sobota, 7 czerwca 2014

[One Shot] "Wiadomość" TenTen/Zill (KuRt/Moran)

Tytuł: Wiadomość
Paring: TenTen/Zill [Saburo] (KuRt/Moran)
Gatunek: ?
Rating: G
Ostrzeżenia: Nic, nie lubię spoilerów
Od autora: Napisane już sporo czasu temu. Następnie wrzucę pewnie kolejną część "Rei". Zapraszam.

Obudziły mnie słoneczne promienie, które wąskimi smugami wpadały do niewielkiej klitki, służącej za sypialnię. Zatrzymywały się na moich powiekach. Ściągnąłem brwi, czując wścibskie słońce, które złośliwie za cel obrało sobie podrażnienie moich biednych oczu! Gdy już się z nimi uporałem żmudnym pocieraniem, tchnięty euforycznym dreszczem, chwyciłem za telefon. Uśmiechnąłem się pod nosem, wybierając numer Saburo. Czułem się jak idiotycznie bezgranicznie zakochany nastolatek, ale nie przeszkadzało mi to, dopóki czerpałem z tego szczęście. Rozradowany oczekiwałem aż usłyszę jego cudownie pobrzmiewający poranną chrypką głos. Przez tę pierwszą chwilę, kiedy słyszę „dzień dobry” w słuchawce, zawsze mam wrażenie, że jest tuż obok i całuje mnie w czoło. Zupełnie niekontrolowanie na mojej twarzy zarysował się szeroki uśmiech.
Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość.
Zdziwiłem się. Uśmiech momentalnie zszedł z mojej twarzy, ustępując miejsca zaskoczeniu. Wybrałem numer Saburo jeszcze raz. Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Wzruszyłem ramionami, wzdychając głęboko. Pomyślałem, że pewnie spał. Nie chciałem go obudzić, więc się rozłączyłem. Później ziewnąłem i przeciągnąłem się. Myśląc o perspektywie ówczesnego dnia, na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech. Przecież skoro on spał, ja mogłem wybrać się do lokum miłości mojego życia i obudzić ją w jakiś szaleńczo zabawny sposób. Próbując wydostać się z sypialni, ze zdziwieniem odkryłem zamknięte drzwi – zwykle tego nie robiłem. Przekręciłem klucz. Widocznie musiałem być bardzo zmęczony – pomyślałem. Niestety zanim na dobre wydostałem się z pokoju, czekała mnie kolejna niespodzianka w postaci Soana, który przysypiał wsparty plecami o wystającą framugę drzwi. Obok niego leżała paczka Pianissimo. Trąciłem go stopą.
- Co ty tu robisz? Dałbyś chociaż fajkę – stwierdziłem z rozbawieniem, przyglądając się grymasowi, który pojawił się na jego zmęczonej twarzy. Spojrzał na mnie rozczochrany, z podkrążonymi oczami.
- Taira… - był najwidoczniej zaspany, ale całe szczęście mnie rozpoznał.
- Coś się stało? Daj fajkę – uśmiechnąłem się, wyciągając rękę, ale on tylko spojrzał na mnie dziwnie i uśmiechnął się smutno. To zaczęło mnie niepokoić.
- Nie, nic – wstał, a ja minąłem go zaspanego, drapiącego się po głowie i skierowałem do łazienki. Już nawet fajki nie chciałem, bo coś tu było wyraźnie nie tak.

Po ogarnięciu się, z powrotem wyszedłem na korytarz, na którym czekał na mnie Soan.
- Taira? – zaczepił mnie.
- Tak? – spojrzałem na niego.
- Wszystko dobrze?
- Jasne, jadę do Saburo – rozpromieniłem się i zostawiłem go samego. Zamknąłem się w sypialni w celu ubrania czegoś stosowniejszego od  piżamy do wyjścia na światło dzienne. Gdy misternie wybrany strój specjalnie na spotkanie z epicentrum mojego jestestwa znalazł się na moim ciele, już miałem wychodzić. Położyłem dłoń na klamce, gdy usłyszałem głos Soana, dobiegający z korytarza. Był czymś wyraźnie podenerwowany.
- No normalnie, nie wie! …skąd mam…? I co mam teraz z nim zrobić? Tak, na pewno nie żartuje! …wiem, wszyscy jesteśmy zestresowani - mówił, a ja oczami wyobraźni widziałem napięcie na jego twarzy - Postaram się, pa.
Nacisnąłem klamkę i wyszedłem, przywdziewając na twarz beztroski uśmiech.
- Jesteś głodny? – zapytałem w celu uniknięcia idiotycznych pytań pokroju „słyszałeś moją rozmowę?”. Zresztą w tamtej chwili nawet jego dziwne zachowanie nie było ważne. Liczył się fakt, że tego dnia odbywała się rocznica. – Trochę się spieszę do Saburo, ale to nic, mogę zrobić coś na szybko.
- Nie jestem. Zawiozę cię – powiedział beznamiętnie. To stawało się coraz dziwniejsze. Powietrze gęstniało.
- Nie musisz, dam sobie radę – dodałem jeszcze z wymuszonym uśmiechem, chcąc jak najszybciej wyjść.
- To nie jest propozycja – odparł. Chyba nie miałem wyboru. Posiadałem złe przeczucia i jedynie w ten sposób mogłem dowiedzieć się, co jest grane.

