poniedziałek, 31 marca 2014

[One Shot] "Wyjątkowa odmiana cyjanku potasu" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Wyjątkowa odmiana cyjanku potasu
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: przekleństwa
Od autora: brak

*
- Jesteś takim cholernym... - mówił Saga, zaciskając mój nadgarstek, tuż przy moim policzku. Jego twarz tuż przy mojej... Dawno nie byłem tak szczęśliwy. Mimo wściekłości na jego twarzy, uśmiechałem się jak idiota.
- ... idiotą? - zapytałem.
- Zamknij się - powiedział, puszczając brutalnie mój nadgarstek i odsuwając się. Odszedł na parę kroków ode mnie i zapalił.
- Jak ty to sobie teraz wyobrażasz? - zapytał.
- Nie wyobrażam.
- Czy ty wiesz w ogóle, co zrobiłeś? - ciągnął dalej, jakby ignorując moją odpowiedź.
- Tak, wiem.
- Wiesz, że mogłem cię znienawidzić? - mówiąc to, odwrócił się przodem do mnie i spojrzał głęboko w moje oczy. Między jego palcami znajdował się papieros. Jego brwi wciąż były ściągnięte, choć już nieznacznie mniej. A mimo to jego słowa wywołały we mnie okropny niepokój, przez który mój żołądek zaczął się niebezpiecznie zaciskać. Przełknąłem nerwowo ślinę, czując, że na mojej twarzy już wcale nie widnieje uśmiech. - Wciąż mogę to zrobić. Dokładnie tak, Torashi, nienawidzę cię - powiedział. Był naprawdę wściekły, a mimo to... przemawiał przeze mnie jakiś dziwaczny rodzaj samozadowolenia. Dobrze wiedziałem, że czułem się jak dzieciak, który podpieprzył koledze łopatkę i zniszczył zamek z piasku, "bo był ładniejszy". To była radość rodem z piaskownicy na placu zabaw.
- Wiem - powiedziałem z wymuszoną przez niego, a mimo to zadziwiająco naturalną na swój sposób skruchą. Czy czułem wyrzuty sumienia? Oczywiście. W banalny wręcz sposób zniszczyłem misternie zbudowane szczęście mojej największej miłości. Wystarczył jeden gest, jedno zbliżenie... Shou wszystko widział. To było wystarczające, by po prostu wyrzucił Takashiego na bruk. Wtedy poszedł do jedynego miejsca, które mu zostało po wyrzuceniu przez rodziców - do mnie. Uśmiechnąłem się.
- Jesteś obrzydliwy, Amano - powiedział mi prosto w twarz, a ja niczym ostatni idiota zagapiłem się na jego usta, które jeszcze kilka godzin temu smakowały jak najsłodsza trucizna świata. Taka wyjątkowa odmiana cyjanku potasu.
- A ty wyjątkową odmianą cyjanku potasu - powiedziałem niczym niezrażony. W końcu przemogłem się i zrobiłem to, czego od tak dawna pragnąłem.
- Co? - zmarszczył mocniej brwi, ale bardziej w geście niezrozumienia niż złości.
- Skoro nie masz gdzie...
- Chyba ty nie masz gdzie. Od dziś jesteś u mnie, czyli tu, jedynie gościem - powiedział, wchodząc do (dotychczas) mojego mieszkania i idąc do mojej jego (naszej?) sypialni. Podążyłem oczywiście za nim, wiedziony kuszącym kołysaniem bioder i zrobiłem to, czego on chciał od naprawdę dawna.
Złożyłem na jego wargach kolejny czuły pocałunek.
- Ja ciebie też, Sagashi.

sobota, 29 marca 2014

[One Shot] "A pociąg pędzi, pędzi, pędzi..." [OMC/OMC]

Tytuł: A pociąg pędzi, pędzi, pędzi...
Paring: OMC/OMC (nieokreślony)
Gatunek: ?
Raiting: G
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Początkowa koncepcja była zupełnie inna, wyszła bardzo miniaturowa miniaturka, z gatunku tych "pod wpływem chwili". Innymi słowy: to, co zwykle.
Jeśli macie jakieś interpretacje tego tekstu, piszcie je śmiało w komentarzach, jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

*
A pociąg pędzi, pędzi, pędzi... On własne tory ma. Choć każdy z pasażerów raz wychodzi, raz wchodzi i własną drogą gna.

To nie było tak, że lubił pociągi czy darzył szczególnym zainteresowaniem dworce kolejowe. Właściwie nigdy szczególnie go nie obchodził sposób łączenia wagonów, zespoły trakcyjne, wagony silnikowe ani lokomotywa, nawet nazwy pociągów, maksymalna osiągana przez nie prędkość, drużyny trakcyjne i konduktorskie, rodzaje pociągów czy ich historia. Wręcz przeciwnie - pociągi ze strony czysto technicznej wydawały mu się niewiarygodnie nudne. Nie widział też żadnego uroku w szarej pociągowej rzeczywistości - cuchnących toaletach, niedziałających głośnikach, niemożliwym do włączenia lub wyłączenia ogrzewaniu bądź klimatyzacji, dyskomforcie w postaci trzęsień, niewygodnych siedzeń i wielu innych (nie)dogodności, jakie oferowała krajowa kolej. Mimo tych wszystkich czynników, on naprawdę lubił podróżować pociągami. Właściwie... w tym wszystkim pociągała go cała droga. Droga do celu - była jak życie, można było ją porównać do każdego dzieła, nawet takiego spod ręki najznamienitszego artysty. Podróż wiązała się z milionem myśli, wyobrażeń, obrazów i dźwięków, choć je rejestrował rzadziej z powodu niemal zawsze obecnych w jego uszach malutkich głośniczków, którymi wlewała się do uszu nastrojowa muzyka. Czasem w pociągach czytał, ale w podróży najbardziej lubił ciągnące się niczym niekończąca droga myśli. Zawsze ich start był płynny, jednostajny, spokojny... później stawały się coraz bardziej zawiłe. Plątały się, błądziły, szeleściły, chrzęściły, jęczały, wiły się w ekstazie bądź bólu, a czasem w jednym i drugim... W końcu zrezygnowane opadały ze zmęczenia i zamieniały się w pusty szum. W tle pobrzmiewała ukochana muzyka. Ekspresja musiała ulec rozładowaniu. Wtedy zazwyczaj wychodził na korytarz, spoglądał na kogoś, kto aktualnie stał gdzieś w pobliżu i wpatrywał w kojący krajobraz za brudnym oknem.

Któregoś razu wyszedł. Po prostu wyszedł na korytarz, żeby przyjrzeć się granatowemu niebu za szarym od zaschniętego błota oknem. Wtedy po prostu spojrzał na człowieka, który stał obok i równie po prostu zaczął przyglądać się śladom na oknie. Były niczym abstrakcja - nagle widział w nich przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zarazem. W trakcie tej swojej fascynującej kontemplacji, poczuł, jak jego ramiona owiewa chłód nocy. Jego ciało przeszył dreszcz i spojrzał w kierunku cienia, stojącego obok. Cień okazał się chłopakiem, nie za młodym, nie za starym. Takim w jego wieku. Cień palił. Jego łokcie wsparte były na otwartym na oścież oknie. Karmiący się tytoniową trucizną odwzajemnił spojrzenie. Patrzyli na siebie. Tak po prostu.

Kiedy wysiadał, szukał wzrokiem tytoniowego chłopaka, ale mimo że wysiadł jako jeden z nielicznych, nie zobaczył go. Zupełnie, jakby tamten rozpłynął się w powietrzu niczym tytoniowy dym.

wtorek, 11 marca 2014

[One Shot] "Koniec czy początek" [Tora/Saga] (Alice Nine)

Tytuł: Koniec czy początek
Paring: Tora/Saga (Alice Nine)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: brak
Od autora: Dla odmiany pisane z punktu widzenia Sagi.

- Ostatecznie udało się to innym istotom - ludziom. - mówiła dobrze mi znana kobieta o monotonnym głosie, który dobiegał z ustawionego przede mną pudła. Wydobywały się z niego kolorowe obrazki równie kolorowych ludzi.
Co niby udało się ludziom? Dlaczego cokolwiek miałoby się im udać? To takie idiotyczne... W rzeczywistości to my poprzez nasz stopień pseudo-rozwoju jesteśmy najbardziej ograniczeni. Ograniczeni samymi sobą.
Trochę otępiały przełączam kanał na kolejny, w którym widać bzykające się lwy, w następnym jakaś gruba kobieta coś mówi, a pod nią widnieje szeroki napis "Pierwsze zauroczenia naszych pociech." Wzdycham z irytacją i wyłączam kolorowe pudło pilotem. W pokoju zapada ciemność, a cisza zagłuszana jest tylko nieregularnymi szumami pracującej lodówki oraz miarowym tykaniem zegara.
W mojej głowie rodzi się melodia. W tempie... około osiemdziesiąt - tak przynajmniej podpowiada mi wybijający sekundy zegar.
Nie mam zamiaru płakać. Koniec nie jest powodem do płaczu. Koniec jest początkiem, szansą na lepszy start, lepsze życie, lepszego mnie...
Stwierdzam gorzko, że ja już wcale nie będę lepszy, przechylam się, odrywając plecy od oparcia fotela i sięgam puszkę z piwem ze stolika naprzeciw. Wszystko robię prawie na oślep, widząc tylko kontury przedmiotów.
Nie będę płakał. To takie idiotyczne, takie dramatyczne...
Nie będę zaczynał życia od nowa ani siebie od nowa... nie potrzebuję reform. Reformy są potrzebne w chwilach kryzysu, a ja go nie przechodzę. To tylko chwilowe załamanie godne porzuconej nastolatki.
Wychylam całą zawartość puszki i krzywię się. Piwo jeszcze nigdy nie było takie gorzkie. I nigdy nie lubiłem pić go w ten sposób.
Nie ma sensu liczyć na magiczne powroty. Ani zespołu, ani jego. muszę wziąć to, co do mnie należy.
Poczuwszy intensywny głód nikotynowy, odstawiłem pustą puszkę i miękko skierowałem się do drzwi wyjściowych. Schodziłem ze schodów bez większego pośpiechu, ale wyjmując paczkę z papierosami i wsadzając jednego do ust.
Wyszedłem przez całkowicie przeszklone drzwi. Na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, więc skryłem się pod dachem. Wyrzuciłem puste opakowanie po pianissimo peche do kosza na śmieci i wyjąłem z kieszeni zapalniczkę. Przyłożyłem ją do końca rulonika trzymanego w ustach i odpaliłem, ale przy wylocie nie pojawiła się nawet iskierka. Spróbowałem jeszcze raz... i kolejny...
W końcu przekląłem pod nosem, wyrzucając do śmieci papierosa i pustą zapalniczkę, po czym wyszedłem prosto na deszcz. Nie minęło wiele czasu, bym był przemoczony do suchej nitki. Całe szczęście, że telefon zostawiłem w domu, a portfel, który miałem w zwyczaju nosić - skórzany, choć i tak nie posiadałem gotówki. Za wszystko i tak płaciłem kartą.
Gdy wszedłem do sklepu spożywczego, moje włosy posklejane były w mokre strąki, z których strużkami ściekała woda. Zresztą tak samo, jak z całego mojego odzienia.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
Już przestajesz dbać o wizerunek? Staczasz się szybciej niż Cobain.
Podszedłem do kasy, zza której zerkała na mnie skonsternowana stosunkowo młoda dziewczyna. Nie była brzydka.
- Witam panienkę, podaj mi pianissimo peche i zapalniczkę - powiedziałem niczym wyjęty prosto z niskobudżetowej dramy.
Jednak są rzeczy, które już chyba nigdy się nie zmienią...
Dziewczyna trochę nerwowo odwróciła się w kierunku półki z papierosami i zaczęła je oglądać. W końcu przyszła do niej jakaś starsza koleżanka i zapytawszy cicho czego szuka, chwyciła dobrze mi znane różowe opakowanie.
- Bardzo pana przepraszam za zwłokę - powiedziała, zerkając na mnie ukradkiem kłaniając się. Młodsza kasowała mój zakup, a ja wyciągnąłem kartę. Z rozbawieniem uświadomiłem sobie, że w tym czasie moje dłonie zdążyły już wyschnąć.
- Zbliżeniowa? - zapytała, spoglądając na mnie nieśmiało.
- Tak - odparłem.
Podała mi czytnik, więc przysunąłem do niego kartę.
- Transakcja zakończona powodzeniem, dziękujemy za zakup i zapraszamy ponownie - wypowiedziała oklepaną formułkę i przesunęła w moją stronę papierosy, zapalniczkę oraz paragon.
Wyszedłem ze sklepu i poszedłem do mieszkania. Jakoś nie lubiłem palić przy sklepie, a deszcz wciąż dawał o sobie znać. Schowałem swój dobytek tak, by za bardzo nie zmókł i ruszyłem przed siebie. Niedługo później stanąłem przy śmietniku obok swojego domu. Wydobyłem z kieszeni paczkę pianissimo, zapalniczkę i o dziwo suchy paragon. Już miałem go wyrzucać, gdy zorientowałem się, że jest za nim jeszcze jedna karteczka. Wyjąłem ją i ujrzałem numer. Uśmiechnąłem się pod nosem.
Koniec czy początek?
Schowałem papierek do kieszeni, paragon wyrzuciłem i z odpowiednim namaszczeniem, choć już kierowany dość silną potrzebą tytoniowego doładowania organizmu, rozpakowałem paczkę papierosów z folii. Następnie wyjąłem jednego, wsadziłem do ust i wreszcie zapaliłem. Pierwsze uzupełnienie płuc tytoniem i wydmuchanie z ust białej pary przyniosło jako taką ulgę. Każde kolejne było już tylko rutynowe.
A gdyby to spisać? - pomyślałem i próbowałem odtworzyć w pamięci melodię na osiemdziesiąt, jednak nie mogłem jej sobie przypomnieć.
Zgasiłem i wyrzuciłem peta do kosza. Pozwoliłem sobie na krótkie, niekontrolowane westchnienie.
Czy jeśli zrezygnuję ze swojej pozy przez koniec kariery... co wtedy stanie się ze mną?
Na moje wszystkie egzystencjalne pytania postanowił odpowiedzieć los o czarnych włosach i już odrobinę przeżartym papierosami głosie. Miał na imię Shinji, pojawił się za moimi plecami zupełnie nagle i zasłonił mi oczy, kiedy skierowałem się do przeszklonych drzwi. Pochylił się nad moim uchem i zaczął mówić:
- Prze...
- Przestań pieprzyć, idziemy do góry.
- Jeszcze trzeba przynieść dwuosobową kanapę ze śmietnika, a wywalić ten okropny fotel niczym po twojej babci - stwierdził, chwytając mnie za rękę i prowadząc do góry z uśmiechem sześciolatka, który dostał wymarzoną zabawkę.
- Albo lepiej zatroszczyć się o twoje zdesperowane ego - rzuciłem, uśmiechając się. Nawet nie zamykaliśmy drzwi na klucz, po prostu przyparł mnie do ściany i zaczął całować bez opamiętania.
Przed wejściem do budynku deszcz rzęsistymi kroplami pochłonął zapomnianą karteczkę z numerem.