
- Zdecydowanie nie pasujesz na zakonnicę, kocie.
Zamilkł.
- Chodź pod prysznic.
- Uhm.
Poszliśmy. Najpierw ja, potem on. Otworzyłem drzwi do kabiny i wpuściłem go, po czym sam dołączyłem. Odkręciłem wodę i przywarłem do jego warg. Woda, spływająca po naszych ciałach tylko wzmagała wrażenia. Kochaliśmy się po raz drugi.
Umyłem dokładnie jego ciało, potem on zrobił to samo z moim. Na jego twarzy prawie w ogóle nie pojawiał się uśmiech.
Gdy go wycierałem, spojrzał na mnie nieśmiało. Pierwszym słowem, który cisnęło się na moje usta było uroczy.
Właściwie to on nauczył mnie szczęścia. Wcześniej żyłem dla siebie, ze sobą…wydawało mi się, że dobrze radzę sobie w życiu, a właśnie ta zwyczajna egzystencja jest szczęściem. Nic bardziej mylnego. Prawdziwą radość z istnienia odnalazłem właśnie w nim.
- Czy… czy ty, Hazuki, na pewno chcesz być ze mną? Ja… nie potrafię kochać.
- Jasne, że chcę. Przecież widzę, że na mnie lecisz, zakonnico – zaśmiałem się, on też. – Miałeś bardzo zgrabny tyłek w tym habicie – uśmiechnąłem się i pocałowałem go namiętnie. Lubiłem zatracać się w uczuciu bliskości jego ust, ciała czy nawet swoistej synchronizacji naszych organizmów. To wszystko było tak przepiękne, słodkie i mdłe, że aż można było tym rzygać, lecz ja zachłysnąłem się ślepym szczęściem miłości, które nie przepada za wymiocinami.
Kochaliśmy się – nie, nie uprawialiśmy seksu. Nigdy tego nie robiliśmy. Zawsze się kochaliśmy. Nieważne, czy to ja jego, czy w późniejszym okresie on mnie…nigdy nie było to mechaniczne, gdyż każdy ruch wypełnialiśmy uczuciami.
Konflikty żegnaliśmy dość szybko. Zdarzyło się, że zbił lustro, by się pociąć. Już nawet nie pamiętam o co poszło, lecz od tamtej pory nie spuszczałem go z oczu.
Było cudownie. Idealnie. Niczym słodycz…ale nieporównywalna do ciastek czy bzów. Słodycz, której smakuje podniebienie serca. Słodycz, która jednocześnie jest…trucizną.

                                                                                                                                  Następny rozdział >>

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

[One Shot] "Uniesienia" [OMC/OMC]

Tytuł: Uniesienia
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: ?
Od autora:Od autora: Przedstawiam idiotyzm chwili:

Kiedy zobaczyłam ich po raz pierwszy na żywo razem, poczułam zgęstniałą między nimi atmosfera. Nawet nie musieli spoglądać w swoim kierunku, by odczuć, że znają się od dawna i jest między nimi swoista chemia. Podeszłam do jednego z nich. Uśmiechnął się sympatycznie.
- A więc to on… - zaczęłam zamyślona.
- Tak – odpowiedział zupełnie naturalnie.
- Ale... Czuć coś między wami.
- Nami?
- Między tobą a nim – wskazałam ruchem głowy na basistę, który właśnie stroił instrument.
- Ach – przez jego twarz przemknął wyraz pełen zrozumienia i powiedziałabym, że z nutką pobłażania.
- Jakaś…chemia.
- Wiem – powiedział niemal natychmiast. Patrzył na mnie z typowym dla siebie spokojem, jakże kontrastującym z chaotyczną wręcz wypowiedzią. Jego wzrok, zamknięty w przestrzeni moich oczu był tak intensywny, że aż się wzdrygnęłam. – Wiem – powtórzył już spokojniej. Wtedy poczułam przyjemne ciepło w sercu. Wiedziałam, że nie mogę tego tak zostawić, a uwielbiałam swatać kunktatorskie pary, bo przecież platoniczność miłości nigdy nie trwa wiecznie.
- Więc dlaczego nie spróbujesz z nim o tym porozmawiać? – uśmiechnęłam się, snując w głowie plan.
- Rozmawiałem – odparł mój towarzysz rozmowy. Cała sytuacja stawała się dla mnie coraz bardziej ekscytująca.
- I…? – zapytałam, zupełnie nieświadoma niezdrowo błyszczących oczu i minimalizowania dystansu między mną a rozmówcą.
- On to odwzajemnia – każda jego wypowiedź brzmiała coraz ciszej.
- I nie jesteście razem? – podniecenie nie ustępowało. Wiedziałam, że znalazłam się w idealnym miejscu i o akuratnym czasie, aby coś zaradzić.
- Nie.
- Dlaczego? – ja, w przeciwieństwie do niego, coraz bardziej podnosiłam ton głosu.
- Bo kocha kogoś bardziej.
Na te słowa ekscytacja zniknęła, niczym porwana przez podmuch wiatru. Dopiero zauważyłam, że z tego wszystkiego przybliżyłam się do kolegi tak, iż przyparłam go do ściany. Postanowiłam natychmiastowo zmienić ten stan rzeczy, odsuwając się od niego i pozwalając swobodniej stanąć. Zrobiło mi się okropnie głupio. Sama nie wiedziałam, skąd wzięła się moja reakcja.
- Kogo? – zapytałam cichutko, podnosząc na niego nieśmiało wzrok. Jego wyraz twarzy wciąż był tak samo statyczny, przyozdobiony przelotnym uśmiechem.
- Muzykę.
Przyjrzałam mu się uważniej. Podejrzewam, że moja mina w tamtej chwili, wyrażająca kompletne osłupienie, musiała być zdecydowanie komiczna. On się nie zaśmiał, tylko spojrzał w jego stronę.
- Jak to muzykę?
- Kocha ją bardziej ode mnie. Dlatego ja powiedziałem, że będę czekał.
Wtedy poczułam, jak moje serce mięknie. Do oczu zaciekle chciały napłynąć łzy, ale powstrzymałam je, pociągając nosem.
- To piękne… - powiedziałam drżącym głosem.
Mój rozmówca spojrzał na niego i uśmiechnął się, usłyszawszy cichą wibrację powietrza, wypływającą spod jego palców.