- Jedziemy do Saburo, prawda? – spytałem, kiedy już siedzieliśmy w samochodzie, chcąc się upewnić. W połączeniu z gęstą atmosferą, dziwną sytuacją i poczuciem, że stało się coś złego, sam nie wiedziałem, czy lepsza byłaby odpowiedź twierdząca czy przecząca.
Na nosie perkusisty opierała się para ciemnych okularów. Spod jednego ze szkiełek wypłynęła przezroczysta łza. Zmroziło mnie. Wtedy wiedziałem, że coś było nie tak i chciałem jak najszybciej zobaczyć się z Saburo.

Soan skłamał. Wcale nie pojechaliśmy do Saburo. Wylądowaliśmy za to w mieszkaniu wokalisty Moran, Hitomiego. Wysiadłem jeszcze przed perkusistą i pędem pobiegłem do drzwi mieszkania muzyka. Bywałem tam wcześniej. Z Saburo. Wokalista otworzył drzwi i poczęstował mnie swoim zupełnie niewesołym uśmiechem.
- Gdzie jest Saburo? Co z nim? – zacząłem wypytywać, przestraszony nie na żarty.
- Nie żyje – odpowiedział Hitomi bez najmniejszych skrupułów. Moje serce zaczęło walić jak szalone. Przewróciłem oczyma, spoglądając w górę. Przestąpiłem z nogi na nogę i westchnąłem ciężko.
- To jakiś żart, prawda? – zapytałem lekko drżącym głosem z wymuszonym uśmiechem na ustach.
- Zmarł tydzień temu – kontynuował. Te słowa wlewały się do moich uszu, ale zdawały się być kompletnie obce. Jakby wyrwane z innego wymiaru, nie posiadające prawa istnienia. – Rozchorował się i zmarł. Ty z kolei zamknąłeś się u siebie na tydzień i nikogo nie wpuszczałeś. Nie pamiętasz?
- Ale…dziś jest rocznica – pomyślałem.
Nie wierzyłem. To nie mogła być prawda, przecież pamiętałbym, gdyby tydzień temu wydarzyło się coś tak znaczącego. Atmosfera coraz bardziej gęstniała. Hitomi przyglądał mi się wciąż z tym samym wypracowanym wyrazem obojętności na twarzy. Soan znalazł się za mną, nawet nie wiedziałem kiedy, ale w tamtej chwili czułem jego wzrok na swoich plecach. Odwróciłem się i wybiegłem na dwór. Musiałem zapalić. Drżącą dłonią wyjąłem paczkę fajek z kieszeni, wyciągnąłem jedną, lecz wypuściłem rulonik tytoniu na ziemię, zanim jeszcze przytknąłem go do ust. Wziąłem więc drugi i zapaliłem, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Bez niego nagle wszystko wydawało się puste i duszące. Zaciągnąłem się mocno. Drżałem – moje serce, płuca, żołądek, wątroba…czułem, jak niemiarowo dygocą wszystkie moje narządy. Tak samo z moimi dłońmi, miękkimi w kolanach nogami…całym ciałem. Czułem, jakbym zaraz miał się przewrócić. Paliłem.

