czwartek, 8 maja 2014

[1/x] Ito (糸)

Tytuł: Ito (糸)
Paring: Tora/Saga (Alice Nine), Tora/Jin (postać stworzona przeze mnie)
Gatunek: ?
Rating: ?
Ostrzeżenia: przekleństwa? i tygrysia głupota ;)
Od autora: Dzień dobry, wracam do Was z kolejnym denerwującym opowiadaniem, znowu o Torze i Sadze, znowu budzącym skrajne odczucia względem bohaterów i znowu coś jest nie tak.
Początkowo miał być to one shot, który pewnie będzie krótki. Wyszło to, co wyszło. Znowu Alice Nine, znowu Tora z Sagą... bo tak po prostu musi być.
Opowiadanie nie jest jeszcze skończone, piszę je na bieżąco, więc im więcej motywacji, tym szybciej pojawią się kolejne rozdziały~
Ach, zapomniałabym: Ito (糸) oznacza po japońsku nić/włókno.
PS. Po prostu uwielbiam określenie "odlać się".

*
Takashi miał to do siebie, że przebywając z nim, czuło się jakby cały świat leżał ci u stóp. Nagle stawałeś się rewelacyjnym człowiekiem, powszechnie lubianym i pożądanym w każdym towarzystwie. Niestety jak wszystko - a tym bardziej, jeśli wszystkim był Takashi - miało to swoją cenę.
Zostawił mnie w zupełnie sztampowy sposób. Wydawało mi się wtedy, że cały świat runął w gruzach i już nic nie pomoże, chyba że wróci. Oczywiście wypominano mi, że jeszcze jestem młody, zakochałem się pod wpływem buzujących licealnych hormonów, a tak naprawdę brakuje mi po prostu kobiecej ręki, jednak każdy z tych argumentów był mało przekonujący. Przyjaciele wypominali, rodzina była gdzieś poza tym oprócz mojego młodszego braciszka, który dawał mi dużo wsparcia. Zresztą tak samo, jak Tsunehito, który czasem witał u mnie z procentową niespodzianką, zapowiadając nieprzespaną noc.

Właśnie wtedy którejś nocy z kolei samotnie zapijałem smutki w barze, gdy zdarzyło się coś niespodziewanego.
W gruncie rzeczy bar wyglądał tak, jak wczoraj, przedwczoraj... i jak w zeszły therthday też. Barman jak zwykle z miną godną rozzłoszczonego amstaffa wycierał kufle, przy stoliku w rogu, najbardziej oddalonym od centrum ogólnej rozrywki siedziało pięciu mężczyzn w czarnych jak smoła garniturach. Na scenie rozgrzewał się jakiś początkujący zespół w finezyjnych strojach, przy stolikach siedzieli mężczyźni w różnym wieku, niektórzy z kobietami. Przy stoliku oddalonym o kilka metrów od baru, właściwie całkiem niedaleko sceny siedziała grupka nastolatków, którzy przychodzili co piątek i upijali się do stanu pospolitej zaawansowanej nietrzeźwości. Poza tym po lokalu kręciło się kilka kobiet w obcisłych miniówkach, które wychodziły właściwie nie wiadomo skąd i tak samo niespodziewanie znikały - zazwyczaj z pieniędzmi delikwenta, do którego się przysiadły. Tak, ten dzień w lokalu Czarna Twierdza nie wyróżniał się absolutnie niczym. Zespół zaczął grać. Wokalista strasznie fałszował, ale pod sceną i tak zebrała się skromna grupka fanów.
Wtedy obok mnie na wysokim krześle obrotowym do baru przysiadł się jakiś uśmiechnięty delikwent. Wyglądał raczej na młodego, więc mógłby dołączyć do hałaśliwej grupy, skandującej fałszującemu wokaliście.
- Blood Mary - usłyszałem, jak gładko powiedział barmanowi. Patrzyłem na niego przez chwilę, w sumie bardziej z braku laku niż jakichkolwiek innych pobudek i wróciłem do zerkania na piszcząco-skandujące skromne trzy rządki i kontemplacji piwa. Pierwsze, drugie, trzecie... chyba jeszcze nie wchodziły mi tak gładko. Topienie smutków w procentach zawsze było najlepszym z najgorszych pomysłów. Uśmiechnąłem się do siebie i już trochę podchmielony, zerknąłem na gościa siedzącego obok i sączącego wciąż tego samego nudnego drinka.
