poniedziałek, 30 czerwca 2014

[One Shot] "Arrivals and Departures" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: Arrivals and Departures (ang. przyloty i odloty)
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: -
Ostrzeżenia: ewentualne przekleństwa, odpowiednio dawkowane w dialogach
Od autora: Jak zwykle miało być zupełnie inaczej. Mam wrażenie, że nie wyczerpałam tego, co chciałam napisać, ale z drugiej strony tutaj nie chce się upychać niczego więcej. Jak zwykle Tora i Saga, opowiadanie o relacjach. Zapraszam.

*
Shinji już miał kłaść się spać, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Uśmiechnął się pod nosem. Tej nocy nigdzie nie wychodził, wypił tylko wieczorne piwo przy dobrym filmie, wykąpał się i jak na przykładnego obywatela przystało, miał kłaść się spać, żeby wyspać się i być wydajnym w pracy.
Dobrze wiedział, kto przyszedł do jego domu. Przychodził regularnie - co tydzień, dwa... czasem co pięć dni a czasem co dwadzieścia. Był pod tym względem dość kapryśny, ale przychodził zawsze. Poznał go przypadkiem.
Kiedy Shinji otworzył drzwi, do jego mieszkania wtoczył się trochę niższy mężczyzna drobnej postury. Miał na sobie dopasowaną koszulkę z siateczkowym wzorem, zawadiacko zsunięty z jednego ramienia sweter i obcisłe skórzane spodnie. Wpadł w ramiona ciemnowłosego gospodarza i wymamrotał pijacko prosto do jego ucha:
- Pociesz mnie, Shinji.
I jak ten biedny, znienacka napadnięty, przykładny pracowity Japończyk miał go nie posłuchać?
Jak ktokolwiek mógł nie słuchać Takashiego?
Shinji wziął to zapijaczone źródło własnego szczęścia i zaprowadził do sypialni. Wcale nie spodziewał się, że cudowna dłoń o długich smukłych palcach spocznie pod jego koszulką i delikatnie gładząc skórę, sparaliżuje jego ruchy. Przez kręgosłup Amano przeszedł dreszcz podniecenia. Jak mógł w tej chwili po prostu go zostawić? Jego serce waliło, a umysł krzyczał. Mimo to nie był w stanie zmobilizować bezwładnych kończyn do ruchu, więc po prostu pozostał w bezruchu, przyglądając się czekoladowym tęczówkom i pozwalając sercu tańczyć.