Na jego grobie nie pozostawiłem kwiatów. W zamian za to mimo dzielącego nas grubego kamienia, oddałem mu ostatni pocałunek.

niedziela, 25 maja 2014

[One Shot] "Motyl" Hitomi/Kamijo (Moran/Versailles)

Tytuł: Motyl
Paring: Hitomi(Sanaka)/Kamijo (Moran/Versailles)
Gatunek: fluff?
Rating: G
Ostrzeżenia: brak
Od autora: klik

*
Motyl zwykle kojarzy się ludziom z symbolem ulotności miłości, życia, jakiegoś nieuchwytnego piękna... Z przemijalnością chwili, to prawie jak idea baroku w Europie. Ja zawsze wyobrażałem sobie motyla o nieskazitelnie białych skrzydłach, który opleciony cieniutką niczym pajęcza sieć nicią, leci od jednego człowieka do drugiego, niwelując odległość między nimi, burząc wszystkie przeszkody. Taki oskrzydlony owad trafiał prosto do serca, przebijając się przez grubą skórę i tkanki, mknąc pomiędzy żebrami, wymiatał samotność z kącików umysłu.
- Co sądzisz o motylach, Kamijo? - zapytałem partnera, badając palcami fakturę jego torsu.
- Są piękne - wypowiedział starannie słowa, dodając im autentycznie przerysowanego poruszenia. Miałem ochotę westchnąć z rezygnacją.
- Tak, są - przytaknąłem zamiast tego.
- Ty... - złapał moją dłoń, odrywając ją od jego gładkiej i bladej jak u wampira skóry i przybliżył ją do swoich ust. - ... jesteś moim motylem, Sanaka - jego usta delikatnie dotknęły mojej dłoni. Poczułem je prawie jak muśnięcie motylich skrzydeł. Nie potrafiłem ukryć zdziwienia, wymalowanego na mojej twarzy ani uśmiechu, który sam się na niej rozciągał. - Ponieważ zawsze... - zrobił krótką pauzę, jakby na chwilę namysłu i odwrócił wzrok gdzieś w bok. Miałem wrażenie, jakby część maski, jaką zwykle przywdziewał, po prostu rozpadła się na drobne kawałki. - ... za każdym razem, kiedy jesteśmy razem, mam wrażenie, jakbyś ciałem był przy mnie, ale coś, co jest w tobie, uleciało jak motyl.
Wysunąłem dłoń z jego uścisku.
- Jestem tu, Kamijo. Zawsze wtedy, kiedy ty potrzebujesz mnie, a ja ciebie. Jest między nami tylko zasada równoważnej wymiany, a mimo to twój motyl doleciał do mojego serca.

poniedziałek, 19 maja 2014

[One Shot] "Syndrom" Kaoru/Die (Dir en grey)

Tytuł: Syndrom
Paring: Kaoru/Die (Dir en grey)
Gatunek: fluff(?)
Rating: G
Ostrzeżenia: raczej brak
Od autora: Choć syndrom to zespół objaw stanu chorobowego, opowiadanie nie ma nic wspólnego z placówkami medycznymi ani ślęczeniem całymi dniami w łóżku z gorączką. Znowu Kaoru i Die. Zapraszam :)