- Często tu przychodzisz? - zapytał. Wtedy zauważyłem, że jest dziwny. Dziwnie uśmiechnięty, dziwnie pogodny, w dziwny sposób zupełnie nie pasował do tego patologicznego miejsca, w którym każdy chciał zapomnieć we względnie zły sposób.
- Ostatnio tak - próbowałem przedrzeć się głosem przez gitary o nieładnej szumiącej barwie, huczącą perkusję i skowyczącego wokalistę.
- Widać. Ja jestem tu pierwszy raz - powiedział podniesionym głosem, którego nie powstydziłby się prymus pierwszej szkoły liceum. - Może chodźmy gdzieś indziej, strasznie tu głośno?
Piosenka się skończyła. Usłyszałem piszczący tłumek (który był chyba gorszy od wokalisty) i kątem oka ujrzałem nieprzychylny wzrok barmana, a na dodatek do tego w naszym kierunku zmierzała dziewczyna w długich włosach i spódniczce, która prawie pokazywała jej majtki. Byłem podchmielony, ale nie aż tak.
- To dobry pomysł - powiedziałem, zwracając się z powrotem do chłopaka obok (nie wierzyłem, że ma więcej niż szesnaście lat) i zostawiwszy pieniądze na barze, jak najszybciej ulotniłem się z lokalu. Dopiero po wyjściu na zewnątrz doszło do mnie, że w środku było strasznie duszno. Odruchowo wyciągnąłem z kieszeni paczkę Marlboro i podsunąłem towarzyszowi wieczornych rozmów.
- Palisz? - zapytałem bardziej z grzeczności niż rzeczywistej chęci podzielenia się swoim łupem i jedynym źródłem endorfin w ostatnim czasie.
Chłopak tylko uniósł rękę i pokręcił nieznacznie głową, więc zapaliłem sam. Na jego twarzy wciąż gościł sympatyczny uśmiech, tak bardzo utożsamiający go z ulubionymi bohaterami dzieciństwa jak Kubuś Puchatek czy Doraemon. Przy nim musiałem wypadać jak Gargamel - stwierdziłem z goryczą.
- Uśmiechnąłeś się - stwierdził, a kiedy na niego spojrzałem, jego uśmiech tylko się poszerzył.
Kim ty jesteś?
- Teraz? - zapytałem ze zdziwieniem, zaciągając się.
- Tak, tylko trochę, ale tak.
Wtedy zapadło milczenie, jednak nie trwało długo.
- Wpadniesz do mnie? - zapytał, przecinając ciszę jeszcze zanim zdążyła się rozpanoszyć i zagęścić powietrze dookoła.
- Prowadź - odparłem, zerkając na niego. Nawet nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Może miałem świadomość, że szesnastolatek nie zaprosiłby mnie do domu, w którym czekaliby na niego zatroskani rodzice? Albo  To było naprawdę zadziwiające, ale epatował czymś po prostu pozytywnym. Od samego spoglądania, uśmiech sam cisnął mi się na twarz. Z jednym się nie mylił.

- Witam w moich skromnych progach. Niestety moje mieszkanie nie jest duże, ale za to przytulne.
Rozejrzałem się. Rzeczywiście było kameralnie. Właściwie mieszkał w kawalerce. Sypialnia, kuchnia z telewizorem i łazienka. Mogłem powiedzieć, że trochę mi ulżyło. W „normalnym świetle stracił też aparycję nastolatka. Miał ciemne włosy, na których odznaczały się ciemnobrązowe refleksy. Były dość mocno pocieniowane. maksymalnie sięgały kawałek za szyję. Jego grzywka ścięta była na bok, a włosy w ogólnym „artystycznym nieładzie”, który ładnie komponował się z wesołą osobowością. Od razu w oczy rzuciły mi się też wyraźne rysy twarzy, która zgodnie ze wszelakimi panującymi ideałami piękna układała się w literkę V - skąd skojarzenie z Kubusiem Puchatkiem? Mój wzrok się pogarsza czy to może uliczne latarnie?
- Może usiądziemy? Chcesz coś wypić, zjeść? - zapytał uprzejmie.
- Nie, nie trzeba - poszedłem za nim do kuchni i usiadłem przy stole. Wcale nie brakowało mi towarzystwa barmana-amstaffa, huczącej kapeli ani półnagich dziwek. Nawet piwa mi nie brakowało.
Krzątał się po kuchni. Nastawiał wodę na herbatę bądź kawę.
- Na pewno nie chcesz? - zapytał, wyciągając z szafki kubek.