Kiedy Takashi obudził się rano, pierwszym co poczuł był ból głowy, który wydawał się obciążać jego głowę o co najmniej dwadzieścia kilo. Próbował przewrócić się na drugi bok, ale przeszkodziły mu mdłości i ból w dolnej partii ciała. Tym sposobem skończył, leżąc na plecach i wpatrując się w biały sufit. W ustach miał nieprzyjemny smak kaca, a cała jego osoba tryskała niechęcią dalszej egzystencji. Znowu to zrobił.
Gdy wreszcie podniósł się z łóżka, przeklinając bolące miejsce, do którego światło nie dochodzi, poszedł do łazienki i nawet sobie nieznanym cudem, nie skończył z głową pomiędzy obręczą muszli klozetowej. W zamian za to w lustrze powitał go obraz nieszczęścia w potarganych włosach, z ogromnymi sińcami dookoła oczu, tak bardzo przypominającymi pandę, choć tak wyglądając prędzej przypominał bezdomnego pana z zagranicznych śmietników niż puchate zwierzątko. Odlał się i ochlapał twarz zimną wodą, pozwalając sobie na chwilę kontemplacji i przypomnienie czegokolwiek z zeszłej nocy. Był Byou. Wywalił go na zbity pysk i jak zwykle skończył u Shinjiego. Pewnie przyszedł kompletnie nietrzeźwy, w nocy zaczął się dobierać do Amano i skończyli pieprząc się jak króliki. To wyjaśniało ból głowy, problemy z chodzeniem i miejsce, w jakim się znajdował. Westchnął.
Kiedy Takashi wyszedł z łazienki, do jego nozdrzy doleciał przyjemny zapach świeżo parzonej kawy. Uśmiechnął się i wiedziony miłością najinteresowniejszą, ale i najszczerszą, skierował się do kuchni. Usiadł, a właściwie opadł na krzesło naprzeciw Shinjiego. Na stole przed nim stał jego ulubiony fioletowy kubek, z ulubioną mocną, czarną kawą. Ironicznie fioletowy.
- Nienawidzę go - powiedział z zaciętością Sakamoto, upijając łyk napoju i razem z nim przełykając wymiociny, które miał ochotę z siebie wyrzucić od pierwszego porannego kontaktu ze światem. Dopiero wtedy zauważył, że na dworze było pochmurno - szare chmury spowiły całe niebo i zbierało się na deszcz.
- Co się znowu stało? - zapytał Shinji, niemal bezszelestnie odstawiając swój kubek na blat stołu. Mówił ze stoickim spokojem, jakby wcale nie był zazdrosny o Byou. Nie przeszkadzało mu, że zamiast zachwycać się jego obecnością, Sakamoto woli mówić o swoich nieudanych związkach. A tym bardziej o związku z Byou, który ciągnął się od roku i był chyba najbardziej burzliwym z dotychczasowych.
Takashi, przychodząc do Amano, nie zdradzał Byou. Ich relacje były samoistne, pozbawione moralności. Uprawiali seks, ale łączyła ich przyjaźń, zrodzona gdzieś pomiędzy padającymi przez lata słowami, drobnymi gestami, ukryta we wspólnie spędzonych sekundach, godzinach, latach... Razem znajdowali się w innym wymiarze, w którym nie istniało prawo zdrady.
- Wyrzucił mnie. Po prostu mnie wywalił. Jestem pewny, że ukrywał gdzieś w szafie albo pod łóżkiem tego cholernego Jina - prychnął i upił kolejny łyk życiodajnej kawy. Odstawił kubek z głośnym puknięciem, który sam odczuł w pulsującej głowie.
- Myślisz, że cię zdradza? - zainteresował się Shinji, wciąż z idiotycznym uśmiechem, którego nie był w stanie zedrzeć od ostatniej nocy. Właściwie od dźwięku dzwonka przy drzwiach, który wlał się do jego uszu.
- Na pewno mnie zdradza. Chuj - skwitował treściwie Sakamoto, urywając temat. - A co z tobą, Shinji? - podniósł wzrok na przyjaciela.
- Ze mną? - Amano objął swój kubek dłońmi i zaczął stukać palcami o jego gładką fakturę.
- Tak, z tobą - Takashi patrzył na niego ponaglająco.
- Nic ze mną - odparł Shinji, próbując ukryć zdenerwowanie. - Jestem dyspozycyjny dla ciebie przez cały czas...
Sakamoto roześmiał się. Twarde krzesło było boleśniejsze niż zwykle, a głowa wciąż rytmicznie pulsowała. Tylko mdłości zdawały się trochę mniejsze, ale mimo to Takashi się uśmiechał. W końcu tuż obok na wyciągnięcie ręki siedział jego tygrys.
- Takashi? - zapytał z powątpiewaniem Amano, kiedy poczuł na swojej dłoni delikatne muśnięcie opuszków palców.
- Byou mnie wyrzucił - stwierdził.
- Nie martw się, pewnie jutro zacznie wydzwaniać, że masz wra...
- Kto powiedział, że będę chciał wrócić? - przerwał przyjacielowi Sakamoto.
- Możesz zostać tak długo, jak chcesz - odparł Shinji z westchnieniem
- Wiem - powiedział Takashi. - Mam ochotę na warzywa.
Zostawił po sobie pusty kubek po kawie i poszedł się wykąpać.
To było dla Shinjiego naprawdę trudne. Zależało mu na Takashim. Zależało bardziej niż na kimkolwiek innym. Ambiwalentnie cieszył się, że przyjaciel zawsze do niego wracał i jednocześnie cierpiał, kiedy odchodził. Gdy wracał też cierpiał. Nawet, jeśli otumanienie radością wynikającą z obecności kochanej osoby na chwilę przyćmiło ten ból, jeśli był w stanie zakopać go w śladach paznokci na swoich plecach i dzikim seksie, on wciąż był. Tępo wwiercał się w jego serce, coraz bardziej je rozgrzebując.
Shinji wstał, wziął kubki i umył je w zlewie. Leżał tam także nóż. Kiedy go chwycił, przez nieuwagę wypadł mu z rozedrganej dłoni i próbując go chwycić, zaciął się w palec. Krew obficie spływała do zlewu, mieszając się z wodą i wpadając do dziury. Amano sam się czuł, jakby wlatywał do bardzo czarnej, niekończącej się dziury. Chciał zatrzymać Sakamoto na zawsze, ale wiedział, że on odejdzie. Jedyną nadzieją był fakt, że wróci. Takashi zawsze wracał, nieważne ile wypił i z kim uprawiał seks. Na koniec trafiał do niego - do Shinjiego i czy chciał się kochać, czy tylko wypłakać, Amano zawsze posiadał dla niego miejsce w łóżku, dodatkowy kubek i nawet zapasową szczoteczkę do zębów. Shinji zakleił swój palec, a z łazienki wyszedł Sakamoto. Miał na sobie spodnie i jego (Shinjiego) koszulkę, a z brązowych włosów kapały kropelki przezroczystej wody. Amano uśmiechnął się, widząc go. Po prostu nie potrafił się nie uśmiechać. Nie potrafił go nie kochać ani nie pozwolić mu wrócić. Każdy chciał stałości, choć ich wieczność wykluczała stabilizację.
- Halo? - Shinji nawet nie ujrzał, kiedy Takashi odebrał telefon. - Tak... Będę za godzinę, pa.
Spojrzał na Amano i uśmiechnął się. Jego oczy rozbłysły szczęściem. Shinji nie mógł nie pozwolić mu porwać kawałka chleba z masłem i uciec bez pożegnania. Ono nie było im potrzebne. Takashi zawsze wracał. A Shinji zawsze był przykładnym robotnikiem w japońskiej korporacji, dopóki w jego drzwiach nie pojawił się pijany mężczyzna z zawadiacko odsłoniętym ramieniem.