*
Die chlał. Wlewał w siebie hektolitry alkoholu po próbach, nagraniach, koncertach. Oczywiście nie oszczędzał się na żadnej z imprez nawet dzień przed występem, a myśleliśmy nawet, że w domu po godzinach samotnie nie robi niczego poza piciem. Można powiedzieć, że w tamtym czasie dopisał alkohol do pierwszego poziomu piramidy potrzeb według Maslowa (potrzeby fizjologiczne). Każdego wieczoru czekał chwilę na ewentualne zaproszenie na piwo, pakując gitarę, a kiedy żadnej nie otrzymał, żegnał się z nami zdawkowym "Cześć". Następnie przychodził rano z coraz bardziej podkrążonymi oczami. Obserwowałem go i codziennie stawał się coraz bledszy, chudszy i niklejszy... miałem wrażenie, że mi umyka. Że pochłania go alkohol, jakby miał się niedługo z nim zlać.
- Koniec na dziś - ogłosiłem po przegraniu Sustain the untruth. Toshiya wydał z siebie okrzyk zadowolenia i poklepał Shinyę po plecach, mówiąc coś do niego, Kyo zaczął zbierać kartki ze stolika, a Die odłączył kabel, zdjął gitarę i uważnie włożył ją do pokrowca. - Die, zostań proszę po próbie.
Poczułem na sobie spojrzenie Kyo.
- Nareszcie - niby odchrząknął wokalista i schował nuty do torby, po czym jak najszybciej się ulotnił, mówiąc tylko "do jutra".
Równie szybko zebrali się Toshiya z Shinyą. Die zastygł pochylony nad swoim instrumentem.
Usiadłem na krześle, które stało przy stole i spojrzałem na niego. Westchnąłem głęboko, w końcu trzeba było odbyć tę rozmowę.
- Die? - zacząłem.
- Tak? - zapytał cicho, zapinając swoją gitarę i przeszukując wszystkie kieszonki, jakby robił wszystko, żeby na mnie nie patrzeć.
- Musimy porozmawiać.
- O czym? - zapytał zdawkowo, znów odpinając znów pokrowiec.
- Cholera, Die. Spójrz na mnie, jak z tobą rozmawiam.
- Muszę się spakować - powiedział wciąż tym samym tonem - jednostajnym, chłodnym i bez wyrazu.
- Spakujesz się później - rzekłem, wstałem, przykucnąłem za nim i i chwyciłem go za ramię, by obrócić do siebie. W jego oczach przez chwilę pojawił się błysk zaskoczenia moją gwałtownością. Pewnie nawet nie spodziewał się, że go dotknę. Wtedy stracił równowagę, zachwiał się i już spadał na swoją gitarę, kiedy chwyciłem go za ręce i pociągnąłem w swoją stronę. Wylądował na mnie, z ustami na mojej szyi, niemal przyprawiając mnie o gorączkę. Czułem, jak krew uderza mi do głowy, a serce wali jakby za dwa. Mieliśmy tylko porozmawiać. Miałem tylko się dowiedzieć, co jest nie tak, dla dobra zespołu oczywiście. Personalnie mogliśmy być kimkolwiek, ale Die musiał prawidłowo wykonywać swoją pracę, a z dnia na dzień wydawał się być coraz słabszy.
Po raz pierwszy od tygodni na jego twarzy zobaczyłem grę emocji - najpierw zażenowanie z nutą zakłopotania, później konsternacja, a na końcu poczerwieniał i odskoczył ode mnie, lądując z impetem na swojej gitarze. Coś gruchnęło.
- Kurwa - przeklął i zaczął pospiesznie rozpinać pokrowiec. Szybko znalazłem się przy nim i widziałem, jak drżącymi dłońmi wydobywał swój ulubiony instrument i przejeżdżał po podłużnym pęknięciu na gryfie. - Jak...? - zapytał przez zaciśnięte zęby. Przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz się rozpłacze.
- Die... - zacząłem.
- Nie, Kaoru - przerwał mi, pospiesznie spakował gitarę i wstał, biorąc ją ze sobą. - Teraz nie mam czasu ani nastroju, pogadamy kiedy indziej.
- Die, kiedy indziej będzie za późno, musimy porozmawiać tera...
- Z całym szacunkiem liderze, są sprawy ważne i ważniejsze - odparł i po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami.
Miałem ochotę przekląć najbardziej siarczyście, jak tylko potrafię, ale to i tak niczego by nie zmieniło.