- Kawę, skoro nalegasz - odparłem, lustrując wzrokiem jego sylwetkę. Wzdłuż szyi luźnymi kosmykami spływały włosy. Na torsie opięty był czarny bezrękawnik, w którym odznaczała się szczupła sylwetka. Jego ramiona nie były szczególnie umięśnione, ale nie należały też do wiotkich. Dalej w dość obcisłych spodniach ze skóropodobnego materiału odznaczały się pośladki i zgrabne nogi...
- Właściwie ile masz lat? - odważyłem się zapytać, zatrzymując na chwilę wzrok na jego ciele. Nawet nie wiedziałem dlaczego, może wcześniej spożyty alkohol dawał się we znaki?
Chłopak zalał kawy i postawił jedną przede mną a drugą na przeciwnym brzegu stołu, gdzie sam usiadł.
- Właściwie mów mi Jin - powiedział z uśmiechem, obejmując swój kubek dłońmi.
- Shinji - skinąłem głową. Nagle poczułem, że bardzo mnie suszy i pospiesznie upiłem łyk gorącej kawy, parząc się w język. Jin zaśmiał się melodyjnie. Przez chwilę poczułem się, jakbym miał przed sobą anioła. Wtedy po raz pierwszy przez moją głowę przeszła zupełnie irracjonalna myśl, że może będę w stanie wyprzeć Takashiego, zapomnieć o nim, zepchnąć go do odmętów przeszłości, mentalnie uderzyć młotkiem w głowę i zakopać w najdalszym lesie w Europie.
- Miło mi, Shinji. Dlaczego ktoś taki jak ty był w takim miejscu jak Czarna Tawerna?
- Zapijałem smutki - odpowiedziałem szczerze. - To chyba oczywiste. Z kolei dziwi mnie, co ty tam robiłeś.
- Szukałem kogoś, kto zapijał smutki - uśmiechnął się do mnie i wcale nie przypominał Puchatka, ale w jego ciemnych oczach ukryty był żywy blask.
- A znalazłeś tylko Shinjiego - odparłem i podmuchałem ostrożnie w kawę, po czym ostrożniej już wlałem w siebie trochę ciemnego płynu.
- Aż Shinjiego - powiedział obserwując mnie uważnie. Zakrztusiłem się. Pomógł mi dojść do siebie i złapać oddech.
- Chyba jesteś już bardzo zmęczony - stwierdził z rozbawieniem.
- Chyba pijany - tak, chęć szczerych wyznań zdecydowanie rosła wprost proporcjonalnie do wypitych piw.
- Chodź, położysz się - Jin wstał i wykonawszy gest dłonią, poszedł w stronę pokoju sypialnego. Podniosłem się, zostawiając kubek z kawą i podążyłem w ślad za nim, zawieszając wzrok na zgrabnym tyłku.
- Niestety mam tylko jedno łóżko, ale nie martw się, prześpię się na podłodze - stwierdził, wyciągając materac spod łóżka. - Nie martw się, dzisiaj wymieniałem pościel, więc jest czysta. Możesz się położyć, ja zaraz przyjdę - powiedział i wyszedł. 
Zsunąłem buty. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że nie ściągnąłem ich przed wyjściem. Opadłem na plecy, uderzając ciałem o miękką pościel, która pachniała świeżością i płynem do płukania o jakimś całkiem przyjemnym aromacie. Z pomrukiem przewróciłem się na brzuch i wtuliłem policzek w miękką poduszkę. On był naprawdę milutki i chyba wcale nie taki młody. Cholera, ile ja w końcu wypiłem?

Kiedy się obudziłem, w pokoju panowała idealna ciemność. Głowa pulsując dawała o sobie znać - zupełnie jakby zagrożone wyginięciem szare komórki postanowiły sobie zrobić dyskotekę i zaprosić na nią wszystkie neurony z ośrodkowego układu nerwowego. Poczułem nieznośną suchość w gardle i przewróciłem głowę na drugą stronę. Spałbym dalej, gdyby nie jeszcze bardziej uciążliwa konieczność odwiedzenia łazienki. Będąc na pograniczu, usiadłem na łóżku. Poczułem, że świat względem mojej głowy porusza się z prędkością x. Westchnąłem, przymykając na chwilę oczy i wmawiając sobie, że wcale nie jest mi niedobrze. Wstałem. Zachwiałem się, ale udało mi się utrzymać w pionie, więc ruszyłem przed siebie i... Runąłem jak długi na ziemię. Nagle zapaliło się światło.