*
Kilka wskazówek: Byou (oczywiście ze Screw) nie cierpi deszczu i warzyw, a jego ulubionym kolorem jest fioletowy i uwielbia kawę.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

[One Shot] "dies irae dies amore dies desperatione" Tora/Saga (Alice Nine)

Tytuł: dies irae dies amore dies desperatione (łac. dzień gniewu dzień miłości dzień rozpaczy)
Paring: Shou/Saga, Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: -
Rating: myślę, że bez ograniczeń [G]
Ostrzeżenia: -
Od autora: ... bo naprawdę nie lubię paringu Shou/Saga, ale z Sagą nigdy łatwo nie jest.
Tekst miał potoczyć się zupełnie inaczej, ale w pewnym momencie po prostu nie mógł skończyć się inaczej.
Nie krępujcie się z wytykaniem mi błędów, nie mam bety.
I choruję na chroniczny niedobór Tory i Sagi.
Zapraszam...

*
Sala prób nie była niczym specjalnym. Wytwórnia udostępniała ją zespołowi w ustalonych godzinach. Była jak zwykła sala. Jedną jej ścianę pokrywało ogromne lustro, zawsze idealnie czyste - przecież Peace and Smile Company musiało dbać o swoje gwiazdki. Kolejne ściany stanowiły drewnopodobne płyty, pod którymi była jeszcze dodatkowa warstwa wygłuszająca. W identycznych salach próby mieli Born, the GazettE i kilka innych... Nie było w niej okien, ale wytwórnia gwarantowała zawsze czynną klimatyzację, a na wszelki wypadek w rogu stał ogromny wiatrak. Po podłodze walały się kable znaczące niekończący się labirynt czarnych szlaków. Gdzieś przy drzwiach stał wieszak na ubrania, lecz było na tyle ciepło, że tego dnia nikt z niego nie korzystał. Samotnie stał też niewielki kosz na śmieci i jakaś półka z nutami oraz pięć ustawionych w równiutkim rządku pulpitów. Na sali rozstawione było pięć krzeseł - jedno za perkusją, a pozostałe cztery w przypadkowych miejscach. Przy ścianach znajdowały się pokrowce od basu, gitary Hiroto oraz torby.
Tora siedział na jednym z głośników i właśnie zapinał zamek błyskawiczny swojego futerału. Obok niego na plastikowym krześle załamywał ręce Nao. Naprzeciwko głośnika stała jeszcze zapomniana kanapa, niekoniecznie wygodna, ale całkiem użyteczna na chwilę wytchnienia po próbie. Tam z kolei utożsamiał się z zombie Shou, który właśnie ocierał oczy z łez. Obok niego siedział widocznie zmartwiony stanem przyjaciela Hiroto, z gitarą wspartą na udzie i kostką między palcami. Przygryzał wargę i brzdąkał coś niestrudzenie, zerkając jednak na wokalistę. Atmosfera gęstniała coraz bardziej wraz z mijającymi chwilami milczenia. Przerwał je dźwięk otwieranych z impetem drzwi. W progu pojawił się Saga - akurat wtedy, gdy Tora dopiął swój pokrowiec.
- Idziemy - powiedział Saga chłodno, nawet nie zaszczycając Shou spojrzeniem, tylko zerkając ponaglająco na Torę.
- Ale nie... - odezwał się Nao, zrywając z krzesła, lecz zamilkł, kiedy Saga spiorunował go spojrzeniem. Jeszcze nigdy nie widział, by wzrok przyjaciela aż tak mroził krew w żyłach. Odpuścił. Znał go wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy odpuścić.
Kiedy zatrzasnęły się drzwi za nimi, Nao westchnął smutno i opadł z powrotem na krzesło. Po Sadze pozostała tylko strużka tytoniowego smrodu.
- Shou... - Hiroto przestał grać i odłożył gitarę, kiedy zauważył, że plecy przyjaciela drżą arytmicznie. Odłożył gitarę i oparłszy ją o bok kanapy, położył dłoń na plecach przyjaciela. - Shou, to... - zaczął mówić, ale urwał. Bo co miał powiedzieć? "To nie koniec świata?" Dobrze wiedział, że Saga był dla niego całym światem. Tylko on tak potrafi... Kohara wstał i zakrywając twarz przed przyjaciółmi, zamknął się w łazience. Hiroto westchnął, spoglądając na Nao.
Gdzie ich dorosłość i profesjonalizm? Zniknęły gdzieś pochłonięte przez miłość.