Spędziłem w studio jeszcze dobrą godzinę, brzdąkając coś bezmyślnie na gitarze.
Kiedy wyszedłem na dwór, najpierw spakowałem gitarę do samochodu, a później poszedłem zapalić do drugiego wejścia, przy którym stał kosz. Po drodze napotkałem przeszkodę, której kontury zlały się z wszechobecnym mrokiem tej bezksiężycowej nocy. Był nią jakiś głupi kamień. Znalazł się tam nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Westchnąwszy, odrobiłem braki tytoniowego dymu w płucach i pojechałem do domu. Po drodze zadzwoniłem do Daisuke, ale nie odebrał. W mojej głowie tworzył się obraz biednego Die'a samotnie zapijającego ból po uszkodzeniu gitary. Przekląłem pod nosem i zmieniłem trasę.
Późnym wieczorem drogi były puste, więc dojazd nie zajął mi dużo czasu.
Najpierw zapukałem grzecznie do drzwi, następnie zerkając co chwilę na wyświetlacz telefonu, przeczekałem minimum w postaci piętnastu sekund i zapukałem znowu, później uderzałem pięścią w drzwi, aż w końcu wybrałem numer Die'a i już miałem dzwonić, kiedy mi otworzył. Miał ręcznik przewiązany w pasie, a twarz okalały strąki przydługich, mokrych włosów. Wtedy poczułem irracjonalność. Było mi głupio, że dałem się ponieść emocjom i jakimś swoim wydumanym wyobrażeniom. Nigdy wcześniej się tak nie działo, więc dlaczego spanikowałem?
- Kaoru, mówiłem ci, że pogadamy jutro - powiedział znowu tym tonem człowieka, który stracił wszystko.
- Tak wiem, ale to naprawdę sprawa niecierpiąca zwłoki - stwierdziłem, próbując być jak najbardziej przekonujący.
- No dobrze, ale pozwól mi się ubrać - stwierdził, idąc do mieszkania. Zostawienie otwartych drzwi miało stanowić zaproszenie, które oczywiście od razu przyjąłem, wślizgując się jak szczur do dusznego mieszkania. Przez chwilę miałem wrażenie, że Die był hermetycznie zamknięty przez cały ten czas. Zniknął za drzwiami swojej sypialni, a ja usadowiłem się w niewielkim salonie. W lustrze skierowanym w stronę sypialni, widziałem jego nagie plecy, które przykrył czarną jak smoła koszulką. Przełknąłem nerwowo ślinę. Czułem się, jakbym dobrowolnie zapędził się w kozi róg. Ile czasu już minęło od kiedy sprawy zawodowe zaczęły mieszać się z prywatnymi? Od tamtej pory czułem się jak najgorszy lider na świecie, ale nie byłem w stanie nic z tym zrobić. W końcu miałem tylko pomóc Die'owi, nie mieszając do tego swoich spraw.
Wszedł, powłócząc nogami i stanął przede mną z założonymi rękami. Patrzył gdzieś w bok, jakby unikał kontaktu wzrokowego ze mną. Czekał, aż pierwszy się odezwę. Co mu, do cholery, było?
- Die, co ci jest? - zapytałem.
- Nic mi nie jest Kaoru, jeśli przyszedłeś tu tylko po to, żeby prawić mi kazania, to możesz już wychodzić, bo nie zamierzam tego słuchać.
- Nie będę prawił ci kazań, przecież wiem, że nie masz dwunastu lat - aż wstałem, by na niego spojrzeć. - Ale jesteśmy przyjaciółmi, do cholery. Wszyscy widzimy, że coś jest nie tak. Jeśli nie chcesz powiedzieć mi, to powiedz Shinyi, Toshiyi albo Kyo...
- Po co, skoro i tak wszyscy się o tym dowiecie? - zapytał zły, marszcząc brwi i chwytając się za skronie.
- Bo my mamy dość patrzenia, jak się wyniszczasz, Die.
- Wyjdź już, Kaoru.
Chciałem coś powiedzieć, ale powstrzymałem się.
- Dobranoc - powiedziałem tylko.
- Biorę na jutro wolne, dobranoc.
Wyszedłem. Moja desperacja sięgnęła zenitu. Jak mogłem mu pomóc? Postanowiłem zadzwonić do Kyo.
- I jak? - zapytał bez ogródek.
- Witaj, Kyo. Nijak. Próbowałem z nim porozmawiać, rozwalił gitarę, wziął na jutro wolne i nic mi nie powiedział. Wiesz, co mu jest? - zapytałem zrezygnowany.
Po drugiej stronie słuchawki zapadło wymowne milczenie i po chwili rozległo się westchnięcie.
- Kaoru, jesteś takim samym idiotą jak on.
- O co ci chodzi? - zapytałem, wydobywając z kieszeni paczkę fajek i odpalając jedną.
- Przerżnij go w końcu, to będzie spokój.
- Kyo! - krzyknąłem, ale odpowiedział mi tylko przerywany sygnał. - Kurwa - przekląłem siarczyście.
Wtedy telefon znów zaczął wibrować w mojej dłoni, więc nie patrząc nawet na wyświetlacz, wcisnąłem zieloną słuchawkę i wydarłem się - Kyo, do kurwy nędzy, przestań robić ze mnie zakochanego idiotę! Nie mam już piętnastu lat i nie zamierzam mówić Die'owi...