- Boże, Shinji - usłyszałem dziwnie znajomy głos. Ach, chłopak z wczoraj. No tak. Spojrzałem w jego stronę. - Co się stało, dlaczego nie śpisz? - na jego twarzy nie widniał już uśmiech, za to oczy wyrażały niewinność i szczere zatroskanie. Był naprawdę uroczy. W dodatku do tego ubrany w bardzo grzeczną koszulkę, wzorowo przykryty, nawet z tym swoim artystycznym nieładem. Wcale nie wyglądał, jak wyrwany ze snu w środku nocy. Potknąłem się oczywiście o materac.
- Chciałem tylko iść do łazienki - mówiłem sycząc cicho z bólu, kiedy się podnosiłem.
- Nic ci nie jest? - wyszedł spod kołdry i przysunął się do mnie.
- Nie, będę tylko trochę posiniaczony - odparłem.
Pomógł mi wstać, choć o nic go nie prosiłem. Chwila, kto w ogóle przyjmuje do domu obcego pijanego faceta, podaje mu kawę, kładzie w swoim łóżku i jeszcze pomaga wstać, kiedy ten obudził gospodarza w środku nocy? Może ktoś mi czegoś dosypał i tak naprawdę leżę sflaczały na barze? Nie, to niemożliwe - pomyślałem, przeciągając się i o mało nie tracąc znów równowagi.
- To ja pójdę - powiedziałem i wyszedłem z pokoju. Odlałem się i wróciłem.
W pokoju mój anioł siedział na materacu, z nogami przykrytymi kołdrą i ręką ze szklanką wody wyciągniętą w moją stronę. Zdecydowanie anioł. Podszedłem do niego ostrożnie i łapczywie wypiłem wszystko duszkiem. Dopiero wtedy zauważyłem, że włączona jest lampka, stojąca przy jego materacu. Kątem oka ujrzałem jego uśmiech. Poczułem się lepiej. Zupełnie, jakby wraz z wodą spłynęły mdłości i zawroty głowy. A może to jego uśmiech?
- Dziękuję - odparłem, odstawiając szklankę gdzieś obok. Usiadłem na łóżku.
- Będziesz spał dalej? - zapytał.
- Tak - odrzekłem, wciąż mu się przyglądając. Wcale nie wyglądałem, jakbym miał się kłaść. A ja po prostu nie mogłem oderwać od niego wzroku. - A ty nie idziesz spać? - odbiłem piłeczkę.
- Czekam na ciebie - odparł. - Wolę mieć pewność, że zaśniesz i nie zrobisz sobie większej krzywdy - zaśmiał się, a ja uśmiechnąłem, przewracając oczami.
- Wygrałeś - powiedziałem i położyłem się. Usłyszałem jeszcze tylko szelest jego pościeli i zobaczyłem jego oczy, wyglądające jak dwa czarne guziczki, które błyszczały nawet, gdy zgasło światło.
- Dobranoc - jego szept odesłał mnie w ramiona Morfeusza, jakby był czarem.

Rano przywitał mnie zapach świeżo-parzonej kawy i ból na wysokości kieszeni. Zidentyfikowawszy sztywny kartonik w kieszeni, zmarszczyłem brwi i przewróciłem się na plecy. Otworzyłem oczy i ujrzałem biały sufit. Usiadłem. Przez okno wpadały do pomieszczenia (o ironio) promienie słońca. Leżałem w granatowej pościeli, po mojej prawej stronie znajdowały się dwa duże regały wypełnione książkami i szafa. Poza tym przy drzwiach stał stolik, na którym leżał zamknięty laptop i telefon. Usiadłem na brzegu łóżka, stawiając stopy na podłodze. Westchnąłem. Czułem szykującą się migrenę. Zamknąłem na chwilę oczy, pozwalając sobie na chwilę rozkoszowania się kawowym zapachem, który wypełnił niewielkie mieszkanie. Czułem się o wiele lepiej niż w nocy. Wstałem i ruszyłem do kuchni, kiedy poczułem coś miękkiego pod stopą. Spojrzałem w dół i ujrzałem materac. Łóżko Jina było równiutko posłane. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Dzień dobry - odparłem, przeczesując włosy.
- Witaj, Shinji - odpowiedział Jin, uśmiechając się znów w ten cudowny sposób, kiedy zobaczył mnie wchodzącego do kuchni. Kiedy usiadłem przy stole naprzeciw w połowie zasłoniętego żaluzją okna, postawił przede mną kubek ze świeżą, parującą kawą i sam ulokował się na miejscu przede mną. Uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością. - Wyglądasz lepiej.