- A kiedyś był taki nieśmiały - pomyślał Tora. Przypominał sobie, kiedy jeszcze Saga na głowie reprezentował przykładny blond, a na sesjach jego brzuch był odkryty. Kiedy niosąc bas na plecach, po prostu bezszelestnie znikał. Jak to było z tą ich miłością?
Wsiedli do samochodu, Tora odpalił silnik.
- Jest ci go żal - stwierdził Takashi ostro, wręcz z wyrzutem.
- Trochę jest... - odparł Shinji, choć nie był w stanie powstrzymać pełnego satysfakcji uśmiechu. Ułożył dłoń na skrzyni biegów.
- Więc niech przestanie -  Saga położył dłoń na jego i utkwił w nim swój intensywny, wywołujący przyjemne dreszcze wzrok. - Takie jest życie, Shinji - powiedział to tak, jakby nie mówił o swoim byłym kochanku i przyjacielu, tylko o wypisanym długopisie, który da się wymienić na nowy, lepszy, użytecznejszy.
Tora nie wiedział, dlaczego to wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób. Nigdy nie czuł się lepszy od Shou, choć nie brakowało mu pewności siebie. Więc co? Shinji zrzucał to na karb miłości. Przecież ona taka jest. Zawsze była. Przybierała kształt kuzynki pani z kosą i odwiedzała tego, kto tylko wpadł jej w oko. Jedyną jej wadą był fakt, że kochała cały świat i nikt się przed nią nie uchronił.
Tora wierzył. Patrząc na dłoń Takashiego, na niego, czuł przyjemny ucisk w brzuchu, gardle, mrowienie w mózgu i serce obijające się bezlitośnie o żebra. Czuł się jak zwycięzca. Jakby wygrał życie. Prawie jak wtedy, kiedy schudł trzydzieści kilo, ale powiedziałby, że euforia dosięgała stopnia trzydzieści razy większego, gdyż wszystko należało do teraźniejszości.
- Oczywiście - stwierdził, wrzucając jedynkę i odjeżdżając. Opuścili studio i pojechali do domu Sagi, by spakować jego rzeczy i zawieźć je do Tory. Shinji już wiedział, że nigdy wcześniej nie czuł się tak irracjonalnie szczęśliwy.
Kiedy przekroczyli próg mieszkania, Saga wyraźnie się rozluźnił. Pozwolił się przytulić, pocałować w szyję, a później z powagą dwunastolatki, która podkrada szpilki mamie, urządzili sobie grę "kto trafi większością ubrań do walizki, ten jest dziś na górze". Wygrał Tora. Oczywiście tylko dlatego, że Saga pozwolił mu wygrać. To miał być początek sielanki.
Shinji parzył im zasłużoną kawę, a Takashi pakował pozostałości do higieny wszelakiej w łazience, gdy rozdzwonił się jego telefon. Basista westchnął teatralnie i wyjął aparat z ciasnej tylnej kieszeni dżinsów. Dzwonił Nao. Czyżby Shou wiedział, że nie odbierze i postanowił załatwić to po najmniejszej linii oporu? Choć Takashi ich znał i prędzej stwierdziłby, że Naoyuki sam zaproponował zatelefonowanie i załatwienie tego z nim. Murai znał go najlepiej, jednak Saga był pewien, że ten ruch z jego strony pozostał niezrozumiały nawet dla najbliższego przyjaciela.
Kim był Tora w tym wszystkim?
- Zrobione - Saga usłyszał ciche mruknięcie przy swoim uchu i poczuł oplatające go w talii ręce. Jego serce zabiło mocniej, kiedy ciało ukochanego przyległo do jego pleców. - Możemy już jechać? Ten dom jest pełen dziwnych wyobrażeń.
Saga wcisnął przycisk blokowania klawiatury, który momentalnie uciszył wibrujące urządzenie, po czym obrócił się przodem do Shinjiego i odgarnął włosy z jego twarzy za ucho.
- Jeszcze chwila, tygrysie - odparł z uśmiechem.
Tora był przystojny. Miał swoje mankamenty, Saga też je zauważał, ale mimo to... posiadał w sobie coś. Po prostu coś, co potrafiło wzruszyć nawet wiecznie chłodnego, cynicznego i niewzruszonego Sagę.
- Jeszcze kawa, kocie - odparł na to Shinji i wrócił do pokoju. Saga schował co trzeba do kosmetyczki i włączył tryb samolotowy w telefonie, po czym wsadził go z powrotem do kieszeni spodni.
Poszedł do pokoju i usiadł przy stole na przeciwko Tory. Przed nim stał kubek z jeszcze ciepłą kawą.
Wypili w milczeniu, później Saga umył naczynia, a Shinji spakował jego rzeczy do samochodu i pojechali, zostawiając mieszkanie sterylnie wymiecione z uczuć.

- Cholera, wyłączył telefon - westchnął podenerwowany Nao, który od godziny chodząc tam i z powrotem prawie wydeptał ścieżkę w podłodze.
- Nao, to bez sensu... - odparł Hiroto, podając Shou kolejną paczkę chusteczek pod drzwiami. - Nic z tym nie zrobimy, trzeba wspierać Shou.
- Ale próba. Koncerty. Niedługo kontynuujemy trasę. Jak ty to sobie wyobrażasz?! - Murai opadł teatralnie na plastikowe krzesło czy raczej się na nie osunął. - Nie mam siły na was...
Hiroto jako jedyny zachował względną trzeźwość umysłu. W końcu wstał i zaczął się pakować. Zza drzwi do łazienki słychać było tylko ciche łkanie.
- Co robisz? - zapytał zrezygnowany Naoyuki.
- Wychodzę - powiedział Hiroto, zapinając futerał.
Nawet Shou wyściubił nos z łazienki i spojrzał na przyjaciela przez szczelinę w drzwiach.
- Dokąd? - zapytał perkusista. - Powinniśmy ćwi...
- Porozmawiam z Sagą.
Perkusista i wokalista tylko patrzyli, jak Hiroto pakuje wodę do torby i wychodzi, pewnym ruchem zamykając za sobą drzwi.