- Kaoru? - z drugiej strony odezwał się zaskoczony Die. - O czym nie zamierzasz mi mówić?
Zamarłem. Spędziłem bardzo długą chwilę ze słuchawką w dłoni przy uchu, na moment nawet zapomniałem, jak się oddycha. W mojej głowie było tylko jedno treściwe kurwa.
- Cześć Die, po co dzwonisz? - postanowiłem udawać głupiego. Może nie zrozumiał, nie dosłyszał, była chwilowa awaria sieci i przerywało albo... kogo ja oszukuję?
- Właściwie... chciałem z tobą porozmawiać... - powiedział znów tym głosem pozbawionym wyrazu.
- Będę za dwie minuty.
- Ok, czekam - powiedział i rozłączył się. Moje serce waliło jak szalone. Może w tym ćmiku było coś dopalającego? Jeśli tak, błagałem o właściwości halucynacyjne. Tak, oddałbym wszystko, żeby Die cofnął mnie w progu, mówiąc że żadnego telefonu nie było.
Niestety Die mi otworzył i bez słowa wpuścił do środka. Zdawało się tam trochę mniej duszno niż za pierwszym razem, a kiedy doszedłem do salonu, ujrzałem otwarte górą okno. Dopiero wtedy zobaczyłem leżące w kącie skotłowane ubrania, brudne naczynia ustawione w nierówny rządek na stole i porozrzucane gdzieniegdzie puszki po piwie. Miałem wrażenie, że poprzednim razem byłem zbyt zdenerwowany, żeby ujrzeć cały ten nieporządek. Spojrzałem na swoje dłonie. Drżały. Wtedy Die postawił przede mną kubek parującej kawy i usiadł obok. Chwyciłem kubek do ręki i niemal nie wylałem, więc odstawiłem go z powrotem.
- O czym chciałeś porozmawiać? - zacząłem, spoglądając na drugiego gitarzystę. Trzymał kubek przez przydługie rękawy starego swetra. Przytknął naczynie do ust i dmuchał w nie. Kiedy na niego patrzyłem, nasuwało mi się tylko jedno słowo: kruchy.
- Chcę odejść - powiedział.
Zamrugałem, przyglądając mu się uważniej. Ściągnąłem brwi.
- Co? - zapytałem inteligentnie. Miałem niewyobrażalnie wielką nadzieję, że się przesłyszałem.
- Przecież słyszałeś, Kaoru - spojrzał na mnie znad kubka. Moje imię w jego ustach w tamtej chwili brzmiało niewiarygodnie gładko i przyjemnie. - Chcę odejść z Dir En Grey. Pojutrze dostarczę ci wypowiedzenie.
- Ale Die...
- Nie, Kaoru - znowu.
- Daj mi chociaż powód - nie mogłem oderwać od niego wzroku. Dopadło mnie wrażenie, że z każdą chwilą oddala się coraz bardziej ode mnie. Jak pociąg, który próbuję dogonić, ale on ciągle przyspiesza i przyspiesza, a mi coraz bardziej brakuje sił w nogach. W końcu przewracam się. Milczał. W trakcie tej gęstej od niejasności ciszy, miałem wrażenie, że biegnę coraz szybciej, a on jest coraz dalej i dalej... Aż potarłem udo dolną częścią dłoni.
- Kaoru... - zawahał się. - Ja nie muszę ci się tłumaczyć - powiedział. - Ale... znasz to uczucie, kiedy... przepełnia cię niewyobrażalna pustka, cała rzeczywistość zaczyna dusić, ty zaczynasz się dusić... - powiedział i popił kawę. Skrzywił się nieznacznie. Musiała być gorzka. Dlaczego zrobił sobie gorzką, skoro nigdy takiej nie pił? - Zgubiłem siebie. Już nie wiem, kim jestem, co czuję...
Moje serce waliło. Waliło jak młot, czułem się okropnie zdezorientowany. Nie spodziewałem się tego.
- Die, to... - z jego oczu bił smutek. Najzwyczajniejsze na świecie nieszczęście. Jak mogłem go zatrzymywać? - ... widzimy się pojutrze, tak?
- Nie, wyślę ci rezygnację mailem albo faxem.
- Dobrze - odwróciłem od niego wzrok. - To wszystko, co chciałeś mi powiedzieć?
- Tak - jego głos był tak chłodny, że sam już nie wiedziałem, czy choć trochę żałuje tej decyzji. Może rzeczywiście rezygnacja z zespołu dobrze mu zrobi? Choć znając jego prędzej odetnie się od wszystkich i będzie pił jeszcze więcej. Wstał, zrobiłem to samo. Odprowadził mnie do drzwi i otworzył je przede mną. - Żegnaj, Kaoru - odparł szeptem. Mógłbym przysiąc, że po jego policzku spłynęła krystaliczna łza, ale kiedy na niego spojrzałem, dostrzegłem jedynie wzorcową obojętność.
- Do zobaczenia, Die - powiedziałem i wyszedłem.
- A odnośnie poprzedniego... - zaczął mówić cicho, gdy znajdowałem się już za granicą progu. Obróciłem się w jego stronę - ... kocham cię, Kaoru.