poniedziałek, 25 marca 2013

[one shot] "Różana chwila" Hazuki(lynch.)xAki(Sadie)

Od autora: Pisane z punktu widzenia Hazukiego.

Kolejny rok.
Stoję w pustym pokoju, spowitym mrokiem. Żaluzje w oknach są zasłonięte. Siedzę na kanapie, obok mnie jest mały stoliczek, a przede mną telewizor. Pomieszczenie nie jest zbyt wielkie, zaś dalej łączy się z kuchnią, acz…czy to ważne?
Sięgam na oślep w kierunku stolika. Pod moimi palcami pojawia się śliski materiał, zaciskam na nim dłoń i zabieram. Dotykam go też drugą dłonią. Badam fakturę. Przed oczami mam karmazynowy kolor…
Zaledwie dwanaście miesięcy temu wszedł do tego pokoju trochę za wcześnie. Wciąż pamiętam iskierkę rozbawienia, która rozbłysła w jego oczach, odbijając się na poruszonych lekko kącikach ust, gdy zobaczył mnie zupełnie nagiego, zaplątanego w czerwoną wstążkę. Wpadłem na genialny pomysł, żeby na urodziny podarować mu siebie.
Na mojej twarzy pojawia się gorzki uśmiech.
Nie ma go. Zniknął. Nieważne, ile razy otwierałbym oczy i przecierał je, chcąc zbudzić się z najgorszego koszmaru, jaki mógł mi się przytrafić, przede mną zawsze widniałaby pustka.
Puszczam śliski materiał karmazynowej wstążki, która osuwa się w dół i spada w nicość.
Moje palce znów wyciągają się w kierunku stolika. Tym razem muszą podążyć dalej, by poczuć ukłucie bólu. Odruchowo odsuwam rękę, by po chwili znów ostrożnie chwycić nią gładką gałązkę pomiędzy kolcami. Przysuwam kwiat do swojej twarzy i topię nos w płatkach, przez chwilę otumaniony zapachem. Nie jestem w stanie opisać go słowami, jest zbyt niezwykły. Mógłbym go jedynie porównać do niego i miejsca w moim życiu, które zajął.
Czuję nieprzyjemne ukłucie żalu gdzieś w duchowym wnętrzu. Tchnięty nagłym kaprysem, odrywam jeden z palców, spoczywających na bezpiecznej łodydze i dotykam kolca stwardniałym opuszkiem. Początkowo delikatnie, później coraz mocniej, aż kolec przebija się przez warstwę naskórka, zostawiając w palcu niewielką dziurkę.
Właściwie po co?
Chwytam znów łagodną część kwiatu i upuszczam go, a on spada w nicość.
Wyciągam znów dłoń, jeszcze dalej, niż poprzednio. Zaciskam palce na metalowej rączce. Przyciągam go do siebie. Czuję chłód metalu na skroni…
Żegnaj.
…i pogrążam się w nicości.