Tora postawił ostatnią walizkę w sypialni i otarł pot z czoła. Spojrzał z uśmiechem na Sagę, który przekręcił za nim klucz w drzwiach. Takashi przybrał ten zawadiacki wyraz twarzy, który cholernie Torę pociągał.
- Tygrysie - odparł, przysuwając się do niego i wsuwając dłonie pod koszulkę, by delikatnymi ruchami rozdygotanych chłodnych palców, gładzić jego brzuch. Wargi kochanków złączyły się w pocałunku, a domowa przestrzeń stała się ich nasyconym erotyzmem małym światem.

- Dlaczego wybrałeś mnie? - zapytał Shinji, kiedy nadzy palili przy osłoniętych kolorową matą balkonowych kratach.
- Ostatnio mamy tendencje do zachowywania się jakbyśmy z powrotem mieli szesnaście lat, nie uważasz, Torashi? - odrzekł cicho Takashi, opierając głowę na ramieniu kochanka. Tora dyskretnie objął go ręką w pasie. Był taki chudy i drobny. Momentami Amano wydawało się, że Saga jest kruchy i kiedy go obejmuje, ukochany zaraz posypie się niczym pustynny piasek, zamieniając w kupkę żółtego pyłu. - Chciałbyś wrócić do tego czasu?
- Nie. Wtedy nie miałem jeszcze ciebie.
Saga uśmiechnął się, a gdzieś na dnie tego grymasu czaił się smutek. Przytulił się do torsu kochanka i tak stali, patrząc na malutkie niczym zabawki samochody i ludziki.
Wieżowiec, w którym mieszkał Tora był bardzo wysoki, zupełnie jakby próbował dosięgnąć chmur. Najsmutniejszy wieżowiec na świecie.

Kiedy Saga poszedł pod prysznic, rozdzwonił się telefon Tory.
- Halo?
- Muszę z wami porozmawiać, będę u ciebie za pół godziny - do uszu Shinjiego wlał się głos Hiroto.
- Ale... - zaczął Tora, lecz po drugiej stronie słuchawki rozległ się przerywany ciszą sygnał.
Takashi wyszedł z łazienki.
- Hiroto zaraz u nas będzie - powiedział Amano, kiedy palce Sagi dotykały jego włosów. Siedzący na łóżku Tora objął go w pasie, przytulając się do płaskiego brzucha. Nie przeszkadzała mu nawet wyraźnie wyczuwalna miednica, kiedy Takashi obejmował go, przeczesując włosy między palcami.
- Kocham cię, Torashi - wyszeptał. - Oto odpowiedź na twoje pytanie - powiedziawszy to, puścił go i pozwolił mu iść do łazienki.

Hiroto przyjechał, gdy za drzwiami łazienki ustał dźwięk spadającej ciężko na płytki wody. Zadzwonił i kulturalnie czekał aż otworzy mu gospodarz. Do drzwi poszedł Saga i przekręcił klucz w zamku, ale żaden z nich ich nie otworzył. Saga usiadł na łóżku i wpatrywał się w łazienkowe drzwi. Tora wyszedł ubrany, schludny, z mokrymi strąkami włosów, z których kapały kropelki wody.
- Hiroto czeka aż mu otworzysz - Saga wstał i poszedł do kuchni, by wstawić wodę. - Zapytaj go, czego się napije - powiedział jeszcze.
Tora niewiele myśląc szybkim krokiem podszedł do drzwi i je otworzył. Gitarzysta był przemoczony. Nawet nie zauważyli, kiedy na dworze tak się rozpadało.
- Wejdź, przyniosę ci ręcznik - powiedział, przepuszczając go w drzwiach i kierując się w stronę ogromnej szafy. Hiroto wszedł i zdjął buty. Nie mówił nic, tylko obejmował wielkimi orzechowymi oczami pomieszczenie. Saga wyszedł z dwoma parującymi kubkami ich ulubionej herbaty i postawił je na czteroosobowym stole.
- Co wypijesz? - zapytał z uśmiechem.
- Nic... Przyszedłem po-roz... - jego głos załamał się i psiknął. - ... porozmawiać - dokończył. Saga zniknął na chwilę w kuchni, by wrócić z kolejnym kubkiem i paczką chusteczek. Położył je na jednym z miejsc. Tora wygrzebał z szafy ręcznik i podał go przyjacielowi.
- Jak chcesz, to się wykąp - zaoferował Amano. - Nie byłoby dobrze, gdybyś się teraz rozchorował. Mogę ci coś...
- Dość - przerwał mu drugi gitarzysta. - Czy wy tego nie widzicie? Wszystko się sypie. Co was obchodzi moje zdrowie, skoro zupełnie nie przejmujecie się Shou?
- Przestań zachowywać się jak dziecko, Ogata. To nie twoja sprawa - powiedział chłodno Saga, utkwiwszy w nim swoje najmroźniejsze spojrzenie.
- To jest moja sprawa. Nie widzicie, że Alice Nine się rozpada? Chcecie odejść? Jesteśmy w środku trasy, poza tym my, fani, nasze marzenia...
Tora podszedł do Sagi i stanął obok niego.
- Priorytety się zmieniają, Hiroto. Nie mamy już dwudziestu lat, nie jesteśmy głupimi nastolatkami ani rządnymi sławy młodzikami - powiedział Takashi.
- Czy to znaczy, że...? - zaczął Ogata.
- Chcemy odejść - powiedział Tora, ukradkiem odnajdując dłoń Sagi i splatając jego palce ze swoimi.
- Nie bądźcie pochopni - odparł już spokojniej Hiroto, spuszczając głowę. - To wy... zachowujecie się jak dzieci. Co się stało?
Tora spojrzał na Sagę, którego beznamiętny wzrok utkwiony był w sylwetce odchodzącego Hiroto. Zostawił po sobie tylko mokre ślady i ręcznik na oparciu krzesła.
Był zawiedziony.
Saga przytulił się do Tory, a Tora objął go najciaśniej, jak tylko potrafił. Saga dobrze wiedział, jak działa na Torę. Tora dobrze wiedział, że Saga uwielbia prowokować go do różnych zachowań.
Trwali w tym wzajemnie, kochając się, jakby był to ich pierwszy raz.
- Shinji, jestem zmęczony - westchnął Saga.
- Więc zostańmy, najwyżej wyjdziemy innym razem.
Takashi uśmiechnął się i pocałował go w usta, zupełnie jakby ofiarował mu nagrodę za prawidłową odpowiedź. A Tora uśmiechał się najszerzej jak potrafił, szczęśliwy w jakiś idiotyczny sposób.
Przebrali się i położyli spać, choć i tak nie musiało minąć dużo czasu, by Saga uznał, że nie może spać.