- A ty równie olśniewająco jak wczoraj.
Roześmiał się, zasłaniając usta dłonią.
Albo nawet bardziej.
Przygryzłem wargę. Miałem cholerną ochotę zapalić. Wstałem.
- Pójdę się przewietrzyć - powiedziałem i widząc, jak skinął głową, wyszedłem.
Spojrzałem na numer mieszkania - 60, po czym skierowałem się do windy. Zjechałem na dół nerwowo przytupując nogą. Jeszcze cztery, trzy, dwa... winda zatrzymała się. To była jedna z tych chwil, kiedy poczułem nieuzasadniony niepokój. Przełknąłem nerwowo ślinę. Miałem ochotę wracać. Kiedy drzwi się otworzyły, do środka weszła staruszka, spoglądając na mnie z zaciekawieniem. Skinąłem niepewnie głową.
- Dzień dobry - odparła ona z niewielkim uśmiechem, idąc spokojnie wgłąb windy.
Wrota się zamknęły i winda z cichym szumem zjechała do parteru. Wyszedłem z niej, jakbym łapał pierwszy haust powietrza do płuc po duszeniu się na dnie oceanu. Wyleciałem na dwór i zapaliłem. Oparłem się o mur. Nareszcie...
Wyjąłem z kieszeni telefon.
Nowa wiadomość od: T...
Zastygłem na chwilę w bezruchu z papierosem w ustach. Takashi? Może się stęsknił, może doszedł do wniosku, że popełnił najgorszy błąd w swoim życiu, że tak naprawdę mnie kocha i chce, żebyśmy wrócili do siebie... Może... Drżącymi dłońmi odblokowałem telefon,  który prawie wyleciał mi z rąk.
Nowa wiadomość od: Tsunehito
Hej Shinji. Gdzie Ty jesteś? Twoja matka się o Ciebie martwi, odezwij się do niej. Jak wrócisz, to mam nadzieję, że wyskoczymy na piwo. Trzymaj się.
No tak... Dlaczego Takashi miałby chcieć kogoś takiego jak ty, Shinji?
Tytoń stał się niemożliwie gorzki i obrzydliwy, więc zgasiłem papierosa, wyrzuciłem go do kosza i wróciłem do góry, do Jina i jego cudownego uśmiechu. Takashi to przeszłość. 

Kiedy wracałem do góry, ta sama staruszka wjeżdżała na drugie piętro z zakupami.
Patrzyła na mnie przez całą drogę z jakimś dziwnym uśmiechem, ale nie przejąłem się tym.
Kiedy wróciłem, usłyszałem głos Jina. Był jak zawsze melodyjny i przyjemny.
- Witaj z powrotem - mówił. Zdejmując buty, oczami wyobraźni widziałem jego uśmiech. Sam uśmiechnąłem się jakoś tak smutno pod nosem. Poszedłem do kuchni. On wciąż siedział w tym samym miejscu przy stole, a przed nim stał kubek z parującym napojem.
- Wróciłem - odpowiedziałem na standardową formułkę. Uśmiech spłynął z jego twarzy, ustępując miejsca jakiemuś dziwnemu zmartwieniu. Widziałem, jak przygryza wargę, wciąż patrząc na mnie tymi swoimi intensywnie ciemnymi oczami.
- Jesteś inny - stwierdził i upił napoju z kubka, uważając przy tym, żeby się nie oparzyć i odstawiając go tak, by nie wydać żadnego dźwięku, co miał już chyba opanowane do perfekcji. Usiadłem na miejscu naprzeciw niego i popiłem gorzką, zimną, obrzydliwą kawę. Właściwie, to wypiłem ją duszkiem i z głuchym stuknięciem odstawiłem na blat stołu.
- Inny?
- Tak - zaczął wodzić palcem po brzegu kubka, zamiast na mnie patrząc na swoje dłonie. - Coś się stało.
- Nie - zaprzeczyłem. - Coś się nie stało - stwierdziłem, po czym wstałem i wyszedłem z kuchni. Ubrałem buty, a Jin podszedł do mnie i wsunął mi do kieszeni na piersi małą karteczkę. - Zadzwoń - powiedział i stając na palcach, pocałował mnie w policzek. Coś we mnie zadudniło. Dlaczego wychodziłem? Przecież tak bardzo chciałem go przelecieć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz