Tytuł: Ostatni raz
Paring: Tora/Saga (Alice nine)
Gatunek: -
Rating: PG-12
Rating: PG-12
Ostrzeżenia: -
Od autora: Twór znaleziony przed chwilą wśród "wersji roboczych". Jest skończony i podoba mi się, nawet dziwię się, że go nie opublikowałam. Znów Tora i Saga. Zapraszam.
*
To był bardzo nieprzyjemny grudniowy wieczór. Jeden z tych, kiedy nie ma mrozu ani nawet śniegu, a pogoda na dworze sprawia, że ma się ochotę pogrzebać z niedźwiedziami w zimowym śnie. Za oknem dął wiatr, a o szyby uderzały kropelki rozszalałego deszczu. Można by to nazwać sceną iście z tandetnego amerykańskiego dreszczowca (choć porównanie to ani trochę nie przypadło mi do gustu). Przysłuchiwałem się świstom wiatru, podkreślonego dudnieniem, obserwując uginające się drzewa oraz latające dookoła względnie lżejsze przedmioty użytku codziennego, zostawione samym sobie na pastwę matki natury. Wichura. Dach skrzypiał, jakby kołysał się w prawo i w lewo. Zadrżałem, słysząc kolejny mocniejszy podmuch. Nigdy nie lubiłem wichur. Nawet za wiatrem szczególnie nie przepadałem. Gdzieś w tle pobrzmiewał telewizor. Leciała chyba jakaś głupkowata komedia z Hugh Grantem.
- Boisz się? - usłyszałem znajomy głos tuż obok.
- Nie - odparłem, przytulając go mocniej.
- Więc dlaczego ściskasz mnie, jakbyś bał się, że wiatr ci mnie zabierze? - zapytał rozbawiony z typową dla siebie przekorą.
- To wcale nie jest śmieszne - stwierdziłem sucho.
Uszczypnął mnie w udo.
- Ał, co ty robisz?
- Nie lubię gdy taki jesteś - w tonie jego głosu pobrzmiewała maniera, której nie powstydziłaby się europejska szlachcianka. Zmarszczył przy tym delikatnie swoje idealne brwi.
- Jaki niby?
- Tygrysy nie powinny się bać - uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.
Wicher nie dawał za wygraną i próbował nie dość, że przemieścić dach, to jeszcze wybić okna. Miałem wrażenie, że niebezpiecznie dygoczą i zaraz powypadają z framug. Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy.
- Zbladłeś - stwierdził, kładąc dłoń na moim policzku. Spojrzałem w jego czekoladowe oczy i pomyślałem, że zaraz się zasłodzę. W podbrzuszu czułem przyjemne ciepło. Na mojej twarzy musiał pojawić się jeden z tych głupkowatych uśmiechów.
- Nie jest ci zimno? - ująłem jego dłoń i zdjąłem ze swojego policzka, by pocałować jej wnętrze.
- Mam przy sobie gorącego tygrysa, dlaczego miałbym cierpieć z powodu chłodu?
Uśmiechnąłem się szeroko. To był jeden z tych idiotycznych uśmiechów, kiedy wydawało mi się, że to idealne "dzieło Pana" należy tylko do mnie. Kiedy odwrócił wzrok w stronę telewizora, czułem jakby przestało oświecać moje istnienie życiodajne słońce. Jednak wciąż był mój. Wciąż w moich ramionach. Drżący z zimna. Przecież się nie przyzna. Przytuliłem go mocniej. Już nawet wiatr przestał być taki straszny - powiedziałbym, że został zdegradowany do roli zefirka przez idealną osobę Takashiego.