Kochali się. Jak dotychczas wydawało im się, że nie będą mogli żyć bez pracy, ale wszystko diametralnie się zmieniło. Tora żył dla Sagi, a Saga... dla idei.
Kolejnego dnia przeszli się na koncert jednego z nowszych zespołów o nazwie ClownxCrown. Byli nieźli.
Takashi i Shinji stali z tyłu, obydwoje mieli na nosach przeciwsłoneczne okulary, a Saga założył też starą czapkę z daszkiem. Zdjął ją, kiedy oparł głowę na ramieniu ukochanego. Cieszył się wspólnymi chwilami.
Tora również cieszył się nimi do samego końca i zanim jeszcze wszystko zaczęło nabierać jednolitego koloru, stawać się miałkie i rutynowe, zanim jeszcze ich wyjątkowość zaczęła ginąć w codzienności, Saga zniknął.
Powiedział, że idzie się przejść. Zostawił wszystko, wraz z telefonem, dokumentami, ubraniami na zmianę, piżamą pod poduszką i szczoteczką do zębów w kubeczku na umywalce.
Tora uważał, że zaginął. W jego głowie rozgrywały się najgorsze scenariusze o morderstwie, wypadku albo porwaniu. Oczywiście zgłosił zaginięcie na policję, ale nie znaleziono nic. Saga zniknął. Po prostu. Zabierając ze sobą jedynie paczkę Pianissimo Peche i zapalniczkę. Tora za sprzymierzeńca w żałobie uznał Shou. Spotykali się, kiedy było im gorzej. Tora wyniósł się do Shou, ponieważ nie mógł wytrzymać obecnej w każdym kącie namiastki ducha Sagi.
Dwa tygodnie później Tora wrócił do mieszkania. Uważał, że to odpowiednia pora, żeby się podnieść i zacząć od nowa, ale kiedy poczuł duszny zapach mieszkania, pierwszym, co pojawiło się w jego głowie była twarz Takashiego. Jego piękna, roześmiana twarz. W oczach Shinjiego pojawiły się łzy, kiedy zobaczył mrugające czerwone światełko na łóżku. Mała diodka w telefonie Sagi migała jak ostatnia iskierka nadziei.
Tora nawet nie wiedział jak znalazł się przy łóżku i drżącymi dłońmi odblokował telefon. Wiadomość od nieznanego numeru.
Wybacz mi, Torashi. Kocham Cię.
Wysłał ją dzień wcześniej. Tora miał ochotę się rozpłakać. Zadzwonił pod numer, z którego wysłany był sms, ale nikt nie odbierał. Czas pomiędzy sygnałami zdawał się trwać wieczność. Shinji oczekiwał, aż jego mękę przerwie ukochany głos...
Zadzwonił sześć razy. Szóstka była ich ulubioną liczbą.
Niedługo później Shinji dowiedział się o tym, że Saga się oddalał. Powoli odsuwał od siebie wszystkich - członków zespołu, rodziców, przyjaciół, a nawet Nao. Zostawił przy sobie tylko jego, Shinjiego i pozwolił mu być ze sobą i cierpieć najbardziej. Saga wiedział, że musi mieć kogoś, nie może zostać sam. Chciał jak najlepiej spędzić ostatnie chwile, ale jednocześnie był świadom, że innego końca po prostu nie ma.
Tora z oczami czerwonymi od płaczu i ściśniętym gardłem, marastycznie przechadzał się po ich mieszkaniu. Widział brudny kubek po jasnej kawie, wybrakowaną paczkę swoich papierosów i brudną chusteczkę pozostawioną w bezładzie po wytarciu rozlanego mleka. Widział też skołtunioną pościel, ręcznik rzucony na podłogę i jego kapcie. W łazience w kubeczku wciąż widniała ta sama przeklęta szczoteczka, a na stojaku wisiał znajomy ciemny szlafrok. Wszystko ironicznie pozostało na swoim miejscu. Zniknęło tylko ich wspólne zdjęcie z czerwonej ramki na stole.

sobota, 21 czerwca 2014

Organizacyjne małe co nieco


Jak wiadomo z poprzednią ankietą były pewne problemy (z tego, co czytałam blogger po prostu takowe miewa), choć pamiętam, że najwięcej głosów było na Reituki (i parę na "And the worst thing...", z czego jestem strasznie dumna <3).
Tym razem postanowiłam wrzucić ankietę ponownie, z innymi pozycjami ze względu na to, że mam sporo pozaczynanych prac i nie wiem, za co się zabrać. Poza tym, chcę poznać Waszą opinię ^^. Wiem, że zapewne znów najwięcej głosów dostanie Reituki (ponieważ fandom the GazettE, a w szczególności tego paringu stanowi większość czytelników tego typu blogów), acz jestem ciekawa. 
Mam nadzieję, że tym razem ankieta wypali, tym bardziej, że ustawiłam ją na tydzień i zapewne codziennie będę zerkała na wyniki, żeby mieć jakiś obraz całości w razie wypadku podobnego do poprzedniego ze zniknięciem wyników.
Oczywiście jeśli macie jakieś propozycje czy sugestie, nie krępujcie się, tylko piszcie śmiało w komentarzach.
Jeśli dobrze pójdzie, to jeszcze dziś na blogu pojawi się one shot albo kolejna część "Rei" ^^