Widziałem, jak zerkał na mnie. Czułem dłoń, co jakiś czas zupełnie przypadkowo muskającą kawałek nagiej skóry - dotyk wywołujący ciarki na całym ciele, jedyny w swoim rodzaju. W końcu nie wytrzymałem - bo ile można powstrzymywać swoje pożądanie wobec pełnoprawnego kochanka? Jedyny problem polegał na tym, że właśnie ten moment, kiedy sięgałem po kolejny pocałunek, dłonią błądząc po nagim, cudownie gładkim torsie między połami rozpiętej koszuli - dokładnie ten wybrała matka Sakamoto, by wejść do pokoju z tacką, na której znajdował się talerz z ciasteczkami i dwa parujące kubki. Jej mina momentalnie zrzedła, a patera z jedzeniem tylko lekko zadrżała. Jak na dobrą gospodynię przystało, z żadnego z kubków nie wylała się ani jedna kropla. Zapadła niezręczna cisza. Czułem zdenerwowanie i nieznośne kołatanie serca, przez które przebiła się nutka ciekawości, jak zareagował Takashi. Zerknąłem na niego ukradkiem. Miał ten sam wyraz twarzy, co zawsze. Patrzył na matkę normalnie, a wręcz próbując ją wyprosić z pokoju, zasugerować, że jest niechciana i ma natychmiast opuścić pomieszczenie. Mój wzrok powiódł w kierunku skonfundowanej kobiety. Domeną tej chwili była niezwykle niezręczna cisza, świst wiatru za oknem oraz ruch dachu domu jednorodzinnego. Nagle znów odgłosy te stały się niezręczne, a przez pokój jakby przeleciała fala chłodu. Takashi zadrżał w moich ramionach, ale na jego twarzy nie pojawiło się wahanie nawet przez chwilę. Kobieta zostawiła tacę na podłodze i wyszła. Odetchnąłem, patrząc na Sakamoto. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Odsunął mnie od siebie i wstał. Ja wciąż siedziałem na kanapie.
- Taka...
- Nie - stanowczo wszedł mi w słowo. Podszedł do tacy, minął ją i wyszedł za matką. Nie było go przez godzinę. Odliczałem dokładnie każdą minutę. Komedia milczała. W pokoju snuł się aromat stygnącej kawy i zapach zimowego powietrza. Nawet nie drgnąłem, nie poszedłem za nim. Może to był błąd? Jednak nie wypadało wtrącać się w jego rodzinne sprawy, więc zostałem i nie było już czego żałować. Dący wiatr i skrzypiący dom nie był w stanie zagłuszyć bicia mojego serca.
Wrócił. Wrócił po godzinie. Był dokładnie taki sam, miał identyczny wyraz twarzy, jednakowy uśmiech, jednak moje wprawione w wyłapywaniu emocji, pojawiających się na jego twarzy oko dojrzało nutkę zdenerwowania. Przeszedł, potrącając jeden z kubków z zimną już kawą i przewracając go (on nigdy nie robił tego typu rzeczy przypadkowo). Zbliżał się do mnie, a ja wodziłem dokładnie wzrokiem po całej jego sylwetce. Usiadł obok mnie na kanapie i zaczął niespiesznie dopinać ostatnie guziki koszuli. Mięśnie idealnej twarzy napinały się stopniowo, w końcu zamieniając w grymas i niknąc w dłoniach. Przytuliłem go. Po raz pierwszy widziałem, jak Takashi płakał. Zupełnie bezgłośnie. Powiedziałbym, że samymi łzami, tym bardziej, że po chwili już tylko one zaczęły spływać po jego policzkach. Objąłem go mocno i przysunąłem do siebie. Nie mówiłem niczego, po prostu byłem. Nie musiałem długo czekać, żeby się uspokoił, choć ten niezwykły widok miał w sobie coś intrygującego (nie, żebym chciał, aby jeszcze kiedykolwiek musiał płakać, to po prostu niespotykane, żeby tak się przed kimkolwiek otworzył).
- Przeprowadzimy się do ciebie i będziemy tam spędzać każde święta, w każdą zasraną wichurę. Nawet co roku zniesmaczeni sąsiedzi będą walić do drzwi. Będziemy się kochać z pasją, na jaką nigdy nie było stać moich rodziców, Shinji - powiedział, patrząc na mnie. - Będziemy to robić tak zmysłowo, jak tylko można, likwidując wszystkie uprzedzenia.
Jego palce delikatnie zaczesały włosy za moje ucho.
- To ostatni raz, Shinji - wyszeptał.
Lubię ten paring, w Polskim fandomie mało jest takich opowiadań. Trochę dziwny one shot. Na początku był czuły i taki romantyczny. A potem wchodzi matka i przerywa tą sielankę. Tak jakby komedia XD. Podobało mi się zakończenie. Płaczący Takashi to coś, musiał nieźle się pokłócić z matką, ale trochę dziwne mi się wydawało, żeby oni we dwójkę mieszkali u matki Takashiego, albo coś dobrze nie zrozumiałam.
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że dobrze zrozumiałaś (albo oni mieli tam być z jakiejś okazji, nie mam pojęcia, pisałam to sporo czasu temu). Nie wiem, dlaczego tam mieszkali, było mi to potrzebne do fabuły, ale powód uznałam za nieważny. xD
UsuńBardzo się cieszę, że ich lubisz. To mój ulubiony paring, jak łatwo zauważyć. :)
Dziękuję za komentarz~